Book: AZAZEL



AZAZEL

Boris Akunin

AZAZEL

Przełożył Jerzy Czech

Wydanie oryginalne 1998

Wydanie polskie 2003

Rozdział pierwszy,

w którym opisany jest pewien cyniczny wybryk

W poniedziałek trzynastego maja 1876 roku o trzeciej po południu, w dzień po wiosennemu świeży i po letniemu ciepły, wiele osób w parku Aleksandrowskim stało się świadkami skandalicznego zdarzenia, którego niczyja wyobraźnia nie mogła przewidzieć.

Alejami, pośród kwitnących bzów i pałających czerwonymi tulipanami klombów, przechadzało się szykowne towarzystwo: panie pod koronkowymi parasolkami (żeby nie dostać piegów), bony z dziećmi w marynarskich ubrankach, znudzeni młodzi ludzie w modnych szewiotowych surdutach albo na angielską modłę krótkich marynarkach. Nic nie zapowiadało, że wydarzy się coś przykrego; powietrze, pełne aromatów dojrzałej, pewnej siebie wiosny, sprzyjało nastrojowi leniwego zadowolenia i pogodnej nudy. Słońce przypiekało nie na żarty, toteż wszystkie pozostające w cieniu ławki były zajęte.

Na jednej z nich, ustawionej niedaleko Groty i zwróconej frontem do kraty, za którą zaczynała się ulica Nieglinna i widniał żółty mur Maneżu, siedziały dwie panie. Jedna, całkiem młoda (najpewniej wcale nie pani, tylko panna), czytała książkę w safianowej oprawie, raz po raz z zaciekawieniem zerkając na boki. Druga, dużo starsza, w ciemnogranatowej sukni z wełny w dobrym gatunku i praktycznych sznurowanych botach, ze skupioną miną przebierała drutami, robiąc na nich coś zjadliwie różowego. Zwracała przy tym głowę to w prawo, to w lewo, jej spojrzenie zaś było tak bystre, że z pewnością nie mogło przed nim umknąć nic choć trochę zajmującego.

Na młodego człowieka w wąskich kraciastych spodniach, surducie niedbale rozpiętym nad białą kamizelką i okrągłym szwajcarskim kapeluszu dama od razu zwróciła uwagę; bardzo dziwnie szedł aleją – to zatrzymywał się, wypatrując kogoś między spacerującymi, to gwałtownie ruszał do przodu, to znowu nieruchomiał. Wtem niezrównoważony osobnik spojrzał na nasze panie i jak gdyby podejmując jakąś decyzję, skierował się ku nim długimi krokami. Zatrzymał się przed ławką i zwracając się do młodziutkiej panny, wykrzyknął falsetem clowna:

– Łaskawa pani! Czy ktoś już mówił pani, że jest niewybaczalnie piękna?

Panna, która naprawdę była piękna jak poranek, podniosła wzrok na bezczelnego osobnika i w przestrachu lekko otwarła poziomkowe usta. Także jej poważną towarzyszkę speszyła taka niesłychana bezceremonialność.

– Zniewoliło mnie pierwsze pani spojrzenie! – błaznował nieznajomy, całkiem zresztą przyzwoitej powierzchowności młody człowiek (modnie podstrzyżone skronie, wysokie blade czoło, czarne, płonące w podnieceniu oczy). – Raczy pani pozwolić, bym na jej niewinnym czole wycisnął jeszcze bardziej niewinny, absolutnie braterski pocałunek!

– Ależ pan jestesz upity! – oprzytomniała pani z drutami, która, jak się okazało, mówiła z charakterystycznym niemieckim akcentem.

– Jeśli jestem pijany, to wyłącznie z miłości – zapewnił ją bezczelny typ i tym samym nienaturalnym głosem, momentami przechodzącym w skowyt, zażądał: – Jeden jedyny pocałunek, w przeciwnym razie niezwłocznie odbiorę sobie życie!

Panna wcisnęła się w oparcie ławki, zwracając twarzyczkę ku swej obrończyni. Ta zaś, jakkolwiek sytuacja była niepokojąca, przejawiła niezłomne męstwo.

– Ftej fili precz! Pan sfariował! – Podniosła głos i nadstawiła robótkę z wojowniczo sterczącymi drutami. – Sara fsywam stójkowy!

A wtedy zdarzyło się coś już zupełnie niebywałego.

– Ach, tak! Zostałem odtrącony! – zakrzyknął z udawaną rozpaczą młody człowiek, teatralnym gestem zasłaniając oczy, po czym z wewnętrznej kieszeni niespodziewanie wyciągnął mały, połyskujący czarną stalą rewolwer. – Cóż warte jest życie, gdy coś takiego mnie spotyka! Jedno pani słowo, a będę żył! Jedno słowo, a padnę trupem! – zaapelował do panny, która sama siedziała ledwie żywa. – Pani milczy? W takim razie żegnam!

Widok wymachującego bronią mężczyzny nie mógł nie ściągnąć uwagi przechodniów. Korpulentna dama z wachlarzem w ręku, dostojny pan z Orderem Świętej Anny na szyi, dwie pensjonarki w jednakowych brązowych sukienkach z pelerynami – wszyscy zastygli w miejscu; nawet za ogrodzeniem, na trotuarze, zatrzymał się jakiś student. Krótko mówiąc, można się było spodziewać, że ktoś natychmiast położy kres tej obrzydliwej scenie.

Ale dalszy ciąg nastąpił tak szybko, że nikt nie zdążył interweniować.

– Na los szczęścia! – zawołał pijany (a może naprawdę szalony), raptownie uniósł wysoko rękę z rewolwerem, zakręcił bębenkiem i przyłożył lufę do głowy.

– Błazen! Nie ma pionta klepka! – zasyczała dzielna Niemka, ujawniając przy okazji nie najgorszą znajomość potocznej ruszczyzny.

Młody człowiek, do tej pory blady, jął dodatkowo szarzeć i zielenieć; wreszcie zagryzł dolną wargę i przymknął oczy. Panna też swoje na wszelki wypadek zamknęła.

Postąpiła słusznie: oszczędziło jej to potwornego widowiska. W chwili gdy gruchnął strzał, głowa samobójcy gwałtownie odskoczyła w bok, a z otworu, przez który wyleciała kula, trochę powyżej lewego ucha, wykwitła czerwono-biała fontanna.

Pióro nie opisze tego, co się wtedy zaczęło. Niemka rozejrzała się oburzona, jak gdyby wzywając wszystkich na świadków tego niesłychanego bezeceństwa, a potem podniosła niesamowity jazgot, który dołączył się do pisku pensjonarek i przenikliwych krzyków korpulentnej damy. Panna leżała bez czucia na moment otworzyła oczy i zaraz omdlała. Zewsząd zbiegali się ludzie, i tylko stojący pod kratą student, wrażliwszej widać natury, pognał co sił w przeciwną stronę, na ulicę Mochową.


Ksawierij Fieofiłaktowicz Gruszyn, prystaw Urzędu Śledczego przy moskiewskim oberpolicmajstrze, westchnął z ulgą i odłożył na lewą kupkę („Przejrzane”) wykaz ważnych przestępstw za dzień wczorajszy. Minionej doby, to znaczy trzynastego maja, w żadnej z dwudziestu czterech policyjnych dzielnic sześćset-tysięcznego miasta nie wydarzyło się nic takiego, co wymagałoby interwencji Urzędu. Jeden zabity w wyniku bójki między pijanymi rzemieślnikami (zabójca został zatrzymany na miejscu zbrodni), dwaj ograbieni dorożkarze (tym niech się zajmą rewiry), zniknięcie sumy siedmiu tysięcy ośmiuset pięćdziesięciu trzech rubli i czterdziestu kopiejek z kasy Banku Rosyjsko-Azjatyckiego (to całkowicie w gestii Antona Siemionowicza z wydziału przestępstw gospodarczych). Przestali już, dzięki Bogu, nękać Urząd rozmaitymi drobiazgami w rodzaju kradzieży kieszonkowych, podrzuconych – niemowląt i pokojówek, które się powiesiły – do tego służy „Raport policyjny o wydarzeniach w mieście”, w drugiej połowie dnia rozsyłany po wydziałach.

Ksawierij Fieofiłaktowicz ziewnął rozkosznie i znad szylkretowego pince-nez spojrzał na kancelistę, urzędnika czternastej klasy[1], Erasta Pietrowicza Fandorina, po raz trzeci przepisującego tygodniowy raport dla oberpolicmajstra. To nic – stwierdził w duchu Gruszyn – niech się od początku przyucza do staranności, jeszcze potem za to podziękuje. Też wymyślili – bazgranie stalowym piórkiem, i to dla wysokiej zwierzchności! Oj, nie, kochaneczku, pisz no mi po staremu, gęsim piórem, nie spiesząc się, ze wszystkimi ogonkami i zakrętasami. Jego ekscelencja dorastał za cara Mikołaja, więc dobrze wie, co znaczy porządek i szacunek dla urzędu.

Pan Ksawierij ze szczerego serca dobrze życzył młokosowi i żałował go po ojcowsku. Bo też trzeba przyznać, że los okrutnie obszedł się ze świeżo upieczonym kancelistą. Kiedy chłopak miał lat dziewiętnaście, został sierotą – matki nie znał od małego, a ojciec, gorąca głowa, roztrwonił majątek na czcze projekty, po czym opuścił ten świat. Wzbogacił się podczas gorączki kolejowej, podczas bankowej – zbankrutował. Kiedy w zeszłym roku banki komercyjne zaczęły upadać jeden za drugim, wielu zacnych ludzi poszło z torbami. Najpewniejsze papiery procentowe zmieniły się w zwykłe świstki, śmiecie. Tak więc pan Fandorin, porucznik rezerwy, z którym atak serca uporał się w jednej chwili, nie zostawił jedynemu synowi nic oprócz weksli. Chłopiec powinien był ukończyć gimnazjum, wstąpić na uniwersytet, a tu raptem musiał iść z rodzinnego domu w świat, zarabiać na kawałek chleba. Ksawierij Gruszyn wydał pełne współczucia chrząknięcie. Sierota zdał egzamin na rejestratora kolegialnego, rzecz dla tak wykształconego młodzieńca nietrudna, ale jakie licho zaniosła go do policji? Pracowałby sobie w statystyce albo choćby w sądzie. Ciągle romantyka w głowie, ciągle marzenia, żeby złapać jakiegoś Rymalda Rymaldyniego! A u nas kochaneczku, o Rymaldynów trudno (Ksawierij Fieofiłaktowicz z dezaprobatą pokiwał głową), u nas najczęściej trzeba siedzieć kamieniem i spisywać protokoły, jak to mieszczanin Gołopuzow po pijanemu siekierą ukatrupił małżonkę z trojgiem maleńkich dziatek.

Pan Fandorin junior pracował w Urzędzie dopiero trzeci tydzień, ale Ksawierij Fieofiłaktowicz, stary wyga, doświadczony detektyw, wiedział już dobrze, że pożytku z chłopczyny nie będzie. Za subtelny, za delikatnie chowany. Od razu w pierwszym tygodniu wziął go na miejsce zbrodni (kiedy to zaszlachtowali żonę kupca Krupnowa), Fandorin zaś, ledwo spojrzał na zabitą, zzieleniał cały i trzymając się ściany, prędko, prędko – na podwórze. Widok kupcowej w istocie mało był pociągający: gardło rozharatane od ucha do ucha, wywalony język, wybałuszone oczy, no a krwi, ma się rozumieć, pociekło całe morze. W rezultacie Ksawierij Fieofiłaktowicz musiał sam przeprowadzić dochodzenie i spisać protokół. Sprawa zresztą, szczerze mówiąc, nie okazała się zbyt zawikłana. Stróż Kuzykin miał tak rozbiegane oczy, że Ksawierij Fieofiłaktowicz z punktu rozkazał stójkowemu wziąć go za kark i wsadzić do ciupy. Kuzykin siedzi już dwa tygodnie, wypiera się wszystkiego, ale to nie szkodzi, przyzna się, bo przecie nikt inny kupcowej zarżnąć nie mógł – do takich spraw po trzydziestu latach prystaw miał niezawodnego nosa. No, a Fandorin i w kancelarii się przyda. Sumienny, pisze jak należy, zna języki, jest rozgarnięty, a nawet miły w obejściu, nie to co pijanica Trofimow, którego w zeszłym miesiącu przenieśli z posady kancelisty na stanowisko młodszego pomocnika rewirowego na Chitrowce. Niech tam się upija i obraża przełożonych.

Gruszyn ze złością zabębnił palcami po stole obitym zwykłym urzędowym suknem, wyjął z kieszeni kamizelki zegarek (oj, daleko jeszcze do obiadu!) i energicznym ruchem sięgnął po świeży numer „Moskowskich Wiedomosti”.

– No, łaskawco, czym to nas dzisiaj zabawią – powiedział głośno, a młody kancelista ochoczo odłożył nienawistne gęsie pióro, wiedząc, że pryncypat zaraz zacznie odczytywać tytuły i najróżniejsze kawałki, opatrując je własnymi komentarzami; taki bowiem zwyczaj miał Ksawierij Gruszyn.

– Niech pan popatrzy, panie Eraście, od razu na pierwszej stronie, w najbardziej widocznym miejscu!


Najnowszy amerykański gorset

„Lord Byron”

z najsolidniejszego rogu wielorybiego. Dla panów pragnących być szczupłymi. Jeden cal w pasie, cały sążeń w ramionach!


A litery – wielkie na arszyn! A poniżej maczkiem prawie:


Jego Cesarska Mość udaje się do Ems.


No i patrzcie, państwo: cesarz, ważna mi figura, gdzie mu tam do „Lorda Byrona”!

Burczenie arcypoczciwego Ksawierija Fieofiłaktowicza podziałało na kancelistę w sposób zdumiewający. Nie wiedzieć czemu się zmieszał, jego policzki zalały się czerwienią, a długie, dziewczęce rzęsy drgnęły jakby na znak skruchy. A skoro już mowa o rzęsach, nie od rzeczy będzie nieco bardziej szczegółowo opisać wygląd Erasta Pietrowicza, jako że postaci tej przyszło odegrać kluczową rolę w strasznych wydarzeniach, jakie niebawem nastąpiły. Był to dosyć wysoki młodzieniec o nader miłej powierzchowności, czarnych włosach (z których w głębi duszy był dumny) i błękitnych (niestety, lepsze byłyby też czarne) oczach, białej cerze i z nieszczęsnym rumieńcem na policzkach, którego w żaden sposób nie mógł się pozbyć. Wyjawmy przy okazji powód konfuzji rejestratora kolegialnego. Przedwczoraj mianowicie wydał trzecią część miesięcznych poborów na gorset, którego zalety opiewano tak gorliwie. W „Lordzie Byronie” chodził już drugi dzień, w imię piękna cierpiał nieopisane męki, teraz zaś nabrał (całkowicie bezpodstawnie) podejrzeń, że bystry Ksawierij Fieofiłaktowicz odgadł tajemnicę smukłej sylwetki podwładnego i właśnie ma ochotę sobie zeń podworować.

A prystaw już czytał dalej:


Bestialstwa tureckich

baszybuzuków w Bułgarii


No, nie jest to przedobiednia lektura...


Wybuch na Ligowce

Jak donosi nasz sanktpetersburski korespondent, wczoraj o szóstej trzydzieści rano, na ulicy Znamieńskiej, w czynszowym domu radcy handlowego Wartanowa doszło do wybuchu, który całkowicie zrujnował mieszkanie na trzecim piętrze. Przybyła na miejsce policja odnalazła szczątki młodego mężczyzny, zniekształcone w stopniu niepozwalającym ustalić tożsamości. Według wszelkich oznak były to zwłoki niejakiego docenta P., który owo mieszkanie wynajmował. Wnosząc z wyglądu lokalu, mieściło się w nim coś w rodzaju tajnego laboratorium chemicznego. Prowadzący śledztwo radca stanu Brilling wyraził przypuszczenie, że konstruowano tam piekielne machiny przeznaczone dla terrorystycznej organizacji nihilistów. Dalsze śledztwo w toku.


Nnno tak, dziękujmy Bogu, że tu nie Piter.

Młody Fandorin, sądząc po błysku w oczach, miał w tej materii całkiem odmienne zdanie. Cały jego wygląd zdawał się mówić: no, proszę, w stolicy pracują nad poważnymi sprawami, ścigają zamachowców i nie muszą przepisywać po dziesięć razy papierków, w których, szczerze mówiąc, próżno szukać czegokolwiek interesującego.

– Taaa... – Ksawierij Fieofiłaktowicz zaszeleścił gazetą. Zobaczmy, co tu mamy na miejskiej stronie:


Pierwszy moskiewski esternat

Znana angielska filantropka, baronowa Astair, której staraniem w różnych krajach zakładane są tak zwane esternaty, wzorowe przytułki dla osieroconych chłopców, oświadczyła naszemu korespondentowi, że w końcu i w naszej „złotogłowej” Moskwie otworzy podwoje pierwsza taka instytucja. Lady Astair, która w zeszłym roku rozpoczęła działalność w Rosji i zdążyła już założyć esternat w Petersburgu, postanowiła uszczęśliwić także moskiewskie sierotki...


Mmmm...


Serdeczna wdzięczność wszystkich mieszkańców... A gdzie nasi rodzimi Owenowie i baronowe Astair?


No, dobra. Bóg z nimi, sierotkami. A cóż tutaj mamy?


Cyniczny wybryk


Hmm, ciekawe.


Wczoraj w parku Aleksandrowskim zdarzył się żałosny wypadek, całkowicie zgodny z duchem cynicznych obyczajów współczesnej młodzieży. W obecności spacerujących zastrzelił się p. N., postawny młodzian lat dwudziestu i trzech, student Uniwersytetu Moskiewskiego, jedyny spadkobierca milionowego majątku.


Ho, ho!


Jak opowiadają świadkowie, przed swoim szalonym postępkiem N. popisywał się, wymachując rewolwerem. Początkowo przechodnie uznali jego zachowanie za pijacką awanturę, N. wszelako nie żartował – strzelił sobie w głowę i skonał na miejscu. W kieszeni samobójcy znaleziono list o treści wyzywająco ateistycznej, z którego wynika, że uczynek N. nie był chwilowym porywem czy też następstwem białej gorączki. Najwidoczniej epidemia samobójstw bez powodu, która nękała dotąd gród Piotra Wielkiego, dotarła i do murów matki Moskwy. O czasy, o obyczaje! Do jakiego stopnia niewiary i nihilizmu doszła nasza złota młodzież, żeby nawet z własnej śmierci czynić bufonadę? Jeśli tak odnoszą się nasi brutusowie do własnego życia, to czyż można się dziwić, że grosza niewarte jest dla nich życie innych, o ileż godniejszych ludzi? Jakże chciałoby się tutaj zacytować nieocenionego p. Fiodora Dostojewskiego, który w swoim najnowszym, majowym odcinku „Dziennika pisarza” pyta: „Kochani, dobrzy, uczciwi (posiadacie wszystkie te cechy!), dokądże uciekacie, dlaczego nęci was ta ciemna, głucha mogiła? Spójrzcie, na niebie świeci jasne, wiosenne słońce, drzewa się zazieleniły, a wy jesteście znużeni, chociaż nie żyliście wcale”.


Wzruszony Ksawierij Fieofiłaktowicz pociągnął nosem, po czym z surową miną zerknął, czy też młody pomocnik tego nie zauważył, i dalej czytał już głosem zdecydowanie bardziej oschłym.

– No i tak dalej, i tak dalej. A czasy, doprawdy, nie mają tu nic do rzeczy. Też mi coś! U nas, na Rusi, z dawien dawna mawiali o takich: „Z bogactwa się zbiesił”. Milionowy majątek? Któż by to mógł być? Oj, ci prystawowie z dzielnic, meldują o najróżniejszych drobiazgach, a o tym, szelmy, ani słowem nie wspomnieli. Czekaj teraz, człowieku, na „Raport o wydarzeniach w mieście”! Chociaż tutaj właściwie... cóż, sprawa oczywista, zastrzelił się w obecności świadków... Ale mimo wszystko – ciekawe. Park Aleksandrowski to będzie dzielnica Miejska, drugi rewir. A zatem, Eraście Pietrowiczu, mam nie rozkaz, tylko prośbę do pana: zechce pan skoczyć do nich na Mochową. Że niby tytułem nadzoru, że to i sio... Niech się pan dowie, kim jest ten cały N. A co najważniejsze, kochaneczku, proszę zrobić odpis owego listu pożegnalnego. Wieczorem pokażę go swojej Jewdokii Andriejewnie. Ona lubi takie chwytające za serce historie. I niech pan tam nie marudzi, tylko jak najprędzej wraca.

Ostatnie słowa rejestrator kolegialny usłyszał już odwrócony tyłem, a do wyjścia tak mu się spieszyło, że omal nie zapomniał czapki.


W rewirze zaprowadzono młodziutkiego urzędnika ze Śledczego do samego prystawa. Ten jednak, kiedy zobaczył, że ma do czynienia z jakąś pomniejszą personą, nie tracąc czasu na wyjaśnienia, zawołał pomocnika.

– Niech pan pozwoli z Iwanem Prokofiewiczem – powiedział uprzejmie do chłopaka (chociaż to zupełna płotka, ale zawsze z Urzędu). – On panu wszystko pokaże i wszystko opowie. Nawet do mieszkania nieboszczyka pojechał wczoraj właśnie on. No i proszę przekazać wyrazy uszanowania Ksawierijowi Fieofiłaktowiczowi.

Fandorina posadzono za wysokim kantorkiem, przyniesiono cienką teczkę z aktami sprawy. Erast Pietrowicz przeczytał napis:


Sprawa samobójstwa

obywatela Piotra Aleksandrowicza Kokorina, lat 23, studenta Wydziału Prawa Cesarskiego Uniwersytetu Moskiewskiego. Wszczęto dnia trzynastego maja, roku 1876. Zamknięto... dnia... roku...


i przeczuwając coś intrygującego, drżącymi palcami rozwiązał tasiemki.

– Synek Aleksandra Artamonowicza Kokorina – wyjaśnił Iwan Prokofiewicz, chudy, tyczkowaty służbista z twarzą pomiętą, jakby go krowa wypluła. – Bardzo bogaty to był człowiek, fabrykant. Trzy lata będzie, jak umarł. Wszystko zapisał synowi. No i żyłby sobie student i cieszył się życiem. Czegóż ci ludzie szukają?

Erast Pietrowicz skinął głową, nie bardzo wiedząc, co na to odpowiedzieć, a potem pogrążył się w lekturze zeznań świadków. Protokołów było sporo, z dziesięć, a najbardziej szczegółowy opierał się na zeznaniach Jelizawiety von Evert-Kołokolcew, siedemnastoletniej córki rzeczywistego tajnego radcy, oraz jej guwernantki, Emmy Pfuhl, lat czterdzieści osiem, z którymi samobójca rozmawiał bezpośrednio przed oddaniem strzału. Nawiasem mówiąc, Erast Pietrowicz nie zaczerpnął z protokołów żadnych informacji poza tymi, które są już znane czytelnikowi – wszyscy świadkowie powtarzali mniej więcej to samo, różniąc się między sobą jedynie stopniem przenikliwości: jedni mówili, że widok młodego człowieka od razu wzbudził w nich trwożne przeczucia („Jak tylko spojrzałam w jego szalone oczy, od razu mi się w środku zimno zrobiło” – zeznała tytularna radczyni, pani Chochriakow, która atoli twierdziła dalej, że widziała młodego człowieka wyłącznie od tyłu); inni zaś, przeciwnie, zeznawali, że był to grom z jasnego nieba.

Na samym spodzie teczki z aktami spoczywał pognieciony kawałek błękitnego papieru z monogramem. Erast Pietrowicz wpił się wzrokiem w nierówne (pewnie wskutek wzburzenia) linijki.


Panowie, którzy żyjecie po mojej śmierci!

Skoro czytacie, mój list, to znaczy, że już was opuściłem i poznałem tajemnicę śmierci, która dla was zamknięta jest na siedem spustów. Ja jestem wolny, a wy musicie jeszcze żyć i dręczyć się koszmarami. Mógłbym się jednak założyć, że tam, gdzie teraz jestem i skąd, jak powiedział książę duński, żaden wędrowiec jeszcze nie powrócił, nie ma absolutnie nic. Kto się ze mną nie zgadza, zapraszam, niech sprawdzi osobiście. Nie dbam zresztą o was ani trochę, a list piszę po to, by wam nie przyszło do głowy, że podniosłem na siebie rękę z powodu jakiejś rzewnej historii. Nudzi mnie wasz świat i, doprawdy, przyczynę tę uważam za zupełnie wystarczającą. O tym zaś, że nie ostatnie bydlę ze mnie, świadczy skórzana teka.

Piotr Kokorin


Nie wygląda to wcale na wzburzenie – to pierwsze, co przyszło na myśl Erastowi Pietrowiczowi.

– O co chodziło z tą teką? – spytał.

Pomocnik prystawa wzruszył ramionami.

– Nie było przy nim żadnej teki. Cóż pan chce, przecież to był człowiek niespełna rozumu. Może miał zamiar coś zrobić, ale się rozmyślił albo zapomniał. Wszystko świadczy o tym, że paniczowi w głowie się pomieszało. Czytał pan, jak kręcił bębenkiem? Nawiasem mówiąc, kula była tylko w jednej z sześciu komór. Ja tam na przykład sądzę, że wcale nie chciał się zastrzelić, tylko podrażnić nerwy, że tak powiem, dla zaostrzenia życiowych doznań. Żeby potem się smaczniej jadło i pikantniej hulało.

– Tylko jedna kula? A to pech! – zasmucił się za zmarłego Erast Pietrowicz, któremu ciągle nie dawała spokoju „skórzana teka”. – A gdzie mieszka? To znaczy, mieszkał...

– Miał mieszkanie ośmiopokojowe w nowym domu na Ostożence, i to arcyszykowne. – Iwan Prokofiewicz ochoczo zaczął się dzielić wrażeniami. – Po ojcu odziedziczył własny dom na Zamoskworieczu, cały dwór ze służbą, ale wyniósł się stamtąd, widać nie odpowiadało mu sąsiedztwo kupców.

– I co, nie było tam skórzanej teki?

Pomocnik prystawa się zdziwił.

– Jak to, uważa pan, że powinniśmy byli zrobić rewizję? Mówię panu, mieszkanie takie, że strach wpuszczać agentów na pokoje; jeszcze którego diabeł skusi. A i po co? Jegor Nikiforycz, śledczy z prokuratury okręgowej, dał kamerdynerowi zmarłego kwadrans na spakowanie rzeczy – i to pod okiem stójkowego, żeby, nie daj Boże, nie zwędził czegoś z pańskiego dobytku – a potem kazał mi opieczętować drzwi. Do czasu, kiedy zgłoszą się spadkobiercy.

– A kto po nim dziedziczy? – zapytał Erast Pietrowicz.

– W tym cały szkopuł. Kamerdyner mówi, że Kokorin nie miał braci ani sióstr. Są jacyś pociotkowie, ale tych nawet na próg tam nie wpuszczano. Ciekawe też, komu się dostaną takie pieniądze? – Iwan Prokofiewicz westchnął z zazdrością. – Strach nawet pomyśleć... Co tam, nie nasze zmartwienie. Nie dziś, to jutro zjawi się adwokat albo wykonawcy testamentu. Przecież nie minęła nawet doba. A ciało na razie leży u nas w lodowni. Może jutro Jegor Nikiforycz zamknie sprawę, wtedy się zakrzątną.

– Mimo wszystko to dziwne – zauważył młody kancelista, marszcząc czoło. – Skoro już człowiek w przedśmiertnym liście pisze o jakiejś tece, to nie tak sobie, bez powodu. „Skończone bydlę” też nie jest do końca jasne. A nuż teka zawiera coś ważnego? Jak pan chce, ale ja bezwarunkowo poszperałbym w mieszkaniu. Myślę, że list napisany został wyłącznie z powodu owej teki. Słowo daję, tutaj kryje się jakaś tajemnica.

Erast Pietrowicz pokraśniał z obawy, że zabrzmiało to nadto dziecinnie, ale pomocnik prystawa niczego dziwnego w jego pomyśle nie dostrzegł.

– Prawda, należało przejrzeć bodaj papiery w gabinecie – przyznał. – Jegor Nikiforycz wiecznie się spieszy. W rodzinie ma siedem gąb do wyżywienia, no to zawsze z oględzin albo dochodzenia czym prędzej pędziłby do domu. Starszy człowiek, rok do emerytury, czegóż chcieć od niego... Wiesz pan co, panie Fandorin? Może byśmy sami się przejechali? We dwóch sobie obejrzymy. A pieczęć później nową zawieszę, drobiazg. Jegor Nikiforycz nas nie zgani, co tam, nawet podziękuje, żeśmy go bez potrzeby nie fatygowali. Powiem mu, że było polecenie z Urzędu Śledczego, co?

Erastowi Pietrowiczowi wydało się, że chuderlawy pomocnik ma po prostu ochotę dokładniej obejrzeć „arcyszykowne” mieszkanie, a „zawieszenie pieczęci” też chyba jest niezupełnie w porządku, ale pokusie trudno się było oprzeć. Rzeczywiście, pachniało tu jakąś tajemnicą.


Umeblowanie mieszkania zmarłego Piotra Kokorina (frontowa część bogatego domu koło Bramy Preczystienskiej) nie wywarło na Fandorinie wielkiego wrażenia – w krótkiej epoce tatusiowego bogactwa mieszkał w nie gorszych apartamentach. Rejestrator kolegialny przemierzył więc marmurowy przedpokój z wysokim na trzy arszyny zwierciadłem i złoconą sztukaterią na suficie, kierując się prościutko do bawialni szerokiej na sześć okien, w najmodniejszym stylu à la russe: z malowanymi skrzyniami, dębową snycerką na ścianach i ozdobnym piecem kaflowym.

– Mieszkał sobie luksusowo, już mówiłem. – Z jakiegoś powodu przewodnik mówił szeptem, chuchając Fandorinowi w kark.

Erast Pietrowicz był teraz dziwnie podobny do wypuszczonego pierwszy raz do lasu jednorocznego selera, którego wiercący w nozdrzach zapach zwierzyny doprowadza do szału. Pokręcił głową w prawo i lewo, po czym bezbłędnie określił:

– Tamte drzwi to gabinet?

– Tak jest, gabinet.

– Idziemy tam!

Skórzanej teki nie musieli długo szukać; leżała pośrodku masywnego biurka, między malachitowym przyborem do pisania i popielnicą – muszlą z masy perłowej. Zanim jednak niecierpliwe ręce Fandorina dotknęły skrzypiącej brązowej skóry, wzrok jego padł na fotografię w srebrnej ramce, stojącą na tym samym biurku, w najbardziej widocznym miejscu. Twarz na portrecie tak mocno przyciągała uwagę, że Erast Pietrowicz zapomniał nawet o tece: patrzyła nań na wpół odwrócona Kleopatra o puszystych włosach i olbrzymich matowoczarnych oczach, długiej, dumnie wygiętej szyi i z ledwie dostrzegalnym okrucieństwem w niesfornej linii ust. Do reszty zaś oczarował rejestratora kolegialnego wyraz spokojnej i pewnej siebie władczości, tak niespodziewany na panieńskiej twarzy (jakoś bardzo zapragnął Fandorin, żeby to była panna, nie pani).

– Ładniutka – gwizdnął Iwan Prokofiewicz, który znalazł się koło niego, – Co za jedna? Niech no pan pozwoli...

Po czym, bez najmniejszego wahania, świętokradczą ręką, wyjął z ramki cudowne oblicze i obrócił zdjęcie na drugą stronę. Ukośnym, szerokim pismem było tam napisane:


Piotrowi K.

A Piotr, wyszedłszy precz, gorzko płakał.

Jeżeli kochacie, nie zapierajcie się miłości!


A.B.


– Przyrównuje go do apostoła Piotra, a siebie najwyraźniej do Jezusa. To ci dopiero pretensje! – parsknął asystent prystawa. Czy przypadkiem nie z powodu tej osoby nasz student odebrał sobie życie, co? O, jest i teczuszka, nie na darmośmy jechali.

Iwan Prokofiewicz odchylił skórzaną okładkę i wyciągnął jedną jedyną kartkę znanego już Erastowi Pietrowiczowi błękitnego papieru, tym razem jednak z pieczęcią notariusza i kilkoma podpisami u dołu.

– Świetnie. – Policjant z zadowoleniem kiwnął głową. – Znalazł się i testament. O... to interesujące, proszę szanownego pana.

W jednej chwili przebiegł oczami dokument, ale i ta chwila wydała się wiecznością Erastowi Pietrowiczowi, któremu nie wypadało przecież zaglądać tamtemu przez ramię.

– Masz, babo, placek! Niezła siurpryzka dla pociotków! – wykrzyknął Iwan Prokofiewicz z nieoczekiwanie złośliwą radością. – Zuch Kokorin, wszystkim nosa utarł. To się nazywa po naszemu, po rosyjsku! Tylko że cośkolwiek niepatriotycznie. Teraz wiadomo, skąd owo „bydlę”.

Niecierpliwość kazała Erastowi Pietrowiczowi zapomnieć o wszelkich zasadach regulaminu i savoir-vivre’u. Wyrwał więc starszemu rangą urzędnikowi kartkę i przeczytał, co następuje:


Testament

Ja, niżej podpisany, Piotr Aleksandrowicz Kokorin, będąc całkowicie zdrów na ciele i umyśle, w przytomności niżej wymienionych świadków ogłaszam swoją wolę co do posiadanego przeze mnie majątku.

Cały swój realny majątek, którego pełen opis znajduje się w posiadaniu mojego zaufanego Siemiona Jefimowicza Berenzona, zapisuję pani baronowej Margaret Astair, poddanej brytyjskiej, aby użyła wszystkich tych środków wedle swego dowodnego uznania w celu wykształcenia i wychowania sierot. Jestem przekonany, iż p. Astair rozporządzi tymi środkami rozumniej i uczciwiej aniżeli nasi generałowie od dobroczynności.



Obecny mój testament jest ostateczny i nieodwołalny, posiada moc prawną i całkowicie unieważnia testament poprzedni.

Wykonawcami testamentu czynię adwokata Siemiona Jefimowicza Berenzona i studenta Uniwersytetu Moskiewskiego Nikołaja Stiepanowicza Achtyrcewa. Dokument niniejszy spisano w dwóch egzemplarzach, z których jeden pozostaje u mnie, drugi zaś oddany zostaje na przechowanie do biura adwokackiego p. Berenzona.

Moskwa, 12 maja 1876 roku.

Piotr Kokorin

Rozdział drugi,

nic poza rozmową niezawierający

Jak pan chce, Ksawieriju Fieofiłaktowiczu, ale to mimo wszystko dziwne! – powtórzył z zapałem Fandorin. – Jest w tym jakaś tajemnica, słowo daję! – I z uporem podkreślił: – Tak jest, właśnie tajemnica! No, bo niech pan sam powie. Przede wszystkim zastrzelił się jakoś głupio, „na los szczęścia”, jedyną kulą z całego bębenka, tak jakby wcale nie zamierzał się zabijać. Co za niesłychany pech! No i ton pożegnalnego listu, zgodzi się pan ze mną, jest jakiś osobliwy, jak gdyby samobójca pisał w pośpiechu, pośród tysiąca innych spraw, a tymczasem porusza niezwykle ważny problem. Wcale niebłahy! – Głos Erasta Pietrowicza zadźwięczał uczuciem. – Ale do tego jeszcze wrócę, a na razie opowiem o testamencie. Czy nie wydaje się panu podejrzany?

– Cóż pan, kochaneczku, widzi w nim takiego podejrzanego? – zamruczał Gruszyn, ze znudzeniem kartkując „Raport policyjny o wydarzeniach w mieście” za minioną dobę. Ta niepozbawiona walorów poznawczych lektura odbywała się zazwyczaj w drugiej połowie dnia, ponieważ spraw o dużym znaczeniu ów dokument nie zawierał; przeważnie same drobiazgi, zupełne głupstwa, czasem jednak trafiało się coś ciekawego. Było tutaj i doniesienie o wczorajszym samobójstwie w parku Aleksandrowskim, jednakże, jak przewidywał doświadczony Ksawierij Fieofiłaktowicz, bez żadnych szczegółów i oczywiście tekstu listu pożegnalnego.

– A to mianowicie że Kokorin strzelał do siebie jak gdyby nie na serio, testament zaś, pomijając wyzywający ton, został sporządzony według wszelkich prawideł: z notariuszem, z podpisami świadków, ze wskazaniem wykonawców. – Fandorin wyłamywał palce. – A majątek, powiem panu, jest olbrzymi. Zasięgnąłem informacji: dwie fabryki, trzy manufaktury, domy w różnych miastach, stocznia w Libawie, samych papierów wartościowych w Banku Państwowym jest na pół miliona!

– Na pół miliona? – jęknął Ksawierij Fieofiłaktowicz, odrywając się od papierów. – Ma szczęście ta Angielka, oj, ma.

– Właśnie, przy okazji proszę mi wytłumaczyć, co tu robi ta lady Astair? Dlaczego zapisał właśnie jej, a nie komuś innemu? Co ją łączy z Kokorinem? To trzeba by wyjaśnić!

– Przecież sam napisał, że nie wierzy naszym malwersantom, a Angielkę już któryś miesiąc z rzędu wychwalają we wszystkich gazetach. Nie, kochany, niech mi pan lepiej powie co innego. Skąd się bierze to, że wasze pokolenie tak mało sobie ceni własne życie? Wystarczy drobiazg i już – pif-paf, do tego jeszcze wyniośle, z patosem, lekceważeniem całego świata! A niby z jakiej racji, z jakiej? – rozzłościł się Gruszyn, przypomniawszy sobie, jak zuchwale rozmawiała z nim poprzedniego dnia ukochana córka, szesnastoletnia Saszeńka. Pytanie aliści było raczej retoryczne, zdanie kancelisty w tej sprawie niezbyt obchodziło prystawa, dlatego też znowu utkwił wzrok w gazecie.

Za to Erast Pietrowicz ożywił się jeszcze bardziej.

– A to jest właśnie problem, który chciałem poruszyć. Proszę spojrzeć na takiego człowieka jak Kokorin. Los daje mu wszystko: bogactwo, swobodę, wykształcenie i męską urodę. – O urodzie Fandorin powiedział tak z rozpędu, nie mając najmniejszego pojęcia o wyglądzie zmarłego. – A on igra ze śmiercią i w końcu się zabija. Chce pan wiedzieć dlaczego? My, młodzi, źle się czujemy w waszym świecie; Kokorin wprost o tym napisał, tylko nie rozwinął tematu. Waszych ideałów – kariery, pieniędzy, zaszczytów – wielu z nas nie ceni ani trochę. Nie to nam się teraz marzy. Jak pan myśli, czy bez powodu pisze się o epidemii samobójstw? Najlepsi spośród wykształconej młodzieży odchodzą, dusząc się z braku tlenu duchowego, a wy, ojcowie społeczeństwa, nie wyciągacie z tego dla siebie żadnych wniosków!

Wyglądało na to, że cała owa oskarżycielska pasja godziła w Ksawierija Fieofiłaktowicza, bo żadnych innych „ojców społeczeństwa” w pobliżu nie było, Gruszyn jednak ani trochę się nie obraził, a nawet z wyraźnym zadowoleniem pokiwał głową.

– À propos. – Odchrząknął z wyraźną kpiną, nie odrywając oczu od raportu. – Coś o braku tlenu duchowego: „Na ulicy Czichaczowskiej, w rewirze trzecim dzielnicy Mieszczańskiej, o dziesiątej rano znaleziono zwłoki powieszonego szewca Iwana Bułdygina, lat dwadzieścia siedem. Z zeznań stróża Piotra Silina wynika, że przyczyną samobójstwa był brak środków na napoje wyskokowe”. Tak to właśnie najlepsi z nas odejdą. Zostaniemy tylko my, starzy durnie.

– Pan się śmieje – rzekł z goryczą Erast Pietrowicz. – A w Petersburgu i w Warszawie każdego dnia studenci, kursistki, a nawet gimnaziści, trują się, strzelają, topią. Pana to śmieszy...

Jeszcze pan pożałuje, Ksawieriju Fieofiłaktowiczu, ale wtedy będzie za późno – pomyślał mściwie Fandorin, chociaż myśl o samobójstwie nigdy dotąd nie przyszła mu do głowy; na to młodzieniec miał zbyt żywy charakter.

Zapadła cisza: wyobraził sobie skromną mogiłkę, poza cerkiewnym ogrodzeniem i bez krzyża, a Gruszyn to wodził palcem po linijkach, to zaczynał szeleścić kartkami.

– W samej rzeczy to jakaś bzdura – zaburczał. – Co oni wszyscy, powariowali? Proszę, dwa doniesienia, jedno z rewiru trzeciego dzielnicy Miasnickiej, na stronie ósmej, drugie z rewiru pierwszego dzielnicy Rogoskiej, strona dziewiąta. A więc: „O godzinie 12 minut 35 naczelnik cyrkułu Fiedoruk udał się na uliczkę Podkołokolną do domu Moskiewskiego Towarzystwa Ogniowego na żądanie kałuskiej obywatelki ziemskiej, Awdotii Filipówny Spicyn (tymczasowo zamieszkującej w Hotelu Bojarskim). Jak zeznała pani Spicyn, w jej obecności, obok wejścia do księgarni, pewien przyzwoicie ubrany osobnik, lat z wyglądu około dwudziestu pięciu, podjął próbę samobójczą – przyłożył do głowy pistolet, ale ten widocznie nie wypalił, a niedoszły samobójca się ukrył. Pani Spicyn zażądała, żeby policja odszukała młodego człowieka i przekazała go władzom duchownym w celu odbycia pokuty kościelnej. Poszukiwań nie wszczęto z braku zaistnienia przestępstwa”.

– Widzi pan, a co ja mówiłem?! – zawołał triumfalnie Erast Pietrowicz, czując się pomszczonym w zupełności.

– Czekajże, młodzieńcze, to jeszcze nie wszystko – osadził go prystaw. – Niech pan słucha dalej. Strona dziewiąta: „Melduje stójkowy Siemionow... To z Rogoskiej... O godzinie jedenastej wezwał go mieszczanin Nikołaj Kukin, subiekt sklepu kolonialnego „Brykin i Synowie”, znajdującego się naprzeciw Małego Mostu Jauskiego. Jak opowiada Kukin, kilka minut przedtem na kamienny słup mostu wdrapał się jakiś student, przystawił do głowy pistolet, przejawiając wyraźny zamiar samobójczy. Kukin usłyszał metaliczne szczęknięcie, ale wystrzału nie było. Następnie student zeskoczył na jezdnię i szybko odszedł w kierunku ulicy Jauskiej. Innych świadków nie znaleziono. Kukin stara się o utworzenie na moście posterunku policyjnego, ponieważ w roku ubiegłym utopiła się tam już panna lekkich obyczajów, wskutek czego handel ponosi straty”.

– Nic nie rozumiem. – Fandorin rozłożył ręce. – Cóż to znowu za rytuał? Czy to przypadkiem nie tajny związek samobójców?

– Jaki tam związek – rzekł powoli Ksawierij Fieofiłaktowicz, po czym zaczął mówić coraz szybciej, stopniowo się ożywiając. – Żaden związek, mój panie. Wszystko jest o wiele prostsze. Teraz wiemy nawet, jak było z tym bębenkiem, a wcześniej jakoś nie mogliśmy na to wpaść! To nabroił jeden i ten sam człowiek, nasz student Kokorin. Niech no pan tu spojrzy. – Wstał i szybkim krokiem podszedł do planu Moskwy wiszącego na ścianie obok drzwi. – To jest Mały Most na Jauzie. Stąd wyruszył ulicą Jauską, połaził z godzinę i znalazł się na Podkołokolnej, w pobliżu towarzystwa ubezpieczeniowego. Nastraszył panią Spicyn i poszedł dalej, w stronę Kremla. A o trzeciej dotarł do parku Aleksandrowskiego, gdzie jego wędrówka zakończyła się w znany panu sposób.

– Ale po co? I co to wszystko znaczy? – Erast Pietrowicz wpatrywał się w mapę.

– Co znaczy, tego rozstrzygać nie muszę. Ale mogę się domyślać, jak to wyglądało. Z naszego studenta lepszy gość, złoty młodzieniec, zamierzył sobie, że powie wszystkim adieu. Ale przed śmiercią chciał sobie jeszcze podrażnić nerwy. Czytałem gdzieś, że nazywa się to „amerykańską ruletką”. Wymyślili ją w Ameryce, w kopalniach złota. Kładzie się do bębenka jeden nabój, kręci – i bach! Jak masz, bratku, szczęście, to rozbijasz bank, a jak nie – wieczny odpoczynek. No więc wybrał się nasz student na wędrówkę po Moskwie, żeby kusić los. Całkiem możliwe, że strzelał do siebie nie trzy razy, ale więcej, po prostu nie każdy świadek wezwie policję. Czujność okazali tylko ta obszarniczka, zbawicielka dusz, oraz Kukin, mający na względzie własny interes, a ile prób w sumie podjął Kokorin – Bóg jeden wie. Może powiedział sobie: tyle a tyle razy poigram ze śmiercią. Jeśli przeżyję – na tym koniec. To już zresztą moje fantazje. W parku Aleksandrowskim nie mieliśmy do czynienia z żadnym pechem, po prostu około trzeciej student wyczerpał swój zapas szczęścia.

– Prawdziwy z pana talent analityczny, Ksawieriju Fieofiłaktowiczu – zachwycił się szczerze Fandorin. – Widzę to wszystko tak, jakbym był naocznym świadkiem.

Gruszynowi przyjemnie było usłyszeć zasłużoną pochwałę, choćby i od młokosa.

– Ano właśnie. Można się czegoś nauczyć od starych durniów – rzekł mentorskim tonem. – Gdyby pan pracował jako detektyw tak długo jak ja, i to nie w dzisiejszych oświeconych czasach, ale za cara Mikołaja! Wtedy nie rozróżniano, co śledcze, a co nieśledcze, zresztą nie było jeszcze w Moskwie naszego Urzędu czy choćby wydziału śledczego. Dzisiaj szuka człowiek zabójców, jutro stoi na jarmarku, żeby gawiedź poczuła respekt przed władzą, pojutrze po karczmach goni za tymi, co nie mają papierów. Za to zyskuje dar obserwacji, znajomość ludzi, no i skóra na nim twardnieje, a bez tego w naszym policyjnym fachu ani rusz. – Prystaw zrobił na koniec aluzję i nagle zauważył, że kancelista bodaj wcale go nie słucha, gnębiony jakąś myślą, niezbyt widać pasującą do całości.

– No, co tam ma pan jeszcze? Proszę mówić.

– Tak, jednego tylko nie mogę zrozumieć... – Fandorin nerwowo ruszał pięknymi jak półksiężyce brwiami. – Ów Kukin powiada, że na moście był student...

– No, student, a któż by inny?

– Ale skąd Kukin mógł wiedzieć, że Kokorin jest studentem? Był w surducie i kapeluszu, w parku Aleksandrowskim nikt go nie wziął za studenta... Tam w protokołach ciągle tylko „młody człowiek” i „ów jegomość”. Zagadka!

– Panu same zagadki w głowie. – Gruszyn machnął ręką. – Głupi jest pański Kukin, ot i cała zagadka! Widzi, że panicz młody, w cywilu, no więc pomyślał sobie, że to student. A może oko ma wyrobione i rozpoznał w nim studenta? Przecież jako subiekt od rana do nocy ma do czynienia z klientami.

– Kukin takiego klienta w życiu w swoim sklepiku nie oglądał – zauważył rozsądnie Erast Pietrowicz.

– To co z tego?

– A to, że nieźle byłoby wypytać dokładniej obywatelkę ziemską Spicyn i subiekta Kukina. Panu, Ksawieriju Fieofiłaktowiczu, nie wypada oczywiście zajmować się takimi głupstwami, lecz jeśli pan pozwoli, to ja sam... – Erast Pietrowicz aż podniósł się z krzesła, tak bardzo chciał, żeby Gruszyn pozwolił.

Ksawierij Fieofiłaktowicz zamierzał okazać surowość, ale się rozmyślił. Niech chłopaczyna posmakuje prawdziwej roboty, nauczy się rozmawiać ze świadkami. Może i będzie z niego pociecha. Poważnym tonem rzekł zatem:

– Nie zabraniam. – Uprzedzając zaś radosny okrzyk, który już miał się wyrwać z ust rejestratora kolegialnego, dodał: – Ale najpierw trzeba dokończyć raport dla jego ekscelencji. I wiesz co, kochaneczku? Jest już czwarta. Pójdę chyba do domu. A pan mi jutro opowie, jak subiekt wpadł na to, że Kokorin był studentem.

Rozdział trzeci,

w którym pojawia się „karbaty student”

Od Miasnickiej, gdzie znajdował się Urząd Śledczy, do Hotelu Bojarskiego, w którym zgodnie z raportem „tymczasowo zamieszkiwała” ziemianka Spicyn, było dwadzieścia minut drogi, toteż Fandorin, choć mu spieszno było, postanowił przejść się piechotą. Dręczyciel „Lord Byron”, niemiłosiernie ściskający boki kancelisty, uczynił w jego budżecie tak istotny wyłom, że wydatek na fiakra mógłby w decydujący sposób odbić się na dziennej racji żywnościowej. Pochłaniając pierożek z jesiotrem, kupiony na rogu Gusiatnikowskiej (musimy pamiętać, że w detektywistycznym ferworze Erast Pietrowicz nie zjadł obiadu), młodzieniec żwawo kroczył bulwarem Czistoprudnym, gdzie wiekowe staruszki w salopach i czepcach sypały okruchy tłustym, nachalnym gołębiom. Po brukowanej jezdni toczyły się z łoskotem wolanty i faetony, że zaś były dużo szybsze, w myślach Fandorina pojawił się ton urazy. Bo też istotnie, co to za detektyw bez kolaski? Dobrze, że „Bojarski” jest na Pokrowce, ale przecież stamtąd nad Jauzę, do subiekta Kukina, zostanie jeszcze pół godziny jak nic. W tej sprawie opóźnienie równa się śmierci – dręczył się Erast Pietrowicz (powiedzmy szczerze, trochę przesadzał) – a tu pan prystaw pożałował piętnastu rządowych kopiejek. Sam za to każdego miesiąca pobiera z kasy osiemdziesiąt rubeliansów na dorożkarza. Macie te przywileje zwierzchności: jednego osobisty dorożkarz odwozi do domu, a drugi pieszo drałuje w służbowej sprawie.

Ale z lewej, zza dachu kawiarni Soucheta, już wyłoniła się dzwonnica cerkwi Troickiej, obok której znajdował się hotel. Czując zatem przedsmak doniosłych odkryć, Fandorin przyspieszył kroku.


Pół godziny później, ponury i przygaszony, wlókł się wzdłuż bulwaru Pokrowskiego, gdzie gołębie były tak samo spasione i bezczelne jak na Czistoprudnym, tyle że karmiły je już nie szlachcianki, ale kupcowe.

Rozmowa ze świadkiem niewiele przyniosła dobrego. Erast Pietrowicz złapał obywatelkę ziemską w ostatniej chwili, już bowiem zamierzała wsiąść do zawalonego kuframi i pakunkami powozu i wyruszyć z powrotem do guberni kałuskiej. Dla oszczędności pani Spicyn podróżowała nie koleją, tylko po staremu, własnymi końmi.

Fandorin miał więc szczęście, bo gdyby tak obszarniczka spieszyła się na dworzec, żadnego przesłuchania by nie było. Ale sens rozmowy z życzliwą niewiastą sprowadzał się do jednego: Ksawierij Fieofiłaktowicz miał rację, pani Spicyn widziała właśnie Kokorina – wymieniła i surdut, i okrągły kapelusz, a nawet lakierki z guzikami, pominięte w zeznaniach świadków z parku Aleksandrowskiego.

Całą nadzieją pozostawał teraz Kukin, co do którego Gruszyn najpewniej też się nie mylił. Subiekcina palnął, co mu ślina na język przyniosła, a teraz goń przez niego, człowieku, po całej Moskwie, żeby potem prystaw miał się z czego pośmiać.

Oszklone drzwi sklepu kolonialnego „Brykin i Synowie”, z wyobrażeniem głowy cukru, wychodziły wprost na nabrzeże, skąd most widoczny był jak na dłoni. Fandorin zauważył to od razu, Zauważył i to, że okna sklepiku pootwierano, żeby zrobić przewiew, z czego wynikało, że Kukin mógł usłyszeć „metaliczne szczęknięcie” – przecież do najbliższego granitowego filaru było nie więcej niż piętnaście kroków. Przez drzwi wyjrzał zaintrygowany czterdziestoletni mężczyzna w czerwonej koszuli, czarnej sukiennej kamizelce, pluszowych spodniach i rozszerzanych u góry butach.

– Wasza wielmożność czegoś potrzebuje? – spytał. – Pewnikiem pan zabłądził?

– Kukin? – spytał surowo Erast Pietrowicz, nie spodziewając się wiele po wyjaśnieniach, które teraz miały nastąpić.

– Tak jest, wasza wielmożność. – Subiekt nabrał czujności, ściągnął krzaczaste brwi, ale od razu się połapał. – Pan pewnie z policji. Dzięki najpokorniejsze. Nie myślałem, że tak prędko panowie się mną zajmą. Pan rewirowy powiedział, że władza rozpatrzy, alem sobie nie myślał, skądże znowu! A cóż my tak na progu! Proszę do sklepu. Jakże jestem rad, jakże rad!

Ukłonił się w pas, uchylił drzwi i jeszcze ręką zrobił zapraszający gest: „wasza wielmożność pozwoli”, lecz Fandorin nie ruszył się z miejsca. Pouczającym tonem rzekł:

– Słuchajcie, Kukin, nie przychodzę z cyrkułu, tylko z policji śledczej. Mam nakaz odszukania stu... tego człowieka, o którym donosiliście naczelnikowi.

– Stubenta, znaczy się? – podpowiedział usłużnie subiekt. – Jakże, świetniem go zapamiętał! Strach nawet wspominać, Boże święty! Jakem zobaczył, że na słup wylazł i lufę do głowy przytknął, tom zamarł: no, myślę, to już koniec, będzie znowu jak zeszłego roku, wołami do sklepu nikogo się nie zaciągnie. Tylko w czymeśmy im zawinili? Cóż to, most miodem smarujemy, żeby tu się przychodzili topić? A idźcie, ludzie, nad rzekę Moskwę, tam i głębizna większa, i most wyższy, a i...

– Dosyć, Kukin – przerwał mu Erast Pietrowicz. – Lepiej opiszcie mi tego studenta. Jak był ubrany, jak wyglądał i skąd w ogóle przyszło wam do głowy, że to student.

– A toć to był właśnie stubent, wasza wielmożność, któż by. – Subiekt sprawiał wrażenie zdziwionego. – I mundur, i guziki, i szkiełka na nosie.

– Jak to mundur? – omal nie krzyknął Fandorin. – To on był w mundurze?

– A jakżeby inaczej? – Kukin popatrzył z politowaniem na tępego urzędnika. – Bez tego jak bym wymiarkował, czy student, czy nie. Cóż to ja, nie odróżnię po mundurze stubenta od skryby?

Na tę słuszną uwagę Erast Pietrowicz nie znalazł odpowiedzi, wyciągnął więc z kieszeni poręczny notesik z ołówkiem, żeby zapisywać zeznania. Kupił go przed rozpoczęciem pracy w Urzędzie, trzy tygodnie nosił bez pożytku i dopiero dzisiaj notesik mu się przydał – Fandorin zapisał w nim maczkiem już kilka stron.

– Opowiedzcie, jak ten człowiek wyglądał.

– Człowiek jak człowiek. Nic specjalnego, na twarzy troszeczku pryszczaty. Szkiełka znowuż...

– Jakie szkiełka? Okulary czy pince-nez?

– Takie na tasiemce.

Pince-nez. – Fandorin skrobał ołówkiem. – Jeszcze jakieś znaki szczególne?

– Mocno się garbił. Barki mało co nie wyższe niż głowa... No, stubent jak stubent, toć mówię...

Kukin z niedowierzaniem patrzył na skrybę, który zamilkł na długo – mrużył oczy, poruszał ustami, szeleścił małym zeszycikiem. Najwyraźniej nad czymś rozmyślał.

„Mundur, pryszczaty, pince-nez, mocno garbaty” – widniało w notesie. No, że trochę pryszczaty, to drobiazg. O pince-nez w opisie rzeczy Kokorina nie było ani słowa. Upuścił na ziemię? Możliwe. Świadkowie nic nie mówią o pince-nez, ale też nie wypytywano ich specjalnie o powierzchowność samobójcy, bo i po co? Garbaty? Hmm. W „Moskowskich Wiedomostiach”, o ile pamiętam, opisany jest „postawny młodzian”, ale reporter nie był świadkiem wydarzenia, nie widział Kokorina, mógł więc tę „postawność” zmyślić dla efektu. Pozostaje mundur studencki – temu już nie da się zaprzeczyć. Jeśli na moście był Kokorin, to trzeba przyjąć, że między jedenastą a wpół do pierwszej przebrał się, nie wiedzieć czemu, w surdut. I ciekawe gdzie? Od Jauzy na Ostożenkę i z powrotem do Moskiewskiego Towarzystwa Ogniowego droga daleka, w pół godziny się jej nie przebędzie.

Fandorin, którego nagle zaczęło ściskać w dołku, zrozumiał zatem, że ma jedno jedyne wyjście: wziąć subiekta Kukina za kark, zawieźć do rewiru na Mochową, gdzie w kostnicy ciągle jeszcze leży obłożone lodem ciało samobójcy, i przeprowadzić rozpoznanie. Erast Pietrowicz wyobraził sobie rozwaloną czaszkę ze strupem krwi pomieszanej z mózgiem i oczywiście przypomniał sobie zamordowaną kupcową Krupnow, która do tej pory zwidywała mu się w koszmarnych snach. Nie, jechać do „chłodni” zdecydowanie nie miał ochoty. Ale między studentem z Małego Mostu Jauskiego a samobójcą z parku Aleksandrowskiego istniał związek, który niezawodnie należało wyjaśnić. Kto może powiedzieć, czy Kokorin był pryszczaty, miał garb i nosił pince-nez?

Po pierwsze, obywatelka ziemska Spicyn, ale ta już z pewnością dojeżdża do rogatki kałuskiej. Po drugie, kamerdyner nieboszczyka, jak mu tam było? Nieważne, śledczy tak czy owak wyrzucił go z mieszkania i teraz szukaj wiatru w polu. Pozostają świadkowie z parku Aleksandrowskiego, a przede wszystkim panie, z którymi Kokorin rozmawiał w ostatniej minucie życia – te już z całą pewnością obejrzały go szczegółowo. W notesiku zapisał sobie: „Cór. rzecz.t.rd. Jeliz. Aleksandr-na von Evert-Kołokolcew, 1.17, panna Emma Gottliebówna Pfuhl, 1.48, ul. Mała Nikicka, dom. wł.”.

A jednak nie mogło się obejść bez wydatku na fiakra.


Dzień był długi. Rześkie majowe słońce, wcale niezmęczone oświetlaniem pierwszej z rosyjskich stolic, niechętnie spełzało z linii dachów, kiedy Erast Pietrowicz, po zjedzeniu obiadu i pozbyciu się pary dwudziestokopiejkowych monet, wysiadł przed elegancką willą z doryckimi kolumnami, sztukaterią na fasadzie i marmurowym wejściem. Fiakier, widząc, że pasażer zatrzymał się niepewnie, powiedział:

– Ano, to właśnie dom generała[2], jakżeby inaczej! Toć nie pierwszy rok po Moskwie jeżdżę.

A jak mnie nie wpuszczą? Obawa przed możliwym poniżeniem zmroziła serce Erasta Pietrowicza. Wziął błyszczący spiżowy młotek i zastukał dwa razy. Masywne drzwi z lwimi paszczami z brązu niezwłocznie się otwarły, wyjrzał z nich szwajcar w bogatej liberii ze złotymi galonami.

– Do pana barona? Z urzędu? – spytał rzeczowo. – Zameldować czy tylko jaki list przekazać? Niech pan wejdzie.

W przestronnym przedpokoju, jasno oświetlonym przez żyrandol i palniki gazowe, przybysz całkiem stracił rezon.

– Ja właściwie do Jelizawiety Aleksandrówny – wyjaśnił. – Erast Pietrowicz Fandorin, z policji śledczej. W pilnej sprawie.

– Ze śledczej? – Cerber lekceważąco zmarszczył brwi. – Czy przypadkiem nie w związku z wczorajszym? Niech pan wybije to sobie z głowy. Panienka chyba z pół dnia przepłakała, a i w nocy spała źle. Nie wpuszczę i nie zamelduję. Jego ekscelencja już groził, że waszym z cyrkułu głowy pourywa, boście wczoraj Jelizawietę Aleksandrównę męczyli przesłuchaniami. Pozwoli pan do wyjścia, na ulicę. – Po czym swoim grubym brzuchem zaczął, łajdak, wypychać Erasta Pietrowicza za drzwi.

– A panna Pfuhl?! – zawołał z rozpaczą wypychany – Emma Gottliebówna Pfuhl, lat czterdzieści osiem. Przynajmniej z nią powinienem porozmawiać. To sprawa wagi państwowej!

Szwajcar cmoknął z godnością.

– To już prędzej, do niej wpuszczę. Proszę, o, tamtędy, pod schodami. Korytarzem w prawo, trzecie drzwi. Tam właśnie zamieszkuje pani guwernantka.


Kiedy zastukał, otworzyła mu wysoka, koścista osoba i milcząc, wlepiła w niego okrągłe czarne oczy.

– Z policji, Fandorin. Czy pani Pfuhl? – spytał niepewnie Erast Pietrowicz i na wszelki wypadek powtórzył po niemiecku: – Polizeiamt. Sind Sie Fräulein Pfuhl? Guten abend.

– Dobry fieszór – odpowiedziała surowo koścista dama. – Tak, ja jest Emma Pfuhl. Niech pan fejdzie. Proszę szadacz na tamte czeslo.

Fandorin usiadł, gdzie mu kazano – na wiedeńskim krześle z wygiętym oparciem. Stało przy biurku, na którym starannie poukładano jakieś podręczniki i stosy papieru do pisania. Pokój był ładny, jasny, ale jakoś mało przytulny. Tylko na parapecie stały trzy doniczki z geranium – jedyna ozdoba w pomieszczeniu.

– Pan z powodu tamten głupi szlowiek, który do szebie szszelal? – spytała panna Pfuhl. – Fszora odpowiedziała na szyskie pytania pan policjant, ale jeszli kce pan pytacz jeszsze, to proszę barzo. Ja dobrze rozumie, że praca pan policjant barzo fażna sprawa. Mój wuj Günther był oberwachtmajster w zaksonska policaj.

– Jestem rejestratorem kolegialnym – wyjaśnił Erast Pietrowicz, nie chcąc być uznanym za wachmajstra. – Urzędnikiem czternastej klasy.

– Ja, ja umie rozumiecz ranga. – Niemka skinęła głową, wskazując palcem naszywki na jego wicemundurze. – Słucham, pan rejestrator kolegialny.

W tejże chwili otwarły się drzwi i bez pukania wpadła do pokoju jasnowłosa panienka z uroczo zaczerwienioną twarzyczką.

– Fräulein Pfuhl! Morgen fahren wir nach Kuntsevo!. Daję słowo! Tatusiek pozwolił! – zatrajkotała od progu, ale kiedy zobaczyła obcego, zacięła się nagle i speszona umilkła, jednakże szare oczy z przejęciem wlepiła w młodego człowieka.

– Topsze wychowana baronówna nie biega, tylko idże – powiedziała z udaną surowością guwernantka. – Szszególnie jeszli skończyła już szedemnasze lat. Kiedy panna nie biega, tylko idże, to ma czas, żeby zobaczycz nieznajomy pan i ładnie sze szywitacz.

– Witam pana – zaszeleściło cudowne zjawisko.

Fandorin zerwał się i ukłonił, czując się nad wyraz niezręcznie. Dziewczyna strasznie mu się spodobała; biedny kancelista się przeraził, że zakocha się od pierwszego wejrzenia, czego w żadnym wypadku nie należało czynić. Taka księżniczka nie byłaby dlań parą nawet w dawnych dobrych czasach, kiedy żył tato, a co dopiero mówić o dzisiejszych!

– Dzień dobry – powiedział bardzo sucho, zmarszczył surowo brwi i dodał w myśli: Czyżby tak żałosną rolę los mi wyznaczył? „On był radcą tytularnym[4], ona córką generała”? O nie, nie doczeka się pani! Nawet do tytularnego musiałbym jeszcze służyć a służyć. – Rejestrator kolegialny Erast Pietrowicz Fandorin, z policji śledczej – przedstawił się oficjalnym tonem. – Przeprowadzam dochodzenie w kwestii wczorajszego smutnego zdarzenia w parku Aleksandrowskim. Zaszła konieczność zadania jeszcze paru pytań. Jeśli jednak jest to dla pani przykre... doskonale rozumiem, jak pani była wstrząśnięta... wystarczy mi rozmowa z samą panią Pfuhl.

– Tak, to było okropne. – Oczy panny, i bez tego przepiękne, rozszerzyły się jeszcze bardziej. – Co prawda przymknęłam powieki i prawie nic nie widziałam, a potem straciłam przytomność... Ale tak mnie to ciekawi! Fräulein Pfuhl, może ja też zostanę? Bardzo proszę! Poza tym jestem takim samym świadkiem jak pani!

– Ja ze swej strony też bym wolał, żeby dla dobra śledztwa panna baronówna była obecna – dodał Fandorin nie bez osobistych względów.

– Poszondek jest poszondek. – Emma Gottliebówna kiwnęła głową. – Ja, Lieschen, zawsze powtarzała: Ordnung muss sein. Czeba bycz posłuszna władza. Może pani zostacz.

Lizetka (tak nazywał w duchu Jelizawietę Aleksandrównę coraz bardziej zakochany Fandorin) ochoczo opadła na skórzaną kanapę, nie odrywając wzroku od naszego bohatera.

Ten jednak wziął się w garść i zwracając się do fräulein Pfuhl, poprosił:

– Proszę mi, jeśli łaska, nakreślić portret owego jegomościa.

– Jego moszsza, który szszelal do szebe? – uściśliła. – Na ja. Bronzowe oko, bronzowy włos, dosycz wysoki, fonsy i broda nie miał, bokobroda też nie, twarz supelnie młoda, ale nie barzo ładna. Teraz ubranie...

– Ubraniem zajmiemy się później – przerwał jej Erast Pietrowicz. – Mówi pani, że twarz nieładna. Dlaczego? Miał pryszcze?

Pickeln – przetłumaczyła, czerwieniąc się, Lizetka.

A ja, pryszsze. – Guwernantka z lubością powtórzyła słowo, które nie od razu zrozumiała. – Nie, pryszsze tan pan nie miał. Miał zdrowa, ładna skóra. A twarz nie barzo ładna.

– Dlaczego?

– Pełna zloszczy. Patrzył tak, jakby kcial zabicz nie szebie, tylko ktosz całkiem inny. O, to był koszmar! – Wspomnienia poruszyły pannę Emmę. – Fiosna, zoneczna pogoda, szyskie panie i panowie szpacyrujo, zady fitno cudownie!

Po tych słowach Erast Pietrowicz zalał się czerwienią i z ukosa zerknął na Lizetkę, ale ta widocznie dawno przywykła do osobliwej wymowy swojej duenii, bo patrzyła nadal tak samo ufnie i promiennie.

– A czy miał pince-nez? Być może nie na nosie, ale wystawało mu z kieszeni? Na jedwabnej wstążce? – sypał pytaniami Fandorin. – A nie wydało się pani, że jest garbaty? I co jeszcze... Wiem, że miał na sobie surdut, ale czy cokolwiek w wyglądzie wskazywało na to, że jest studentem – na przykład spodnie od munduru? Nie zauważyła pani?

– Ja sawsze szysko zauwaszala – odrzekła z godnością Niemka. – Szpodnie miał pantalonen z droga wełna w kratka. On pince-nez żaden nie miał. Karbaty też nie był. Ten pan miał dobra postawa. – Zamyśliła się i nieoczekiwanie odpowiedziała pytaniem: – Karbaty, pince-nez i sztudent? Dlaczego pan tak powiedział?



– A co takiego? – zaniepokoił się Erast Pietrowicz.

– Dziwne. Tam był jeden taki pan. Karbaty sztudent w pince-nez.

– Co?! Gdzie?! – wykrzyknął Fandorin.

– Fidziala taki jego moszsz... jenseits... Z druga strona plot, na ulica. Stal i na nas paszszyl. Ja jeszsze myszlala, że teraz pan sztudent nam bendzie pomagacz szeganiacz ten straszny szlowiek. I on był barzo karbaty. Ja to zobaczyła potem, kiedy tamten pan już sze zamordował. Sztudent sze odwrócił i szybczutko poszed. A ja zobaczyła, jaki on karbaty był. To tak jest, kiedy cieci w cieciństwie nie so nauczone prosto szedżecz. Prosto szedżecz to jest barzo fażna sprawa. Moje fychowanki zawsze prosto szedzo. Niech pan popaczy na fräulein baronesse. Fidzi pan, jak ona szyma plec? Barzo ladnie!

Teraz poczerwieniała panna Jelizawieta, ale tak miło, że Fandorin stracił na chwilę wątek, chociaż informacja panny Pfuhl miała bez wątpienia wyjątkową wagę.

Rozdział czwarty,

traktujący o zgubnej potędze urody

Następnego dnia o jedenastej przed południem Erast Pietrowicz, pobłogosławiony przez pryncypała, a nawet zaopatrzony w trzy ruble na nadzwyczajne wydatki, przybył na Mochową do żółtego gmachu uniwersytetu. Zadanie było nietrudne, ale wymagało pewnej dozy szczęścia: odnaleźć garbatego, niezbyt rosłego i trochę pryszczatego studenta w pince-nez na jedwabnej wstążce. Było całkiem prawdopodobne, że ów podejrzany osobnik nie uczył się wcale na Mochowej, tylko w Wyższej Szkole Technicznej, Akademii Leśnej czy też nawet w jakimś Instytucie Miernictwa, jednakże Ksawierij Fieofiłaktowicz (który na swego młodego pomocnika patrzył z niepozbawionym radości zdumieniem) całkowicie zgadzał się z przypuszczeniem Fandorina: „karbaty sztudent”, tak jak nieboszczyk Kokorin, studiował na uniwersytecie, i bardzo możliwe, że na tym samym Wydziale Prawa.

Odpowiednio ubrany Erast Pietrowicz wbiegł co tchu po wytartych żeliwnych stopniach, minął brodatego pedla w zielonej liberii i zajął dogodną pozycję w półokrągłym otworze okiennym, skąd świetnie można było obserwować salę z szatnią, dziedziniec, a nawet wejścia do obydwu skrzydeł. Po raz pierwszy, odkąd umarł ojciec, a życie skręciło z jasnej i prostej drogi, Erast Pietrowicz patrzył na święte żółte mury uniwersytetu bez dojmującej tęsknoty za tym, co mogło się spełnić, ale się nie spełniło. Nie wiadomo jeszcze, co jest ciekawsze i pożyteczniejsze dla społeczeństwa: studenckie zakuwanie czy surowe życie detektywa prowadzącego ważną i niebezpieczną sprawę (no, powiedzmy, że z tym niebezpieczeństwem to przesada, ale na pewno odpowiedzialną i tajemniczą).

Mniej więcej co czwarty student, który dostawał się w pole widzenia obserwatora, nosił pince-nez, przy czym wielu właśnie na jedwabnej wstążce. Mniej więcej co piąty miał fizjonomię cokolwiek usianą pryszczami. Owszem, trafiali się i garbaci. Ale wszystkie trzy cechy w żaden sposób nie chciały się spotkać w jednej osobie.

O drugiej zgłodniały Fandorin wyjął z kieszeni kanapkę z kiełbasą i pokrzepił się, nie opuszczając posterunku. Do tego czasu zdążył już nawiązać całkiem przyjazne stosunki z brodatym odźwiernym, który kazał się nazywać Mitryczem i zdążył dać młodemu człowiekowi kilka niezwykle cennych rad co do wstąpienia na „uliwersytet”. Fandorin, który przedstawił się gadatliwemu staruszkowi jako prowincjusz marzący o guzikach z godłem uniwersytetu, przemyśliwał już, czyby nie zmienić wersji i wprost nie zapytać o garbatego i pryszczatego „sztudenta”, kiedy odźwierny znowu ściągnął z głowy czapkę i zakrzątnął się przy drzwiach. Powtarzał tę procedurę za każdym razem, kiedy przechodził obok profesor albo bogaty student i nadarzała się okazja zarobienia kopiejki lub całego piątaka. Erast Pietrowicz obejrzał się i zobaczył, że do wyjścia kieruje się student, któremu dopiero co wydano w szatni wspaniały aksamitny płaszcz ze sprzączkami w kształcie lwich łap. Na nosie fircyka pobłyskiwało pince-nez, a czoło usiane miał różowymi pryszczykami. Fandorin aż się naprężył, usiłując dojrzeć, jak tam u studenta z postawą, ale przeklęta peleryna i podniesiony kołnierz przeszkadzały postawić diagnozę.

– Miłego wieczoru, Nikołaju Stiepanyczu. Nie życzy pan sobie derożki? – skłonił się odźwierny.

– Jak tam, Mitrycz, już nie pada? – cienkim głosem spytał pryszczaty. – Jeśli tak, to pójdę pieszo, bo się zasiedziałem. – Palcami w białej rękawiczce ujął monetę i opuścił ją w nadstawioną dłoń.

– Kto to taki? – szepnął Erast Pietrowicz, w napięciu wpatrując się w plecy franta. Czyżby się garbił?

– Nikołaj Stiepanowicz Achtyrcew. Najpierwszy bogacz, książęca krew – poinformował pełen uwielbienia Mitrycz. – Każdą razą rzuca nie mniej jak piętnastkę.

Fandorinowi aż się gorąco zrobiło. Achtyrcew! Czy nie ten, którego wymieniono w testamencie?

Mitrycz ukłonił się kolejnemu wykładowcy, długowłosemu magistrowi fizyki, a kiedy się odwrócił, czekała go niespodzianka: uniżony prowincjusz jakby się zapadł pod ziemię.


Czarny aksamitny płaszcz był widoczny z daleka, Fandorin więc raz-dwa dopędził podejrzanego, ale nie zdecydował się go zatrzymać. Co właściwie może przedstawić Achtyrcewowi? No, powiedzmy, że rozpoznają go i subiekt Kukin, i panna Pfuhl (tutaj Erast Pietrowicz znowu ciężko westchnął, już po raz któryś wspominając Lizetkę). No i cóż z tego? Czy nie lepiej, zgodnie z nauką wielkiego Fouché, niezrównanego luminarza sztuki detektywistycznej, rozpocząć obserwację obiektu?

Dla chcącego nic trudnego. Tym bardziej że obserwacja okazała się zupełnie prosta: Achtyrcew niespiesznie, spacerowym krokiem szedł w stronę Twerskiej, nie oglądając się za siebie, tylko od czasu do czasu odprowadzając spojrzeniem ładniutkie modystki. Ośmielony Erast Pietrowicz kilka razy podkradał się całkiem blisko: słyszał nawet, jak student beztrosko pogwizduje arię Smitha z Pięknego dziewczęcia z Perth. Wyglądało na to, że niedoszły samobójca (jeśli to był on) znajduje się w iście promiennym nastroju. Koło trafiki Korffa zatrzymał się i długo oglądał witrynę z pudełkami cygar, ale nie wszedł do środka. Fandorin zaczął nabierać przekonania, że „obiekt” stara się wypełniać sobie czas do wyznaczonej godziny. Przekonanie to umocniło się, kiedy Achtyrcew wyjął złoty zegarek, szczęknął wieczkiem i ruszył naprzód krokiem nieco przyspieszonym, włączając do repertuaru energiczniejszy „Chór chłopców” z modnej ostatnio opery Carmen.

Skręciwszy w Kamergerską, przestał gwizdać i zaczął iść tak żwawo, że Erast Pietrowicz zmuszony był zostać nieco z tyłu, bo inaczej wyglądałby już nazbyt podejrzanie.

Na szczęście przed eleganckim salonem mody damskiej d’Arzensa „obiekt” zwolnił kroku, a wkrótce w ogóle się zatrzymał. Fandorin przeszedł na drugą stronę uliczki i zajął posterunek koło piekarni, skąd buchały aromaty świeżych ciast.

Przez piętnaście, a może nawet dwadzieścia minut coraz wyraźniej zdenerwowany Achtyrcew przechadzał się przed ozdobnymi dębowymi drzwiami, gdzie ciągle wchodziły energiczne panie i skąd posłańcy wynosili szykowne paczki i pudła. Wzdłuż trotuaru czekało kilka ekwipaży, niektóre nawet z herbami na lakierowanych drzwiach. Siedemnaście po trzeciej (Erast Pietrowicz ustalił to dzięki zegarowi w witrynie) student rzucił się ku wychodzącej ze sklepu smukłej damie w woalce. Zdjął czapkę i wymachując rękami, zaczął coś mówić. Fandorin ze znudzoną miną przeciął jezdnię i cóż w tym niezwykłego, może też zapragnął wstąpić do d’Arzensa?

– Nie mam teraz dla pana czasu – usłyszał dźwięczny głos damy, ubranej według ostatniej mody paryskiej, w liliową suknię z mory, z trenem. – Później. Niech pan przyjedzie o ósmej, jak zwykle, wtedy wszystko się postanowi.

Nie patrząc już na wzburzonego Achtyrcewa, ruszyła w stronę dwumiejscowego faetonu z odkrytą górą.

– Za pozwoleniem, Amalio! Amalio Kazimirówno! – zawołał za nią student. – Liczyłem w pewnym sensie na rozmowę tête-à-tête!

– Później, później! – rzuciła dama. – Teraz się spieszę!

Łagodny wiatr uniósł do góry leciutką woalkę, a Erast Pietrowicz osłupiał. Widział przecież te mroczne oczy o powłóczystym spojrzeniu, ten egipski owal, to kapryśne wygięcie linii ust, a takiej twarzy, kiedy raz się ją ujrzy, nigdy już się nie zapomni. To była ona, tajemnicza A.B., która nieszczęsnemu Kokorinowi nie pozwalała zapierać się miłości! Sprawa zdawała się nabierać całkiem innego sensu.

Zgnębiony Achtyrcew zamarł na trotuarze, brzydko wciskając głowę w ramiona (garbaty, bez wątpienia garbaty – stwierdził Erast Pietrowicz), a tymczasem faeton niespiesznie uwoził egipską królową w stronę Pietrowki. Trzeba było podjąć jakąś decyzję. Fandorin uznał, że student już mu teraz nie ucieknie, i na razie machnął na niego ręką, pobiegł zaś na róg Dmitrowki, gdzie stał długi rząd dorożek.

– Policja – szepnął do sennego „dryndziarza” w kaszkiecie i watowanym kaftanie. – Prędko, za tamtym powozem! Żywiej! I bez obawy, płacę za wszystko.

Dryndziarz się wyprostował, z przesadną gorliwością zakasał rękawy, uderzył lejcami, a na dodatek splunął, po czym tarantowaty konik dźwięcznie zastukał kopytami po brukowanej ulicy.

Koło skrzyżowania z Rożdiestwienką załadowana deskami fura stanęła w poprzek ulicy, tarasując całą jezdnię. Zdenerwowany niezwykle Erast Pietrowicz zerwał się z miejsca i nawet uniósł na palcach, patrząc w ślad za faetonem, który zdążył przejechać. Dobrze chociaż, że udało się zauważyć, jak skręca na Łubiankę.

Ale to nic, Bóg był łaskaw, dopędzili faeton tuż pod Srietienką – w samą porę, bo tamci mknęli już boczną uliczką, wąską, wiodącą w górę. Koła zadudniły na wybojach. Fandorin zobaczył, że faeton się zatrzymuje, i szturchnął fiakra w plecy – jedź, bratku, dalej, niech nie widzą, że ich śledzimy. Sam naumyślnie się odwrócił, lecz kątem oka dostrzegł, jak przy ładnej murowanej willi jakiś wysoki fagas w liberii wita ukłonem liliową damę. Za pierwszym rogiem Erast Pietrowicz zwolnił fiakra i powoli, jak gdyby spacerując, poszedł w przeciwnym kierunku. A oto i willa – teraz mógł ją obejrzeć jak należy: frontowe schodki, facjatka z zielonym dachem, firanki w oknach. Tabliczki z brązu na drzwiach jakoś nie było widać.

Za to na ławce pod ścianą siedział znudzony stróż w fartuchu i wygniecionym kaszkiecie. Erast Pietrowicz skierował się właśnie ku niemu.

– Powiedz no mi, bracie – zaczął bez zbędnych wstępów, wyciągając z kieszeni służbową dwudziestokopiejkówkę. Czyj to dom?

– Wiadomo czyj – odparł mgliście stróż, z zajęciem śledząc ruchy palców Fandorina.

– Masz tutaj. Cóż to za dama niedawno przyjechała?

Stróż wziął monetę i z powagą odpowiedział:

– Dom generałowej Masłow, ino że pani tutaj nie mieszka, wynajmuje. A przyjechała lokatorka, pani Bieżecka, Amalia, po ojcu Kazimirówna.

– Kto? – naskoczył nań Erast Pietrowicz. – Dawno tu mieszka? Dużo ludzi u niej bywa?

Stróż patrzył na niego w milczeniu, ruszając wargami. Jego mózg najwyraźniej pilnie nad czymś pracował.

– Wiecie co, panie – powiedział, podnosząc się, po czym niespodziewanie mocno chwycił Fandorina za rękaw. – Poczekajcie ino.

Powlókł opierającego się Erasta Pietrowicza do wejścia i szarpnął spiżową kołatkę.

– Ty co?! – przeraził się detektyw, zawzięcie starając się wyswobodzić. – Bo ja cię... Wiesz ty, z kim...?!

Drzwi się otwarły, a na progu zjawił się dryblas w liberii, z olbrzymimi faworytami piaskowego koloru i wygolonym podbródkiem – od razu było widać, że nie Rosjanin.

– Ten tutaj chodził, o Amalię Kazimirównę się rozpytywał poskarżył się słodkim głosem podły stróż. – Pieniądze też dawał, alem nie wziął. Tom se, Dżonie Karłyczu, pomyślał...

Majordomus (jako Anglik musiał przecież sprawować odpowiednio wysoką funkcję) zmierzył aresztanta beznamiętnym spojrzeniem małych świdrujących oczu; milcząc, podał judaszowi srebrną półrublówkę i odsunął się trochę na bok.

– To przecież absolutne nieporozumienie! – Fandorin ciągle nie mógł ochłonąć. – It’s ridiculous! A complete misunderstanding! – przeszedł na angielski.

– Ależ prosimy bardzo, prosimy – zadudnił z tyłu stróż, dla pewności chwytając Fandorina jeszcze za drugi rękaw, i wepchnął młodzieńca do środka.

Erast Pietrowicz znalazł się w dosyć obszernym przedpokoju, akurat naprzeciwko wypchanego niedźwiedzia ze srebrną tacą na wizytówki. Szklane oczka kudłatego zwierza patrzyły na skonfundowanego rejestratora bez najmniejszego współczucia.

– Kto? Po so? – spytał krótko starszy lokaj, z wyraźnym akcentem, ignorując całkiem przyzwoitą angielszczyznę Fandorina.

Erast Pietrowicz milczał, upierając się przy swoim incognito.

What’s the matter, John? – rozległ się znany już Fandorinowi dźwięczny głos. Na wyściełanych dywanem schodach, z pewnością prowadzących do facjatki, stała pani domu, która zdążyła tymczasem zdjąć kapelusz i woalkę.

– Aaa, młody brunet – odezwała się drwiącym głosem do pożerającego ją wzrokiem Fandorina. – Zauważyłam pana jeszcze na Kamergerskiej. Czy to ładnie tak się gapić na nieznajome panie? Sprytny chłopak, czego chcieć? Wyśledził! Student czy może bez zajęcia?

– Fandorin, Erast Pietrowicz – przedstawił się i zastanowił nad dalszym ciągiem prezentacji, ale Kleopatra, jak się zdaje, na swój sposób wytłumaczyła sobie jego najście.

– Lubię śmiałych. – Uśmiechnęła się. – Szczególnie, jeśli tacy ładniutcy. Ale szpiegować to już brzydko. Jeśli moja osoba aż tak pana zajmuje, proszę przyjechać wieczorem, w końcu bywa u mnie niejeden. Wtedy będzie pan mógł bez przeszkód zaspokoić swoją ciekawość. I niech pan włoży frak, u mnie można się zachowywać swobodnie, ale mężczyzna, jeśli nie nosi munduru, musi być koniecznie we fraku – taka jest zasada.


Pod wieczór Erast Pietrowicz był już w pełnym rynsztunku. Co prawda ojcowski frak okazał się nieco szeroki w ramionach, ale nieoceniona Agrafiena Kondratiewna, wdowa po sekretarzu gubernialnym, u której Fandorin wynajmował pokoik, spięła frak szpileczkami wzdłuż szwu i wypadło zupełnie przyzwoicie, szczególnie jeśli się obejść bez zapinania. Zasobna garderoba, gdzie samych białych rękawiczek było pięć par, stanowiła cały majątek, jaki syn odziedziczył po niefortunnym kliencie bankowym. Najładniej wyglądały jedwabna kamizelka od Burgessa i lakierki od Pirroneta. Niezły był też prawie nowy cylinder od Blanca, tyle że zsuwał się trochę na oczy. Ale to nic, odda się go przy wejściu lokajowi i po kłopocie. Laseczki Erast Pietrowicz postanowił nie brać, dopatrując się w tym złego gustu. Poobracał się przed starym lustrem w ciemnym przedpokoju, całkiem z siebie kontent, zwłaszcza z talii, którą idealnie uformował surowy „Lord Byron”.

W kieszonce kamizelki leżał srebrny rubel, którego Ksawierij Fieofiłaktowicz dał Fandorinowi na bukiet kwiatów („ma być przyzwoity, ale bez fanaberii”). Jakież za rubla mogą być fanaberie? – westchnął obdarowany i postanowił dołożyć własne pół rubla, a wtedy wystarczy nawet na fiołki parmeńskie.

Przez to musiał, niestety, zrezygnować z dorożki i do pałacu Kleopatry (to przezwisko pasowało Amalii Bieżeckiej jak żadne) przyszedł dopiero kwadrans po ósmej.


Goście już się zebrali. Wpuszczony przez pokojówkę kancelista jeszcze z przedpokoju usłyszał gwar licznych męskich głosów, ale od czasu do czasu dolatywał i tamten, cudowny, srebrno-kryształowy. Trochę zmarudziwszy na progu, Erast Pietrowicz zebrał się na odwagę i wszedł z pewną nonszalancją, zamierzając zrobić wrażenie światowca. Był to trud daremny: nikt na wchodzącego nie spojrzał.

Fandorin zobaczył salę z wygodnymi safianowymi kanapami, aksamitnymi krzesłami, wytwornymi stolikami; wszystko bardzo stylowe i nowoczesne. Na środku, depcąc rozścieloną tygrysią skórę, stała gospodyni przebrana za Hiszpankę, w czerwonej sukni z gorsetem i pąsową kamelią we włosach. Była tak piękna, że Erastowi Pietrowiczowi zaparło dech w piersi. Nawet gościom nie od razu się przyjrzał, zauważył tylko, że są tu sami mężczyźni i że Achtyrcew też jest tutaj, siedzi opodal i wygląda jakoś bardzo blado.

– A oto i nowy wzdychacz – powiedziała Bieżecka, spoglądając z uśmieszkiem na Fandorina. – Teraz mamy feralną trzynastkę. Przedstawiać wszystkich nie będę, pan jednak niech się przedstawi. Pamiętam, że student, ale nazwiska zapomniałam.

– Fandorin – pisnął Erast Pietrowicz głosem, który zadrżał zdradziecko, i powtórzył raz jeszcze, trochę pewniej: – Fandorin.

Wszyscy obejrzeli się na niego, ale jakoś tak mimochodem, widocznie nowo przybyły młodzian ich nie zainteresował. On zaś szybko zrozumiał, że w tym towarzystwie obiekt zainteresowania jest tylko jeden. Między sobą goście prawie nie rozmawiali, zwracając się przeważnie do gospodyni; wszyscy też, nawet dostojnie wyglądający staruszek z brylantową gwiazdą, na wyścigi starali się o jedno: żeby skupić na sobie jej uwagę i choć na chwilę zaćmić pozostałych. Inaczej zachowywało się tylko dwóch: milkliwy Achtyrcew, nieustannie popijający szampana, i oficer huzarów, przystojny mężczyzna z szalonymi, trochę wybałuszonymi oczami i czarnymi wąsami. Ten z pewnością solidnie się nudził i prawie nie patrzył na Amalie; Kazimirównę, z lekceważącym uśmiechem przyglądając się reszcie gości. Kleopatra zaś jawnie wyróżniała owego gagatka, mówiła nań po prostu „Ipolit” i parę razy rzuciła w jego stronę takie spojrzenie, że Erastowi Pietrowiczowi serce się ścisnęło.

W pewnej chwili Fandorin się ocknął. Właśnie jakiś zażywny jegomość z białym krzyżem na szyi skorzystał z przerwy i powiedział:

– Zabroniła pani, Amalio, plotkować na temat Kokorina, a ja akurat dowiedziałem się czegoś ciekawego.

Zamilkł na chwilę, zadowolony z efektu: wszyscy zwrócili głowy w jego kierunku.

– Proszę nas nie dręczyć, Antonie Iwanowiczu, niech pan mówi – nie wytrzymał grubas z wysokim czołem, z wyglądu wzięty adwokat.

– Tak, tak, niech nas pan nie dręczy – podchwyciła reszta.

– Zastrzelił się nie tak zwyczajnie, tylko zagrał w amerykańską ruletkę; szepnięto mi o tym dzisiaj w kancelarii generała-gubernatora – podkreślił zażywny. – Państwo wiedzą, co to jest?

– Wiadomo. – Ipolit wzruszył ramionami. – Bierze się rewolwer, wkłada nabój. Głupie, ale rozgrzewa. Szkoda, że to Amerykanie wymyślili, a nie my.

– A co to ma wspólnego z ruletką, hrabio? – nie zrozumiał staruszek z gwiazdą.

– Parzyste albo nieparzyste, czerwone lub czarne, byle nie zero! – wykrzyknął Achtyrcew i roześmiał się nienaturalnie, patrząc wyzywająco na Amalię Kazimirównę (tak przynajmniej wydało się Fandorinowi).

– Uprzedzałam: kto będzie o tym paplał, wypędzę! – Pani domu rozeźliła się nie na żarty. – I raz na zawsze zabronię wstępu do mego domu! Znaleźli sobie temat do plotek!

W powietrzu zawisło niezręczne milczenie.

– Mnie jednak nie ośmieli się pani wypędzić – oświadczył Achtyrcew ciągle tym samym nonszalanckim tonem. – Zdobyłem sobie chyba prawo mówienia wszystkiego, co myślę.

– A to jakim sposobem, zechce pan wyjaśnić – zażądał krępy kapitan w gwardyjskim mundurze.

– A takim, że się smarkacz urżnął. – Ipolit, którego staruszek tytułował hrabią, zdecydowanie dążył do awantury. – Pani pozwoli, Amélie, pójdę go przewietrzyć.

– Kiedy będę potrzebowała pańskiej pomocy, Ipolicie Aleksandrowiczu, niezawodnie o tym pana poinformuję – odrzekła Kleopatra nie bez złośliwości i tym samym konfrontacja została zdławiona w zarodku. – Albo wiecie co, panowie? Skoro zajmującej rozmowy próżno się po was spodziewać, zagrajmy w fanty. Zeszłym razem wypadło zabawnie, kiedy Froł Łukicz przegrał i pokłuł sobie palce, haftując kwiatek na tamborku!

Wszyscy zaśmiali się radośnie, oprócz brodatego, ostrzyżonego na okrągło jegomościa, na którym frak siedział dosyć krzywo.

– Właśnie, mateczko Amalio Kazimirówno, pośmialiście się z kupczyny. No i dobrze mi tak, głupcowi – rzekł potulnie z nadwołżańskim akcentem. – Bo tylko przy uczciwym handlu zapłata dług krasi. Niedawno my przed panią ryzykowaliśmy, teraz byłoby sprawiedliwie, gdyby i pani zaryzykowała.

– Dobrze mówi pan radca handlowy! – zawołał adwokat. – Ma łeb! Niech i Amalia Kazimirówna popisze się odwagą. Panowie, proponuję: ten, kto wyciągnie fant, zażąda od naszej promienistej... no... czegoś szczególnego.

– Słusznie! Brawo! – rozległo się ze wszystkich stron.

– To chyba bunt? Pugaczowszczyzna? – zaśmiała się pani domu. – Czegóż chcecie ode mnie?

– Ja wiem! – wtrącił się Achtyrcew. – Szczerej odpowiedzi na dowolne pytanie. Żeby nie kręcić, nie bawić się w kotka i myszkę. No i koniecznie w cztery oczy.

– Dlaczego w cztery? – zaprotestował kapitan. – Wszyscy chcieliby posłuchać.

– Jeśli „wszyscy”, to odpowiedź nie będzie szczera. – Bieżecka błysnęła oczyma. – Dobrze, zabawimy się w szczerość, jak chcecie. Tylko czy ten szczęśliwiec nie będzie się bał usłyszeć ode mnie prawdy? Prawda może nie przypaść mu do smaku.

Hrabia, grasejując po parysku, odezwał się drwiąco:

J’en ai le frisson, que d’y penser. Niech licho porwie prawdę, panowie. Na co ona komu? Może lepiej zagramy w amerykańską ruletkę? No jak, nie kusi was?

– Ipolicie, zdaje się, że uprzedzałam! – Bogini cisnęła weń gromem. – Powtarzać nie będę! O tamtym ani słowa!

Ipolit niezwłocznie zamilkł i nawet podniósł ręce: że niby już milczy jak ryba.

A tymczasem obrotny kapitan zbierał fanty do czapki. Erast Pietrowicz włożył batystową ojcowską chustkę z monogramem „P.F.”.

Ciągnąć kazali zażywnemu Antonowi Iwanowiczowi.

Najpierw wyjął z czapki cygaro, które sam tam wrzucił, i zapytał przymilnie:

– Co za ten fant?

– Dziurę od obwarzanka – odpowiedziała odwrócona do ściany Kleopatra i wszyscy oprócz zażywnego złośliwie zarechotali.

– A za ten? – Anton Iwanowicz obojętnym ruchem wyciągnął srebrzysty ołówek, własność kapitana.

– Zeszłoroczny śnieg.

Potem przyszła kolej na zegarek-medalion („ucho od śledzia”), kartę do gry (mes condoléances), zapałki fosforowe („prawe oko Kutuzowa”), bursztynowy ustnik („próżne starania”), sturublową asygnatę („trzy razy nic”), szylkretowy „grzebyk („cztery razy nic”), winną jagodę („koafiurę Oresta Kiryłowicza” – długotrwały śmiech pod adresem absolutnie łysego pana z Orderem Świętego Włodzimierza), goździk („to – nigdy i za nic w świecie”). W czapce zostały w końcu tylko dwa fanty – chustka Erasta Pietrowicza i złoty pierścień Achtyrcewa. Kiedy w palcach ogłaszającego błysnął pierścień, student cały wysunął się do przodu, a Fandorin zobaczył, jak na pryszczate czoło wystąpiły krople potu.

– Temu oddać? – przewlekała sprawę Amalia Kazimirówna, której wyraźnie znudziło się zabawiać publiczność. Achtyrcew powstał i nie wierząc swemu szczęściu, ściągnął z nosa pince-nez. – Eee, nie, chyba nie jemu, tylko ostatniemu – zakończyła dręczycielka.

Wszyscy zwrócili się ku Erastowi Pietrowiczowi, po raz pierwszy przyglądając mu się na serio. On zaś przez ostatnie kilka minut, w miarę jak rosły jego szanse, coraz bardziej gorączkowo obmyślał, jak się zachowa w razie wygranej. Cóż, wątpliwości zniknęły. Tak widocznie miało być.

Wówczas Achtyrcew zerwał się z miejsca, podbiegł do Fandorina i zaczął gwałtownie szeptać:

– Niech pan mi ustąpi, błagam. Cóż panu... Pan tu jest pierwszy raz, a mój los... Niech pan ostatecznie sprzeda. Ile? Chce pan pięćset, tysiąc, co? Więcej?

Erast Pietrowicz sam się sobie zdziwił, jak spokojnie i pewnie odsunął szepczącego, wstał, podszedł do pani domu i kłaniając się, spytał:

– Gdzie pani rozkaże się udać?

Kobieta patrzyła na niego z wesołym zainteresowaniem. Od tego spojrzenia kręciło się w głowie.

– A choćby tam, do kąta. Bo z panem, takim zuchem, bałabym się zostawać sam na sam.

Nie zwracając uwagi na kpiący śmiech pozostałych, Erast Pietrowicz poszedł za nią w najdalszy kąt sali i usiadł na kanapie z rzeźbionym oparciem. Amalia Kazimirówna włożyła w srebrną lufkę cienki papieros, zapaliła go od świecy i z rozkoszą się zaciągnęła.

– No, to ile Nikołaj Stiepanycz panu za mnie proponował? Przecież wiem, o czym do pana szeptał.

– Tysiąc rubli – przyznał uczciwie Fandorin. – A nawet więcej.

Agatowe oczy Kleopatry błysnęły nieprzyjaźnie.

– Ho, ho, jak to mu się spieszy. A pan co, milioner?

– Nie, jestem niezamożny – wyjaśnił skromnie Erast Pietrowicz. – Ale handlować wygraną to poniżej mojej godności.

Goście mieli już dość podsłuchiwania – tym bardziej że nic do nich nie docierało – toteż rozdzielili się na grupki, zaczęli jakieś rozmowy, choć każdy niby od niechcenia co chwila spozierał w odległy kąt.

Kleopatra z jawną kpiną badała swojego chwilowego pana i władcę.

– A o co chciałby pan spytać?

Erast Pietrowicz wahał się.

– Odpowiedź będzie uczciwa?

– Uczciwość jest dla uczciwych, a w naszych zabawach uczciwości jest niewiele. – Bieżecka uśmiechnęła się z ledwie dostrzegalną goryczą. – Ale szczerość panu obiecuję. Tylko niech mnie pan nie rozczaruje, nie pyta o głupstwa. Mam pana za intrygujący egzemplarz.

Wobec tego Fandorin bez zastanowienia ruszył do ataku:

– Co pani wie o śmierci Piotra Kokorina?

Gospodyni nie przestraszyła się, nie zadrżała, lecz Erastowi Pietrowiczowi wydało się, że jej oczy na chwilę się zwęziły.

– A po co to panu?

– Później wyjaśnię. Najpierw niech pani odpowie.

– No cóż, odpowiem. Kokorina zabiła pewna bezlitosna dama. – Bieżecka na chwilę opuściła gęste czarne rzęsy i rzuciła spod nich piekące, szybkie jak cios szpady spojrzenie. – Dama ta nazywa się miłością.

– Miłość do pani? Przecież tutaj bywał?

– Bywał. A oprócz mnie nie ma tutaj, jak sądzę, w kim się zakochać. Chyba że w Oreście Kiryłowiczu. – Zaśmiała się.

– I wcale pani nie żal Kokorina? – Fandorina zdziwiła taka nieufność.

– Każdy jest kowalem swojego losu. Czy jednak nie dosyć już tych pytań?

– Nie! – odrzekł spiesznie Erast Pietrowicz. – A jaki związek miał z tym Achtyrcew? I co oznacza zapis na rzecz lady Astair?

Gwar stał się głośniejszy, więc Fandorin odwrócił się ze złością.

– Nie podoba się mój ton? – pytał donośnie Ipolit, napierając na pijanego Achtyrcewa. – A to ci się, smarku, podoba? I pchnął studenta dłonią w czoło, niby niemocno, ale pokurcz Achtyrcew odleciał, opadł na fotel i siedział, z zakłopotaniem mrugając oczami.

– Za pańskim pozwoleniem, hrabio, tak się nie godzi! – rzucił się naprzód Erast Pietrowicz. – Jeśli jest pan silniejszy, to jeszcze nie daje panu prawa...

Jednakże jego nieskładną przemowę, której hrabia właściwie nie zaszczycił uwagą, zagłuszył dźwięczny głos pani domu.

– Ipolicie, precz mi stąd! I żeby twoja noga tutaj nie postała, dopóki nie wytrzeźwiejesz!

Hrabia zaklął i ruszył z hałasem do wyjścia. Reszta gości patrzyła uważnie na oklapłego Achtyrcewa, który wyglądał zupełnie żałośnie i nawet nie próbował się podnieść.

– Tylko pan sprawia tu wrażenie człowieka – szepnęła, wychodząc, Bieżecka do Fandorina. – Niech pan go stąd zabierze. I nigdzie nie zostawia.

Ledwie to powiedziała, zjawił się dryblas John, który zmienił liberię na czarny surdut i nakrochmalony gors. Pomógł doprowadzić studenta do drzwi i wsadził mu na głowę cylinder. Bieżecka nie wyszła, żeby się pożegnać, toteż kiedy Erast Pietrowicz spojrzał na ponurą fizjonomię lokaja, zrozumiał, że pora już iść.

Rozdział piąty,

w którym bohatera spotykają poważne nieprzyjemności

Na ulicy Achtyrcew zaczerpnął świeżego powietrza i trochę się ożywił. Stał na nogach krzepko, nie zataczał się, toteż Erast Pietrowicz uznał, że może go już nie podtrzymywać

– Przejdziemy się do Srietienki – powiedział. – Tam będą dorożki. Daleko ma pan do domu?

– Do domu? – W świetle filującej lampy naftowej blada twarz studenta wydawała się maską. – Nie, do domu w żadnym wypadku! Pojedźmy gdzieś, co? Chce mi się pogadać. Pan przecież widział... co ze mną robią. Jak się pan nazywa? Pamiętam, Fandorin, śmieszne nazwisko. A ja jestem Achtyrcew, Nikołaj Achtyrcew.

Erast Pietrowicz skłonił się z lekka, rozważając trudny problem moralny: czy to będzie uczciwe, jeśli wykorzysta chwilową słabość Achtyrcewa, wyciągając zeń potrzebne informacje, jako że „karbaty” najwyraźniej miał ochotę się zwierzyć.

Uznał, że owszem, uczciwe. Detektywistyczna żyłka zanadto już dawała o znać sobie.

– Tutaj blisko jest „Krym” – przypomniał Achtyrcew. – Nie trzeba nawet jechać, dojdziemy piechotą. To oczywiście spelunka, ale wina mają przyzwoite. Pójdziemy, co? Zapraszam pana.

Fandorin nie robił zbędnych ceregieli, toteż wolno (student mimo wszystko lekko się chwiał) ruszyli ciemną uliczką w stronę odległych świateł Srietienki.

– Pan, Fandorin, z pewnością uważa mnie za tchórza? – spytał, trochę się plącząc, Achtyrcew. – Że go nie wyzwałem, puściłem płazem zniewagę i udałem pijanego? Nie jestem tchórzem, mógłbym opowiedzieć panu coś takiego, że by się pan przekonał... Przecież hrabia specjalnie mnie prowokował To pewnie ona go namówiła, żeby się ode mnie uwolnić i nie płacić długu... O, z niej taka kobieta, pan jej nie zna!... A dla Zurowa zabić człowieka to fraszka. Każdego ranka przez godzinę ćwiczy strzelanie z pistoletu. Mówią, że z dwudziestu kroków pakuje kulę w pięciokopiejkówkę. Jakiż to pojedynek? Ani odrobinę nie ryzykuje. A co najważniejsze, nic mu się nie stanie, wykręci się sianem. Już niejeden raz się wykręcał. Ot, może przejedzie się za granicę. A ja teraz chcę żyć, zasłużyłem sobie.

Skręcili ze Srietienki w drugą z bocznych uliczek, niepozorną, ale już nie z naftowymi, tylko gazowymi latarniami, przed nimi zaś wyrósł dwupiętrowy dom o jasno oświetlonych oknach. Widocznie to jest „Krym” – pomyślał z zamierającym sercem Erast Pietrowicz, który niemało słyszał o znanym w Moskwie wesołym przybytku.

Kiedy pokonali szerokie schody, Achtyrcew gestem bywalca pchnął wysokie rzeźbione drzwi. Te łatwo się otwarły i na powitanie buchnęło z wnętrza ciepło, zapachy potraw i trunków, gwar głosów i piski skrzypiec.

Młodzi ludzie zostawili cylindry w garderobie i wpadli w łapy zucha w jaskrawoczerwonej rubasze, który tytułował Achtyrcewa „jaśnie oświecony” i obiecywał najlepszy, specjalnie rezerwowany stolik.

Stolik znajdował się pod ścianą i, dzięki Bogu, daleko od sceny, gdzie chór Cyganów wyśpiewywał i uderzał w tamburyna.

Erast Pietrowicz, który pierwszy raz trafił do prawdziwej jaskini rozpusty, rozglądał się na wszystkie strony. Goście tu byli najróżniejsi, tylko trzeźwych, zda się, nie było w ogóle. Ton nadawali kupczykowie i giełdziarze z napomadowanymi przedziałkami (wiadomo, kto ma dziś pieniądze), ale trafiali się też osobnicy o niewątpliwie pańskim wyglądzie, gdzieś tam błysnął złotem fligeladiutancki monogram na pagonie. Najbardziej jednak intrygowały rejestratora kolegialnego dziewczęta, które na skinienie przysiadały się do stołu. Dekolty miały takie, że Erast Pietrowicz poczerwieniał, a spódnice – z wycięciami, przez które bezwstydnie wyzierały krągłe kolana w ażurowych pończochach.

– Cóż to, na dziewczynki się pan zapatrzył? – Achtyrcew uśmiechnął się lekko, zamawiając u kelnera wina i gorące potrawy. – A ja po Amalii nie uważam ich nawet za osoby płci żeńskiej. Ile ma pan lat, Fandorin?

– Dwadzieścia jeden – odrzekł Erast Pietrowicz, dodając sobie rok.

– A ja dwadzieścia trzy, już wielu rzeczy się napatrzyłem. Na sprzedajne niech się pan nie gapi, szkoda na nie czasu i pieniędzy. A i wstręt się potem czuje. Jeśli już kochać, to królową! Chociaż co ja tu panu tłumaczę... Pan przecież nie bez powodu zjawił się u Amalii. Zwabiła pana? To właśnie lubi, zebrać kolekcję, no i żeby okazy stale się zmieniały. Jak śpiewają w operetce, elle ne pense qu’a exciter les hommes*.. Ale wszystko ma cenę, ja też swoją zapłaciłem. Chce pan, to opowiem pewną historię. Jakoś bardzo mi się pan spodobał, świetnie umie pan milczeć. I nie zaszkodzi też, jak się pan dowie, co to za kobieta. Może warto byłoby się opamiętać, póki pana nie wessie tak jak mnie. Czy też już wessało, Fandorin? Co jej pan tam szeptał?

Erast Pietrowicz spuścił oczy.

– No, to niech pan słucha – rozpoczął opowieść Achtyrcew. – Dopiero co podejrzewał mnie pan o tchórzostwo, bo darowałem zniewagę, nie wyzwałem Ipolita na pojedynek. A ja stoczyłem taki pojedynek, o jakim się pańskiemu Ipolitowi nie śniło. Słyszał pan, jak nie pozwoliła mówić o Kokorinie? Bo i pewnie! To ona ma krew na sumieniu, właśnie ona. No i, rozumie się, ja też. Tyle że swój grzech odkupiłem śmiertelnym strachem. Kokorin to mój kolega z roku, też chodził do Amalii. Kiedyś się przyjaźniliśmy, a przez nią staliśmy się wrogami. Kokorin żył swobodniej ode mnie, a i na twarzy był gładki, chociaż, entre nous, kupczyk to zawsze kupczyk, plebejusz, choćby i studiował na uniwersytecie. Dosyć sobie Amalia z nami poigrała – to jednemu pozwoli się zbliżyć, to drugiemu. Mówi człowiekowi „Nicolas” albo „ty”, niby to zalicza do faworytów, a potem z powodu jakiejś błahostki wtrąca w niełaskę: zabrania mi przez tydzień pokazywać się na oczy, i znowu per pan, znowu „Mikołaju Stiepanowiczu”. Taka jest jej polityka: kogo złapała na wędkę, ten już się nie zerwie.

– A kim jest dla niej ów Ipolit? – spytał ostrożnie Fandorin.

– Hrabia Zurow? Nie wiem na pewno, ale jest między nimi coś szczególnego... Czy to on ma władzę nad nią, czy też ona nad nim... Zresztą nie jest zazdrosny, nie o niego tu chodzi. Taka nie pozwoli, by ktokolwiek był o nią zazdrosny. Co tu mówić – królowa!

Zamilkł, bo przy sąsiednim stoliku podniosła harmider kompania podpitych handlowców. Zbierali się do wyjścia i wszczęli spór o to, kto będzie płacił. Kelnerzy raz-dwa wynieśli brudną serwetę, a po chwili przy opróżnionym stole siedział dobrze już podchmielony urzędnik z białymi, prawie przezroczystymi (pewnie od pijaństwa) oczami. Do hulaki podbiegła pulchna szatynka, obłapiła go za ramię i prowokująco zarzuciła nogę na nogę – Erast Pietrowicz zapatrzył się na jej kolano, mocno obciągnięte czerwonym fildepersem.

Student zaś osuszył kielich reńskiego wina i podziobał widelcem krwawy befsztyk, po czym ciągnął:

– Myśli pan, że Pierre Kokorin targnął się na życie z powodu nieszczęśliwej miłości? Akurat! To ja go zabiłem.

– Co?! – Fandorin nie wierzył własnym uszom.

– Dobrze pan słyszał – potwierdził Achtyrcew z dumną miną. – Wszystko panu opowiem, tylko proszę siedzieć cicho i nie przerywać pytaniami.

Owszem, zabiłem go i wcale tego nie żałuję. Zabiłem go uczciwie, w pojedynku. Tak jest, uczciwie! Dlatego, że jak świat światem nie było jeszcze uczciwszego pojedynku niż nasz. Kiedy dwaj ludzie stoją z pistoletami, to prawie zawsze mamy do czynienia z oszustwem: jeden strzela lepiej, drugi gorzej, inny znów jest gruby i łatwiej w niego trafić albo też spędził bezsenną noc i trzęsą mu się ręce. A my z Pierre’em ani trochę nie oszukiwaliśmy. Ona kiedyś – to było w Sokolnikach, we trójkę jechaliśmy aleją – powiedziała: „Obaj mi się sprzykrzyliście, wy bogaci, zepsuci chłopcy. Moglibyście się przynajmniej pozabijać”. A Kokorin, bydlak, do niej: „Mogę zabić, byleby mnie pani za to nagrodziła”. Ja zaś: „Dla nagrody to i ja zabiję. Nagroda jest taka”, mówię, „że podzielić jej nie można. Wniosek stąd, że jeden z nas musi iść prosto do grobu, chyba że się sam wycofa”. Widzi pan, w jakim już byliśmy stanie, ja i Kokorin? „Co, czyżbyście aż tak mnie kochali?”, pyta ona. A Kokorin: „Ponad życie”. Ja też potwierdziłem. „Dobrze”, mówi, „w ludziach cenię tylko odwagę, całą resztę można udawać. Słuchajcie więc, co postanowiłam. Jeśli jeden z was naprawdę odważy się zabić drugiego, spotka go za to nagroda, sami wiecie jaka”. I śmieje się. „Tyle że obaj”, mówi, „tylko paplacie. Nie zabijecie nikogo. Nie ma w was niczego godnego uwagi poza kapitałami tatusiów”. Gniew mnie porwał. „Za Kokorina”, powiedziałem, „nie ręczę, ale ja dla takiej nagrody nie pożałuję życia, swojego czy cudzego”. A ona ze złością: „No wiecie, sprzykrzyły mi się wasze przechwałki. Dosyć tego, będziecie się strzelać, ale nie w pojedynku, bo potem nie obejdzie się bez skandalu. No i pojedynek rzecz niepewna. Jeden przestrzeli rękę drugiemu, a potem przyjdzie do mnie jako zwycięzca. Nie, jednemu z was śmierć pisana, drugiemu miłość. Ślepy traf niech rozstrzygnie: rzućcie losy. Na kogo wypadnie, ten niech się zastrzeli. I zostawi taki list, żeby nikt nie pomyślał, że to z mojego powodu. Co, tchórzycie? Skoro tak, miejcie chociaż tyle wstydu, żeby do mnie nie przychodzić – zawsze będzie jakaś korzyść”. Pierre popatrzył na mnie i mówi: „Nie wiem, jak Achtyrcew, ja nie stchórzę...” Zdecydowaliśmy się więc...

Student zamilkł, zwiesił głowę. Potem otrząsnął się, napełnił kielich po brzegi i wypił duszkiem. Przy sąsiednim stoliku panna w czerwonych pończochach zaniosła się śmiechem. To białooki szeptał jej coś do ucha.

– Ale jak było z testamentem? – spytał Erast Pietrowicz i ugryzł się w język, bo o tym chyba nie powinien był wiedzieć. Jednakże pochłonięty wspomnieniami Achtyrcew tylko słabo kiwnął głową.

– A, testament... To ona wymyśliła. „Chcieliście mnie kupić?”, mówi. „Dobrze więc, może być i tak, tylko nie sto tysięcy, jak obiecywał Nikołaj Stiepanowicz (rzeczywiście, raz jej złożyłem propozycję; omal mnie nie przepędziła). I nie dwieście. Po prostu wszystko, co macie. Kto ma umrzeć, niech idzie goły na tamten świat. Tyle że mnie”, mówi, „wasze pieniądze nie są potrzebne, sama mogę obdarować, kogo zechcę. Niech pójdą na jakąś dobrą sprawę – na klasztor albo na co innego. Na odkupienie śmiertelnego grzechu. Jak tam”, mówi, „Piotrusiu, pewnie za twój milion wyjdzie gruba świeczka?”. A Kokorin był ateistą, z tych wojujących. No więc rzucił się jak oparzony. „Tylko”, mówi, „nie popom. Lepiej zapiszę upadłym dziewczętom; niech sobie każda kupi maszynę do szycia i zmieni rzemiosło. Nie będzie w Moskwie ani jednej ulicznicy, taką pamięć zostawi po sobie Piotr Kokorin”. Amalia na to: „Takiej, co na złą drogę zeszła, już się nie przerobi. Trzeba było wcześniej, w niewinnych latach”. Kokorin machnął ręką: „No, to na dzieci, sieroty jakieś. Dom Wychowawczy”. Ona cała się rozpromieniła: „No, za to, Piotrusiu, rzeczywiście wiele by ci odpuszczono. Chodź, niech cię pocałuję”. A mnie to rozeźliło. „W Domu Wychowawczym”, mówię, „zaraz twój milion rozkradną. Czytałeś, co piszą o przytułkach rządowych? To kieszeń bez dna. Lepiej oddać Angielce, baronowej Astair, ta nie ukradnie”. Amalia i mnie pocałowała: „Dalej”, mówi, „utrzyjcie nosa naszym patriotom”. To było jedenastego, w sobotę. W niedzielę spotkaliśmy się z Kokorinem i wszystko omówili. Przedziwna to była rozmowa. On ciągle błaznował, popisywał się, ja raczej milczałem, ale w oczy jeden drugiemu nie patrzył. Byłem jakby w otępieniu... Wezwaliśmy strapczego, sporządzili testament, wszystko jak należy. Pierre był moim świadkiem i wykonawcą, ja zaś jego. Strapczemu, żeby trzymał język za zębami, daliśmy po pięć tysięcy każdy. Zresztą nic na tym nie skorzysta, jeśli wypaple. A z Pierre’em – sam mi zaproponował – umówiliśmy się tak... Spotykamy się o dziesiątej rano u mnie na Tagance (mieszkam na Gonczarnej). Każdy ma w kieszeni sześciostrzałowy pistolet z jednym nabojem w bębenku. Idziemy oddzielnie, ale tak, żeby się widzieć nawzajem. Na kogo wypadnie los, ten próbuje pierwszy. Kokorin wyczytał gdzieś o amerykańskiej ruletce, spodobało mu się. „Dzięki nam, Kola”, mówi, „przemianują ją na rosyjską, zobaczysz. I poza tym”, mówi, „nieciekawie tak w domu się strzelać, urządzimy sobie na ostatek wycieczkę z atrakcjami”. Zgodziłem się, było mi wszystko jedno. A w mózgu stuka: poniedziałek, trzynastego, poniedziałek, trzynastego. Nocą nie spałem w ogóle, chciałem nawet wyjechać za granicę, ale jak tylko sobie pomyślałem, że on z nią zostanie i oboje będą się ze mnie śmiali... Krótko mówiąc, nie wyjechałem.

A rankiem było tak... Pierre przyszedł jak frant, w białej kamizelce, bardzo wesoły. Miał zazwyczaj szczęście i teraz najwyraźniej też liczył, że mu się powiedzie. Rzuciliśmy kości u mnie w gabinecie. On wyrzucił dziewięć, ja trzy. Na to już byłem gotowy. „Nie pójdę nigdzie”, mówię, „lepiej umrę tutaj”. Zakręciłem bębenkiem, przyłożyłem lufę do serca. „Stój!”, zawołał. „Nie strzelaj w serce. Jeśli kula pójdzie krzywo, będziesz się długo męczył. Lepiej w skroń albo w usta”. „Dzięki za troskę”, odrzekłem i znienawidziłem go w owej chwili tak, że mógłbym chyba zastrzelić bez żadnego pojedynku. Ale rady usłuchałem. Nigdy nie zapomnę tego szczęku, tego pierwszego. Tak brzęknęło koło ucha, że...

Achtyrcew wzdrygnął się i nalał sobie jeszcze. Śpiewaczka, gruba Cyganka w złocistym szalu, zaczęła niskim głosem coś przeciągłego, rozdzierającego duszę do głębi.

– Słyszę głos Pierre’a: „No, teraz moja kolej. Pójdziemy na powietrze”. Dopiero wtedy zrozumiałem, że żyję. Poszliśmy na Szwywą Górkę, skąd jest widok na miasto. Kokorin z przodu, ja o dwadzieścia kroków za nim. Postał trochę nad urwiskiem, jego twarzy nie widziałem. Potem uniósł rękę z pistoletem, żebym mógł to widzieć, zakręcił bębenkiem i szybko do skroni – trzask. Ale ja wiedziałem, że nic mu nie będzie, i nawet nie łudziłem się co do tego. Znowu rzuciliśmy kości i znowu na mnie wypadło. Poszliśmy nad Jauzę, nie było tam żywej duszy. Przy moście wdrapałem się na filar, żeby potem od razu spaść do wody... Znowu nic. Odeszliśmy na bok, Pierze mówi: „Coś nudno się robi. Postraszymy filistrów?”. Trzymał dzielnie, muszę mu to oddać. Weszliśmy w boczną uliczkę, a tam już byli ludzie, jeździły powozy. Stanąłem po drugiej stronie. Kokorin zdjął kapelusz, ukłonił się w prawo, w lewo, ręka do góry, kręci bębenkiem – i nic. No, musieliśmy stamtąd prędko zmykać. Krzyk, szum, panie piszczą. Skręciliśmy do bramy, to już na Marosiejce. Rzuciliśmy kości, i co pan myśli: znowu ja! On miał dwie szóstki, ja w sumie dwójkę, słowo panu daję! Koniec, myślę, finito, już bardziej symbolicznie nie mogło wypaść. Jednemu wszystko, drugiemu nic. Po raz trzeci strzelałem się koło cerkwi Kosmy i Damiana, gdzie byłem chrzczony. Stanąłem na schodkach, tam gdzie żebracy, dałem każdemu po rublu, zdjąłem czapkę... Otwieram oczy – żyję. A dziad proszalny mówi do mnie: „Kogo dusza świerzbi, temu Pan Bóg przebaczy”, zapamiętałem sobie. Dobra, uciekliśmy stamtąd. Kokorin wybrał miejsce bardziej eleganckie, na wprost Pasażu Gałoftiejewskiego. A w Nieglinnym wszedł do cukierni, usiadł, ja z zewnątrz patrzyłem przez szybę. Powiedział coś do jakiejś pani przy sąsiednim stoliku, ta się uśmiechnęła. On wyciąga rewolwer, naciska na spust – widzę to. Ona jeszcze bardziej się śmieje. Pierre schował pistolet, o czymś tam z nią pogawędził, wypił kawę. Ja zdrętwiałem, już nic nie czuję. W głowie mam tylko jedno: zaraz będziemy znowu rzucać kości.

Rzuciliśmy na Ochotnym Riadzie, koło hotelu „Pod Gałgankiem”, ale wtedy już wypadło, że on pierwszy. Ja – siódemka, on – szóstka. Siódemka i szóstka, raptem oczko różnicy. Do gospody Gurowskiego szliśmy razem, a tam, gdzie budują Muzeum Historyczne, rozeszliśmy się – on poszedł do parku Aleksandrowskiego, aleją, a ja chodnikiem, za ogrodzeniem. Ostatnie, co do mnie powiedział, to: „Głupcy jesteśmy obaj, Kola. Jak teraz nie wystrzeli, rzucę wszystko do diabła”. Chciałem go powstrzymać, jak Boga kocham, chciałem, ale nie powstrzymałem. Dlaczego – sam nie wiem. Nie, kłamstwo, wiem... Taka myśl mi podła zaświtała: Niech jeszcze raz bębenkiem obróci, a potem się zobaczy. Może i damy spokój... Fandorin, tylko panu to wyznaję. Wszystko jak na spowiedzi...

Achtyrcew wypił kolejny raz, oczy pod pince-nez miał czerwone i mętne. Fandorin czekał, wstrzymując oddech, chociaż dalsze wydarzenia były mu z grubsza znane. Nikołaj Stiepanowicz wyjął z kieszeni cygaro i drżącą ręką potarł zapałkę. Długie, grube cygaro zadziwiająco nie pasowało do jego nieładnej, chłopięcej twarzy. Odegnał obłoczek dymu i raptownie się podniósł.

– Kelner, płacić! Nie mogę tu już wysiedzieć. Hałas, duszno. – Zerwał z szyi jedwabny halsztuk. – Pojedziemy dokądś jeszcze, albo się tylko przejdziemy.


Zatrzymali się na ganku. Uliczka była ponura i pusta, we wszystkich domach oprócz „Krymu” pogasły okna. W najbliższej latarni drżał i migotał gaz.

– Czy może mimo wszystko do domu? – zaseplenił Achtyrcew z zaciśniętym w ustach cygarem. – Tutaj za rogiem powinny być dorożki.

Otwarły się drzwi, na ganek wyszedł białooki urzędnik w czapce na bakier, który jeszcze niedawno siedział przy sąsiednim stoliku. Głośno czknął, sięgnął do kieszeni wicemunduru, wyjął cygaro.

– Pa-an będzie łaskaw ognia? – spytał, zbliżywszy się do młodych ludzi.

Fandorin wyłowił lekki akcent, bałtycki albo fiński.

Achtyrcew poklepał się po kieszeni, potem po drugiej – zaklekotały w niej zapałki. Erast Pietrowicz czekał cierpliwie. Nagle w wyglądzie białookiego zaszła jakaś niepojęta zmiana. Zdawało się, że trochę zmalał i lekko się przekrzywił, po czym z jego lewej ręki wyrosła krótka i szeroka klinga, a urzędnik oszczędnym ruchem wsunął ją w prawy bok Achtyrcewa.

Dalsze wydarzenia potoczyły się bardzo szybko, w ciągu paru sekund, lecz Erastowi Pietrowiczowi wydało się, że stanął w miejscu. Fandorin zdążył zauważyć wiele rzeczy, o wielu zdążył pomyśleć, tyle że w żaden sposób nie mógł się ruszyć, jak gdyby zahipnotyzował go błysk stalowego ostrza.

Najpierw pomyślał: Przebił mu wątrobę, a w pamięci, nie wiadomo skąd, wypłynęło zdanie z gimnazjalnego podręcznika biologii: „Wątroba jest to organ w ciele człowieczym lub zwierzęcym, oddzielający krew od żółci”. Potem zobaczył, jak umiera Achtyrcew. Nigdy przedtem nie widział, jak się umiera, ale dlaczegoś od razu zrozumiał, że Achtyrcew właśnie umarł: oczy miał jakby szklane, wargi gwałtownie się wydęły, a spomiędzy nich wydostał się na zewnątrz strumyczek ciemnowiśniowej krwi. Bardzo wolno i – jak się Fandorinowi wydało – wręcz elegancko urzędnik wyjął ostrze, które już nie błyszczało, po czym spokojnie obrócił się w stronę Erasta Pietrowicza, a jego twarz znalazła się całkiem blisko: jasne oczy z czarnymi punktami źrenic, cienkie bezkrwiste wargi. Usta poruszyły się i wyraźnie wypowiedziały słowo „azazel”. A wtedy czas przestał się rozciągać, skurczył się jak sprężyna i ponownie wyprostował, uderzając Erasta Pietrowicza w prawy bok, w dodatku tak mocno, że detektyw upadł na wznak i boleśnie uderzył tyłem głowy o krawędź schodów. Co to jest? Cóż to za jakiś „azazel”? – spytał w duchu Fandorin. Czy ja śnię? Potem jeszcze pomyślał: Uderzył nożem w „Lorda Byrona”. Róg wielorybi. Jeden cal w pasie.

Znienacka ktoś otworzył drzwi i na ganek, rechocąc, wysypała się hałaśliwa kompania.

– Oho, panowie, mamy tutaj istne Borodino! – zawołał wesoło jakiś pijany kupiec. – Ścięło biedaków! Nie umieją pić!

Przyciskając rękę do mokrego i gorącego boku, Erast Pietrowicz podniósł się, żeby popatrzeć na białookiego.

Ale, rzecz osobliwa, żadnego białookiego nie było. Achtyrcew leżał tam, gdzie upadł – w poprzek schodków, twarzą w dół; opodal poniewierał się cylinder, urzędnik jednak zniknął bez śladu, rozpłynął się w powietrzu. Na całej ulicy nie było żywej duszy, tylko mętnie świeciły latarnie.

Wtem i one zrobiły coś dziwnego: zakręciły się, zawirowały, zrobiło się najpierw bardzo jasno, a potem zupełnie ciemno.

Rozdział szósty,

w którym pojawia się człowiek jutra

Niech pan leży, kochaneczku, niech pan leży – powiedział od progu Ksawierij Fieofiłaktowicz, kiedy zakłopotany Fandorin spuścił nogi z twardej kanapy. – Co panu nakazał doktor? Wszystko wiem, wypytałem się. Dwa tygodnie od wypisania trzeba leżeć, żeby rana zabliźniła się jak trzeba i wstrząśnięty mózg wrócił do formy, a pan nie odleżał nawet dziesięciu dni.

Usiadł i kraciastą chustką wytarł purpurową łysinę.

– Uff, słońce przygrzewa, przygrzewa. Przyniosłem marcepana i świeżych czereśni, proszę jeść. Gdzie mam położyć?

Prystaw rozejrzał się po wąskiej komórce, w której kwaterował rejestrator kolegialny. Węzełka z podarkami nie miał gdzie położyć: na kanapie leżał gospodarz, na krześle siedział sam, a na stole piętrzyły się książki. W pokoiku nie było innych mebli, nawet szafy, a liczne części garderoby wisiały na wbitych w ściany gwoździach.

– Jak tam, boli?

– Wcale nie – trochę skłamał Erast Pietrowicz. – Szwy można zdjąć bodaj jutro. Tylko po żebrach lekko pojechało, a tak to nic. Głowa też zupełnie w porządku.

– A co tam, choruj pan sobie, pensja idzie i tak. – Skruszony Ksawierij Fieofiłaktowicz spoważniał. – Niech się pan też nie złości, serce moje, że długo nie zaglądałem. Źle pan pewnie pomyślał o starym: jak raport sporządzić, to od razu pogalopował do szpitala, a potem, jak już nie było potrzeby, nie pokazał się na oczy. Do lekarza posyłałem, żeby się wywiedzieć, ale do pana jakoś nie mogłem się wybrać. U nas w Urzędzie dzieją się takie rzeczy, że doprawdy dniem i nocą siedzieć trzeba. – Prystaw pokręcił głową i konfidencjonalnie zniżył głos. – Okazało się, że pański Achtyrcew to nie była żadna hetka-pętelka, tylko, wystaw pan sobie, rodzony wnuk najjaśniejszego kanclerza Korczakowa.

– Co też pan mówi! – wykrzyknął Fandorin.

– Ojciec jego jest posłem w Holandii, żonaty po raz drugi, a pański znajomy mieszkał w Moskwie u ciotki, księżnej Korczakow, która miała własne palazzo na Gonczarnej. Zeszłego roku księżna umarła, zapisując siostrzeńcowi cały majątek, a po matce nieboszczce też miał niemało. No i zaczęła się u nas sodoma i gomora, mówię panu. Od razu sprawa trafiła pod osobistą kuratelę generała-gubernatora, samego księcia Dołgorukiego. A przecież ani sprawy żadnej nie ma, ani nie wiemy, jak się do niej zabrać. Mordercy nie widział nikt oprócz pana. Po Bieżeckiej, jak już panu zeszłym razem mówiłem, zaginął wszelki ślad. Dom stoi pusty. Nie ma ani służących, ani papierów, szukaj wiatru w polu. Kim jest – tajemnica, skąd się wzięła – nie wiadomo. Według paszportu jest szlachcianką z Wilna. Posłaliśmy zapytanie; tam nic o takich nie wiedzą. Dobra. Tydzień temu wzywa mnie jego ekscelencja. „Wybacz”, mówi, „Ksawierij, dawno cię znam i szanuję twoją sumienność, ale na tę sprawę toś za niski. Z Petersburga przyjedzie śledczy, urzędnik do spraw specjalnych przy szefie żandarmerii i naczelniku Trzeciego Oddziału, jego ekscelencji Ławrientiju Arkadjewiczu Mizinowie. Masz pojęcie, co to za ptaszek? Z nowych ludzi, raznoczyńców, do takich należy jutro. Wszystko robi zgodnie z nauką. Zbrodniolog taki, gdzież nam do niego”. – Rozeźlony Ksawierij Fieofiłaktowicz odchrząknął. – A więc on jest człowiek jutra, a Gruszyn wczoraj. No, dobra. Przyjechał dnia trzeciego z rana. To znaczy we środę, dwudziestego drugiego. Nazywa się Iwan Francewicz Brilling, radca stanu. Trzydzieści raptem lat! No i dopiero się zaczęło! Dzisiaj jest sobota, a od dziewiątej rano na służbie. Wczoraj też do jedenastej wieczór wszyscyśmy się naradzali, rysowali jakieś schematy. Pamięta pan bufet, w którym piliśmy herbatę? To tam, gdzie był samowar, stoi teraz telegraf, a telegrafista dyżuruje przez całą dobę. Można wysłać depeszę, czy do Władywostoku, czy to do Berlina, i od razu przychodzi odpowiedź. Wygnał połowę agentów, połowę przywiózł swoich z Petersburga, ci tylko jego słuchają. Wypytał mnie detalicznie o wszystko i uważnie wysłuchał. Myślałem, że zdymisjonuje, ale nie, na razie jeszcze prystaw Gruszyn się nadaje. No, ale dlaczego właściwie, kochaneczku, do pana przyjechałem... – pomiarkował się Ksawierij Fieofiłaktowicz. – Chciałem pana uprzedzić. Brilling zaraz się tu wybiera, osobiście chce pana przesłuchać. Niech pan się nie przejmuje, żadnej pańskiej winy nie było. Nawet ranę pan odniósł przy pełnieniu obowiązków. No i już tego... niech pan nie zawiedzie staruszka. Któż mógł przewidzieć, że tak się wszystko skończy?

Erast Pietrowicz smętnie potoczył wzrokiem po swym ubogim mieszkaniu. Ładnego mniemania nabierze o nim wysoko postawiony człowiek z Petersburga!

– A może lepiej ja sam przyjadę do Urzędu? Słowo daję, czuję się już bardzo dobrze.

– Niech Bóg pana broni! – Prystaw zamachał rękami. – Wydałoby się, że pojechałem pana uprzedzić. Proszę już lepiej leżeć. Zapisał sobie pański adres, bez wątpienia dzisiaj się zjawi.


„Człowiek jutra” przybył wieczorem, tak więc do siódmej Erast Pietrowicz zdążył się gruntownie przygotować. Powiedział Agrafienie Kondratiewnie, że przyjedzie generał, niech więc Małaszka wymyje podłogę w przedpokoju, zabierze spróchniałą skrzynię, i żeby jej nie wpadło do głowy gotować kapuśniak! U siebie w pokoju zaprowadził kapitalny porządek: odzież na gwoździach powiesił cokolwiek staranniej, schował pod łóżko książki, zostawił na stole tylko francuską powieść. Eseje filozoficzne Davida Hume’a po angielsku oraz Notatki paryskiego detektywa Jeana Debre. Potem usunął Debrego i położył w to miejsce Naukę prawidłowego oddychania prawdziwego hinduskiego bramina p. Chandry Johnsona, zgodnie z którą każdego ranka robił wzmacniającą ducha gimnastykę. Niech widzi „zbrodniolog”, że Fandorin mieszka wprawdzie ubogo, ale się nie zaniedbuje. Żeby rana wydała się poważniejsza, na krześle obok kanapy postawił flakonik z jakąś miksturą (pożyczony od Agrafieny Kondratiewny), a sam położył się, obwiązawszy głowę białym szalikiem. Zdaje się, że wypadło tak, jak miało wypaść: boleśnie a mężnie.

W końcu, kiedy leżenie mocno się Erastowi Pietrowiczowi sprzykrzyło, rozległo się krótkie pukanie. Zanim zdążył odpowiedzieć, drzwi się otworzyły i do pokoiku wszedł energiczny osobnik w lekkiej, wygodnej marynarce i jasnych spodniach. Nie miał kapelusza ani czapki; starannie rozczesane włosy blond odsłaniały wysokie czoło, w kącikach stanowczych ust czaiła się wyraźna drwina, a wygolony podbródek z dołkiem wzmacniał wrażenie dużej pewności siebie. Przenikliwe szare oczy w jednej chwili omiotły pokoik i zatrzymały się na Fandorinie.

– Widzę, że nie muszę się przedstawiać – powiedział wesoło gość. – Wie pan już o mnie podstawowe rzeczy, chociaż naświetlone niekorzystnie. Gruszyn poskarżył się pewnie na telegraf?

Erast Pietrowicz zamrugał powiekami i nic na to nie odrzekł.

– To metoda dedukcyjna, kochany panie Fandorin. Ustanowienie ogólnego obrazu na podstawie drobnych szczegółów. Najważniejsze, żeby się nie zagalopować, nie wyciągnąć niesłusznego wniosku, jeśli posiadane informacje można tłumaczyć rozmaicie. Ale o tym jeszcze porozmawiamy, będzie czas. A co do Gruszyna, sprawa całkiem prosta. Pańska gospodyni ukłoniła mi się niemal do ziemi i nazwała mnie „ekscelencją” – to raz. Jak pan widzi, absolutnie na „ekscelencję” nie wyglądam, a nawet nim nie jestem, bo ranga uprawnia mnie tylko do „jaśnie wielmożnego” – to dwa. O zamiarze odwiedzenia pana nie mówiłem nikomu oprócz Gruszyna – to trzy. Że o mojej działalności pan prystaw może mówić wyłącznie nieprzychylnie – to cztery. No, a telegraf, bez którego, zgodzi się pan, współczesna służba śledcza nie zda się na wiele, wywarł na całym Urzędzie wrażenie zaiste niezatarte i nasz ospały Ksawierij Fieofiłaktowicz nigdy by go nie ominął – to pięć. Zgadza się?

– Tak. – Wstrząśnięty Fandorin haniebnie zdradził dobrego Ksawierija Fieofiłaktowicza.

– Cóż to, w tak młodym wieku ma pan już hemoroidy? – spytał bystry gość, przestawiając miksturę na stół i sadowiąc się na krześle.

– Nie! – Erast Pietrowicz gwałtownie poczerwieniał i do kompletu zaparł się jeszcze Agrafieny Kondratiewny. – To... to gospodyni pomyliła. Gospodyni, jaśnie wielmożny panie, wiecznie coś myli. Taka niepojętna baba...

– Rozumiem. Proszę do mnie mówić „Iwanie Francewiczu”, a jeszcze lepiej po prostu „szefie”, bo pracować będziemy razem. Czytałem pański raport. – Brilling niespodziewanie przeskoczył na nowy temat. – Rzeczowy. Spostrzegawczy. Efektywny. Jestem mile zaskoczony pańską intuicją; w naszym zawodzie to cenniejsze niż cała reszta. Jeszcze nie wie człowiek, jak się rozwinie sytuacja, a przeczucie mu podpowiada, jakie zastosować środki. Skąd pan wiedział, że wizyta u Bieżeckiej może być niebezpieczna? Dlaczego uznał pan za konieczne wdziać gorset ochronny? Brawo!

Erast Pietrowicz spąsowiał jeszcze bardziej niż poprzednio.

– Tak, pomysł był znakomity. Przed kulą to oczywiście nie ochroni, ale przed białą bronią – i owszem. Zarządzę, żeby kupiono partię takich gorsetów dla agentów udających się na niebezpieczne zadania. Jaka marka?

– „Lord Byron” – odrzekł wstydliwie Fandorin.

– „Lord Byron” – powtórzył Brilling, zapisując w książeczce oprawionej w skórę. – A teraz niech pan mi powie, kiedy mógłby przystąpić do pracy. Mam specjalne plany co do pańskiej osoby.

– Mój Boże, choćby od jutra! – wykrzyknął z zapałem Fandorin, patrząc zakochanym wzrokiem na nowego przełożonego, to znaczy szefa. – Pobiegnę rano do doktora, zdejmę szwy i może pan mną rozporządzać.

– To znakomicie. Pańska charakterystyka Bieżeckiej?

Erast Pietrowicz stropił się i pomagając sobie obfitą gestykulacją, zaczął dosyć nieskładnie:

– To... to wyjątkowa kobieta. Kleopatra. Carmen... Uroda nie do opisania, ale mniejsza już o urodę... Magnetyczne spojrzenie. Nie, nawet nie spojrzenie... Co najważniejsze: czuje się w niej olbrzymią siłę. Taką siłę, jak gdyby ze wszystkimi sobie igrała. Jest to gra o jakichś niepojętych regułach, ale na pewno okrutna. Ta kobieta jest, według mnie, bardzo zepsuta, a zarazem... całkowicie niewinna. Jak gdyby w dzieciństwie uczono ją nie tego, co trzeba. Nie wiem, jak to wytłumaczyć... – Fandorin poróżowiał, rozumiejąc, że mówi głupstwa, ale mimo wszystko dokończył: – Wydaje mi się, że nie jest taka zła, jaką chce się wydawać.

Radca stanu spojrzał pytającym wzrokiem na młodego człowieka i gwizdnął łobuzersko.

– No, ładne rzeczy... Tak właśnie sobie myślałem. Teraz widzę, że Amalia Bieżecka jest rzeczywiście niebezpieczną osobą... zwłaszcza dla młodych romantyków w okresie dojrzewania płciowego.

Zadowolony z efektu, jaki żart wywarł na rozmówcy, Iwan Francewicz podniósł się i jeszcze raz rozejrzał wokoło.

– Za tę komórkę płaci pan dziesięć rubli?

– Dwanaście – odparł z godnością Erast Pietrowicz.

– Znajome dekoracje. Sam tak mieszkałem w dawniejszych latach. Jako gimnazista w prześwietnym grodzie Charkowie. Wie pan, mamy ze sobą coś wspólnego: ja też wcześnie zostałem bez rodziców. Cóż, dla formowania osobowości to jest nawet korzystne. Na miesiąc dostaje pan trzydzieści pięć rubelków, zgodnie z tabelą? – znowu bez żadnego etapu pośredniego spytał radca stanu.

– I dodatek kwartalny za godziny nadliczbowe.

– Rozkażę wydać panu pięćset rubli nagrody ze specjalnego funduszu. Za gorliwość i narażenie życia na służbie. A więc do jutra. Niech pan przyjdzie, będziemy pracować z wersjami.

Po czym za zdumiewającym przybyszem zamknęły się drzwi.


Urzędu Śledczego rzeczywiście nie można było poznać.

Po korytarzach kłusowali jacyś nieznajomi panowie z teczkami pod pachą i nawet dotychczasowi pracownicy już nie powłóczyli nogami, tylko chodzili żwawo, z poważną miną. W palarni o dziwo – nie było żywej duszy. Erast Pietrowicz z ciekawości zajrzał do byłego bufetu – rzeczywiście, zamiast samowara i filiżanek stał na stole aparat Baudota, a telegrafista w służbowym tużurku popatrzył na wchodzącego wzrokiem pytającym a surowym.

Sztab śledczy ulokował się w gabinecie naczelnika Urzędu, bo pan pułkownik w dniu wczorajszym otrzymał dymisję. Erast Pietrowicz, jeszcze trochę blady po bolesnym zabiegu zdjęcia szwów, zapukał i zajrzał do środka. Gabinet też się zmienił: zniknęły wygodne skórzane fotele, zamiast nich pojawiły się trzy rzędy zwykłych krzeseł, a przy ścianie stały dwie szkolne tablice, całe pokreślone jakimiś skomplikowanymi schematami. Pewnie dopiero co skończyła się narada; Brilling wycierał szmatką usmarowane kredą ręce, a urzędnicy i agenci, zmierzając do wyjścia, z przejęciem dyskutowali.

– Niech pan nie stoi w progu, Fandorin, proszę wejść – zachęcił onieśmielonego Erasta Pietrowicza nowy gospodarz gabinetu. – Załatali pana? To znakomicie. Będzie pan pracował bezpośrednio ze mną. Biurka panu nie przydzielam, bo nie będzie okazji do siedzenia. Szkoda, późno pan przyszedł, a mieliśmy tu arcyzajmującą dyskusję na temat „Azazela” z pańskiego raportu.

– To znaczy jest taki? Nie przesłyszałem się? – Erast Pietrowicz nadstawił uszu. – Bo już się bałem, że to mi się tylko wydało.

– Nie wydało się. Azazel to upadły anioł. Jaką ocenę miał pan z Pisma Świętego? Przypomina pan sobie kozła ofiarnego? No więc były, jeśli pan pamięta, dwa kozły. Jeden, na odkupienie grzechów, przeznaczony był dla Boga, a drugi – dla Azazela, żeby się nie rozgniewał. U Żydów w Księdze Henocha Azazel uczy ludzi różnych paskudztw: mężczyzn walczyć i wytwarzać broń, kobiety – malować twarze i spędzać płód. Czyli, jak mówi poeta: potężny demon, duch wygnania.

– Ale cóż to może oznaczać?

– Jakiś wasz asesor kolegialny wyłożył nam tutaj całą hipotezę. Chodzi o tajną organizację żydowską. Opowiadał nawet o Sanhedrynie, o krwi niemowląt chrześcijańskich. Z Bieżeckiej zrobił księżniczkę izraelską, z Achtyrcewa – baranka złożonego w ofierze judejskiemu Bogu. No cóż, same bzdury. Jako mieszkaniec Petersburga znam te antysemickie brednie aż za dobrze. Jeśli zdarza się nieszczęście, a przyczyny są niejasne, od razu zaczynają się opowieści o Sanhedrynie.

– A co pan przypuszcza... szefie? – Nie bez wewnętrznego drżenia Fandorin wypowiedział nowe dla siebie słowo.

– Zechce pan spojrzeć tutaj. – Brilling podszedł do jednej z tablic. – Tu, u góry, są cztery kółka, czyli cztery wersje. Pierwsze kółko, jak pan widzi, ma znak zapytania. Jest to najmniej pewna z wersji: morderca działał w pojedynkę, a pan i Achtyrcew byliście jego przypadkowymi ofiarami. Możliwe, że to maniak zbzikowany na punkcie demonizmu. Wówczas znajdujemy się w ślepej uliczce, dopóki nie nastąpią nowe, podobne zbrodnie. Telegraficznie zwróciłem się z zapytaniem do wszystkich guberni, czy nie było tam takich morderstw. Wątpię, by rzecz się potwierdziła: gdyby maniak objawił się wcześniej, wiedziałbym o tym. Drugie kółko, z literami „AB”, to Amalia Bieżecka. Bez wątpienia jest podejrzana. Pana i Achtyrcewa łatwo można było śledzić w drodze z jej domu do „Krymu”. Poza tym ucieczka. Tyle że motyw zabójstwa jest niezrozumiały.

– Skoro uciekła, widać jest zamieszana – rzekł z zapałem Fandorin – i wychodzi na to, że białooki wcale nie działał w pojedynkę.

– Ale pewności co do tego nie ma, chyba nie. Wiemy, że szlachectwo i paszport Bieżeckiej są fałszywe. Prawdopodobnie to jakaś awanturnica. Prawdopodobnie też żyła na koszt bogatych opiekunów. Ale zabijać, do tego jeszcze za pośrednictwem tak zręcznego osobnika...? Sądząc z pańskiego raportu, nie był to żaden dyletant, tylko profesjonalny zabójca. Co za cios w wątrobę – jubilerska robota! Byłem przecież w kostnicy, oglądałem Achtyrcewa. Gdyby nie gorset, leżałby tam teraz i pan, a policja uznałaby to za rabunek albo bójkę po pijanemu. Ale wróćmy do Bieżeckiej. Mogła dowiedzieć się o zajściu od kogoś z pospólstwa. Z „Krymu” do jej domu idzie się parę minut. Hałasu było dużo – policja, rozochoceni gapie. Któryś ze służących albo, powiedzmy, stróż rozpoznał w zabitym gościa Bieżeckiej i doniósł jej o tym. Ona zaś, słusznie obawiając się policyjnego przesłuchania i nieuchronnej demaskacji, bez zwłoki się ukryła. Czasu na to miała aż za dużo – wasz Ksawierij Fieofiłaktowicz przybył z nakazem dopiero następnego dnia po południu. Wiem, wiem, pan był w szoku, nie od razu wróciły panu zmysły. Kiedy pan dyktował raport, kiedy naczalstwo drapało się w głowę... Tak w ogóle rozesłałem za Bieżecką listy gończe. Najpewniej w Moskwie już jej nie ma. Myślę, że nie ma jej nawet w Rosji, przecież, co tu gadać, minęło dziesięć dni. Sporządzamy listę osób, które u niej bywały, ale to w większości ludzie bardzo poważni, trzeba działać delikatnie. Prawdziwe podejrzenia budzi we mnie tylko jeden.

Iwan Francewicz dotknął wskaźnikiem trzeciego kółka, na którym było napisane „IZ”.

– Hrabia Zurow, Ipolit Aleksandrowicz. Oczywiście kochanek Bieżeckiej. Człowiek bez żadnych zasad moralnych, zawadiaka, karciarz, awanturnik. Dowody mamy pośrednie. Wyszedł mocno rozdrażniony po kłótni z denatem – to raz. Miał możność dogonić go, wyśledzić i nasłać nań mordercę to dwa. Stróż zeznał, że Zurów wrócił do domu dopiero nad ranem – to trzy. Motyw, choćby i słaby, też jest: zazdrość albo chorobliwa mściwość. Możliwe, że było coś jeszcze. Główna wątpliwość: Zurów nie należy do tych, którzy zabijają cudzymi rękami. Chociaż, według doniesień agentów, wiecznie kręcą się wokół niego rozmaici osobnicy spod ciemnej gwiazdy, tak że wersja wydaje się mieć perspektywy. Pan, Fandorin, zajmie się właśnie nią. Zurowa rozpracowuje grupa agentów, ale pan będzie działał samotnie, dobrze to panu wychodzi. Szczegóły zadania omówimy później, a teraz przejdziemy do ostatniego kółka. Nad nim pracuję osobiście.

Erast Pietrowicz zmarszczył czoło, usiłując dociec, co oznaczają litery „ON”.

– Organizacja nihilistów – wyjaśnił szef. – Są tutaj niejakie oznaki spisku, tyle że nie żydowskiego, ale znacznie poważniejszego. Dlatego właściwie zostałem tu przysłany. To znaczy, oczywiście, prosił mnie i książę Korczakow: jak panu wiadomo, Nikołaj Achtyrcew był synem jego zmarłej córki. Wszystko jednak może się okazać nawet bardzo zawiłe. Nasi rosyjscy rewolucjoniści są na granicy rozłamu. Najbardziej energicznym i niecierpliwym spośród tych robespierre’ów znudziło się oświecać chłopów – robota długa, mozolna, życia na nią nie starczy. O wiele ciekawsze są: bomba, sztylet i rewolwer. Spodziewam się w najbliższym czasie wielkiego rozlewu krwi. Wszystko, co było do tej pory, to głupstwo. Terror przeciw klasie panującej może stać się masowy. Od pewnego czasu prowadzę w Trzecim Oddziale sprawy najzuchwalszych i najbardziej zakonspirowanych grup terrorystycznych. Mój patron, Ławrientij Arkadjewicz Mizinow, stojący na czele korpusu żandarmów, polecił mi się zorientować, co to za „Azazel” dał o sobie znać w Moskwie. Demon to symbol mocno rewolucyjny. Tutaj przecież, Fandorin, losy Rosji zostały postawione na jedną kartę. – Ze zwykłego drwiącego tonu Brillinga nie zostało ani śladu, a w głosie zadźwięczało okrucieństwo. – Jeśli guza rakowego nie zoperuje się w zarodku, to ci romantycy za trzydzieści lat, albo i wcześniej, zafundują wszystkim taką revolution, że francuska gilotyna wyda się przy niej niewinnym figielkiem. Nie dadzą nam się spokojnie zestarzeć, Fandorin, wspomni pan jeszcze moje słowa. Czytał pan powieść Biesy pana Dostojewskiego? A niedobrze. Bardzo wymownie tam autor to prorokuje.

– To znaczy, że mamy cztery wersje? – spytał niepewnie Erast Pietrowicz.

– Mało? Czy coś przeoczyliśmy? Niech pan mówi, proszę, w pracy nie uznaję rang – zachęcił go szef. – I niech się pan nie boi śmieszności; jest pan przecież młody. Lepiej palnąć głupstwo niż przegapić coś ważnego.

Fandorin, najpierw stropiony, a potem coraz bardziej rozgorączkowany, zaczął mówić:

– Zdaje mi się, jaśnie... to znaczy szefie, że niesłusznie pomija pan lady Astair. Jest to oczywiście bardzo czcigodna i szanowana osoba, ale... Ale przecież testament opiewa na miliony! Bieżecka z niego nie ma żadnej korzyści, hrabia Zurow tak samo, nihiliści... no, chyba że troszczą się o dobro społeczne. Nie wiem, co ma z tym wspólnego lady Astair, może zupełnie nic, ale dla porządku należałoby... Przecież zasadą śledztwa jest cui prodest, „kto na tym skorzystał”.

– Dzięki za tłumaczenie – Iwan Francewicz się ukłonił, co bardzo zmieszało Fandorina. – Uwaga całkiem słuszna, jednakże opowieść Achtyrcewa, którą przytacza pan w swoim raporcie, w zupełności wszystko wyjaśnia. Nazwisko baronowej Astair wypłynęło przypadkowo. Nie wpisywałem go na listę podejrzanych; po pierwsze, dlatego że czas jest cenny, a po drugie, dlatego że znam trochę ową panią, miałem szczęście ją spotkać. – Brilling uśmiechnął się dobrotliwie. – Zresztą, z formalnego punktu widzenia, Fandorin, ma pan rację. Nie chcę narzucać panu własnych wniosków. Niech pan myśli sam, nikomu na słowo nie wierzy. Proszę odwiedzić baronową, wypytać ją o wszystko, co uzna pan za niezbędne. Jestem przekonany, że tak czy owak znajomość będzie dla pana miła. U miejskiego dyżurnego dadzą panu moskiewski adres lady Astair. I co jeszcze: przed wyjściem niech pan idzie do garderoby, tam wezmą z pana miarę. Proszę już nie przychodzić do pracy w mundurze. Niech się pan kłania baronowej, a kiedy wróci pan mądrzejszy o nowe fakty, zajmiemy się sprawą, to znaczy hrabią Zurowem.

Rozdział siódmy,

w którym pada stwierdzenie, że pedagogika jest najważniejszą z nauk

Kiedy Erast Pietrowicz zjawił się pod adresem otrzymanym od dyżurnego, zobaczył dwupiętrowy budynek, na pierwszy rzut oka trochę podobny do koszar, ale otoczony ogrodem i z gościnnie otwartą bramą. To właśnie był nowo otwarty esternat angielskiej baronowej. Z pasiastej budki wyjrzał człowiek w odświętnym granatowym surducie ze srebrnym galonem i ochoczo wyjaśnił, że „pani milady kwateruje nie tutaj, tylko w skrzydle, wchodzi się z bocznej ulicy, trzeba skręcić za rogiem z prawej strony”.

Fandorin zobaczył, jak z drzwi budynku wypadło stadko chłopaczków w granatowych mundurkach i z dzikimi okrzykami zaczęło biegać po trawniku, bawiąc się w berka. Pracownik ani myślał przywoływać łobuzów do porządku. Kiedy napotkał zdziwiony wzrok Fandorina, wyjaśnił:

– Tego się nie zabrania, na przerwie można wyskakiwać ze skóry, byle nie niszczyć majątku. Takie porządki.

Cóż, sieroty tutaj, jak się zdaje, mają dużą swobodę, nie to co uczniowie gimnazjum gubernialnego, do których jeszcze całkiem niedawno zaliczał się nasz rejestrator kolegialny. Ciesząc się, że biedactwa mają tyle uciechy, Erast Pietrowicz poszedł wzdłuż ogrodzenia we wskazanym kierunku.

Za zakrętem zaczynała się ocieniona boczna uliczka, jakich tutaj, w Chamownikach, było bez liku: zakurzona jezdnia, senne wille z ogródkami, rozłożyste topole, z których wkrótce poleci biały puch. Piętrowe skrzydło, gdzie mieszkała lady Astair, łączyło się długą galerią z głównym korpusem. Pod marmurową tablicą z napisem „Pierwszy Moskiewski Esternat – Dyrekcja” wygrzewał się na słońcu wyniosły szwajcar z lśniącymi, rozczesanymi bokobrodami. Takich dostojnych portierów, w białych pończochach i trójkątnym kapeluszu ze złotą kokardą, Fandorin nie widywał nawet przed rezydencją generała-gubernatora.

– Teraz nie ma przyjęć. – Janczar zastawił drogę ręką jak szlabanem. – Niech pan przyjdzie jutro. W sprawach państwowych od dziesiątej do dwunastej, w osobistych od drugiej do czwartej.

Nie, stosunki ze szwajcarską nacją układały się Erastowi Pietrowiczowi zdecydowanie źle. Czy to wygląd miał niezbyt poważny, czy też wyraz twarzy jakiś nieodpowiedni?

– Policja śledcza. Do lady Astair, pilna sprawa – wycedził, mściwie sobie wyobrażając, jak bałwan w złotych galonach zacznie się teraz kłaniać.

Ale bałwan nawet nie nadstawił ucha.

– Do jaśnie pani nie puszczę, ani mowy. Jak pan sobie życzy, mogę zameldować mister Cunninghamowi.

– Nie potrzebuję żadnego Cunninghama – rozeźlił się Erast Pietrowicz. – Zamelduj, bydlaku, baronowej, i to szybko, bo przenocujesz u mnie w cyrkule! I powiedz, że z Urzędu Śledczego, w pilnej sprawie, wagi państwowej!

Szwajcar spojrzał z powątpiewaniem na rozzłoszczonego urzędnika, ale mimo wszystko zniknął za drzwiami. Co prawda, żeby wejść, tego już, łajdak, nie zaproponował.

Czekać trzeba było dosyć długo. Fandorin już zamierzał wedrzeć się bez zaproszenia, kiedy zza drzwi znowu wyjrzała ponura gęba z bokobrodami.

– Przyjąć to pana przyjmie, ale ona po waszemu nie bardzo, a mister Cunningham nie ma czasu tłumaczyć, jest zajęty. Chyba że wyłuszczy pan sprawę po francusku... – Ton świadczył wymownie, że w taką ewentualność szwajcar wierzy raczej słabo.

– Mogę nawet po angielsku – rzucił sucho Erast Pietrowicz. – Dokąd mam iść?

– Zaprowadzę. Niech pan idzie za mną.

Idąc za janczarem przez czyściutki, obity adamaszkiem przedpokój, przez jasny, zalany słońcem korytarz z szeregiem wysokich holenderskich okien, Fandorin dotarł do białych, złoconych drzwi.

Erast Pietrowicz nie obawiał się rozmowy po angielsku. Wyrósł pod opieką nanny Lisbeth (w chwilach surowości mistress Jason), prawdziwej angielskiej niani. Była to serdeczna i troskliwa, ale bardzo wymagająca stara panna, którą jednak należało nazywać nie miss, tylko z szacunku dla jej profesji – mistress. Lisbeth nauczyła swojego wychowanka wstawać latem o wpół do siódmej, a zimą o wpół do ósmej, robić gimnastykę, dopóki się nie spoci, później obmywać się zimną wodą, czyścić zęby, póki nie doliczy do dwustu, nigdy nie jeść do sytości, a także masy innych rzeczy, absolutnie dla dżentelmena niezbędnych.

Na pukanie do drzwi odpowiedział łagodny głos kobiecy:

Come In! Entrez!

Erast Pietrowicz oddał szwajcarowi czapkę i wszedł.

Znalazł się w przestronnym, bogato umeblowanym gabinecie, w którym centralne miejsce zajmowało szerokie mahoniowe biurko. Siedziała za nim siwa pani o powierzchowności mało rzec miłej – po prostu niesłychanie sympatycznej. Z jasnobłękitnych oczek za złotym pince-nez wyzierały bystrość i serdeczność. Nieładna ruchliwa twarz z kaczym noskiem i roześmianymi szerokimi ustami od razu się Fandorinowi spodobała.

Przedstawił się po angielsku, ale o celu swojej wizyty na razie zamilczał.

– Ma pan świetną wymowę, sir – pochwaliła go lady Astair w tym samym języku, jednakowo akcentując każdy dźwięk. – Mam nadzieję, że nasz groźny Timothy-Timofej zbytnio pana nie nastraszył? Przyznaję, że sama się go czasami boję, ale do dyrekcji często przychodzą osoby urzędowe, a wtedy Timofej jest niezastąpiony, lepszy od angielskiego lokaja. Niech pan siada, młody człowieku. Lepiej o tam, w fotelu, będzie panu wygodniej. Pracuje pan zatem w policji kryminalnej? Z pewnością to bardzo ciekawe zajęcie. A czym zajmuje się pański ojciec?

– Nie żyje.

– Bardzo panu współczuję, sir. A mama?

– Tak samo – burknął Fandorin, niezadowolony z obrotu, jaki przybrała rozmowa.

– Biedny chłopiec. Wiem, jaki jest pan samotny. Już od czterdziestu lat staram się, żeby tacy biedni chłopcy nie byli samotni i żeby znaleźli własną drogę.

– Znaleźli drogę, milady? – Erast Pietrowicz nie całkiem zrozumiał.

– O tak! – ożywiła się lady Astair, najwyraźniej dosiadając swego ulubionego konika. – Znalezienie własnej drogi to najważniejsza rzecz w ludzkim życiu. Jestem głęboko przekonana, że każdy człowiek ma niepowtarzalny talent, w każdym jest iskra boża. Tragedia ludzkości polega na tym, że nie umiemy i nie chcemy w dziecku dostrzec i wypielęgnować owego daru. Geniusz jest u nas rzadkością, wręcz cudem, a przecież kto to jest geniusz? To po prostu człowiek, któremu się poszczęściło. Jego życie ułożyło się tak, że wybrał właściwą drogę. Klasycznym przykładem jest Mozart. Urodził się w rodzinie muzyka i od wczesnego dzieciństwa chował w środowisku, które troskliwie czuwało nad talentem darowanym dziecku przez naturę. A teraz niech pan sobie wyobrazi, drogi sir, że Wolfgang Amadeusz urodził się w rodzinie chłopskiej. Byłby z niego ordynarny pastuch, zabawiający krowy cudownymi dźwiękami fujarki. Gdyby urodził się w rodzinie jakiegoś żołdaka, wyrósłby na nędznego oficerka, wielbiciela marszów wojskowych. O, proszę mi wierzyć, młody człowieku, każde, każde bez wyjątku dziecko ukrywa w sobie skarb, tylko że do tego skarbu trzeba umieć się dokopać! Jest taki bardzo miły pisarz z Ameryki Północnej, znany jako Mark Twain. Podsunęłam mu pomysł opowiadania, w którym ludzi ocenia się nie według ich rzeczywistych osiągnięć, ale według tego potencjału, talentu, którym obdarzyła ich natura. Wtedy się okazuje, że największym wodzem wszech czasów jest jakiś nikomu nieznany krawczyna, który nigdy nie służył w wojsku, a największy malarz nie wziął nawet pędzla do ręki, bo przez całe życie szył buty. Mój system wychowawczy stawia sobie za cel to, żeby wielki wódz niezawodnie trafił do wojska, a wielki malarz odpowiednio wcześnie dostał farby i pędzel. Moi pedagodzy cierpliwie i uważnie badają ustrój duchowy każdego wychowanka, szukając w nim iskry bożej, i w dziewięciu wypadkach na dziesięć ją znajdują!

– Aha, to znaczy, że nie we wszystkich jest owa iskra!

Fandorin z triumfem podniósł palec.

– We wszystkich, kochany młodzieńcze, absolutnie we wszystkich, tylko po prostu my, pedagodzy, nie jesteśmy dostatecznie biegli. Albo dziecko ma taki talent, który we współczesnym świecie nie znajduje zastosowania. Może człowiek ów był potrzebny w społeczeństwie pierwotnym, a może jego geniusz zostanie wykorzystany w odległej przyszłości, w sferze, której dzisiaj nie możemy sobie nawet wyobrazić.

– Co do przyszłości zgoda, nie wypowiadam się – zaoponował Fandorin, wbrew woli wciągnięty w dyskusję. – Ale z tym pierwotnym społeczeństwem czegoś nie rozumiem. Jakież to talenty ma pani na myśli?

– Sama nie wiem, mój chłopcze. – Lady Astair uśmiechnęła się rozbrajająco. – No, przypuśćmy, dar odgadywania, gdzie pod ziemią znajduje się woda. Albo gdzie w lesie szukać zwierzyny. A może zdolność odróżniania korzeni jadalnych od niejadalnych? Wiem tylko, że w tamtych odległych czasach właśnie tacy ludzie byli największymi geniuszami, a mister Darwin czy herr Schopenhauer, gdyby się urodzili w pieczarze, byliby przez swoje plemiona traktowani jak głupcy. Nawiasem mówiąc, dzieci, które dzisiaj uważane są za niedorozwinięte umysłowo, też posiadają talent. Nie ma on oczywiście charakteru racjonalnego, ale nie jest przez to mniej cenny. W Sheffield mam specjalny esternat dla tych, których ignoruje tradycyjna pedagogika. Boże, jakie umiejętności mają te dzieci! Jest tam chłopczyk, który do trzynastego roku życia ledwie umiał mówić, za to dotknięciem dłoni potrafi u każdego wyleczyć migrenę. Inny – ten w ogóle nie mówi – może wstrzymać oddech przez cztery i pół minuty. Trzeci potrafi wzrokiem rozgrzać szklankę z wodą, wyobraża pan sobie?

– Niewiarygodne! Ale dlaczego tylko chłopcy? A dziewczynki?

Lady Astair westchnęła, rozkładając ręce.

– Ma pan rację, przyjacielu. Trzeba oczywiście pracować i z dziewczynkami. Doświadczenie wszelako mówi mi, że talenty, którymi natura obdarza kobiety, bywają często takiego rodzaju, że współczesne społeczeństwo ich nie doceni. Żyjemy w wieku mężczyzn i trzeba się z tym liczyć. W świecie rządzonym przez mężczyzn niepospolita, utalentowana kobieta budzi podejrzenia i wrogość. Nie chciałabym, żeby moje wychowanki czuły się nieszczęśliwe.

– A jak działa pani system? W jaki sposób, że tak powiem, sortuje się dzieci? – spytał z najżywszym zainteresowaniem Erast Pietrowicz.

– Pana to naprawdę ciekawi? – ucieszyła się baronowa. – Chodźmy do korpusu dydaktycznego, a sam pan zobaczy.

Poderwała się ze zdumiewającą dla jej wieku żwawością, gotowa służyć za przewodnika.

Fandorin ukłonił się, milady zaś poprowadziła go najpierw korytarzem, a potem długą galerią do głównego budynku.

Po drodze opowiadała:

– Tutejsza instytucja jest całkiem nowa, otwarta ledwie trzy tygodnie temu, praca więc dopiero się zaczyna. Moi ludzie wzięli z przytułków, a niekiedy prosto z ulicy, stu dwudziestu chłopców – sieroty w wieku od czterech do dwunastu lat. Jeśli dziecko jest starsze, trudno z nim cokolwiek zrobić, bo osobowość już się ukształtowała. Najpierw rozdzielono chłopców na grupy wiekowe; każdą zaopiekował się nauczyciel odpowiedni dla danego wieku. Ma on przede wszystkim obserwować podopiecznych i pomału przydzielać im różne nieskomplikowane zadania. Przypominają one zabawę, ale z ich pomocą łatwo określić ogólny charakter dziecka. Na pierwszym etapie trzeba odgadnąć, co w poszczególnych dzieciach warto rozwijać – ciało, rozum czy intuicję. Następnie chłopcy zostaną podzieleni na grupy już nie według wieku, tylko profilu: racjonaliści, artyści, mistrzowie, liderzy, sportsmeni, i tak dalej. Stopniowo profil się zawęża, tak że chłopców w starszym wieku nierzadko przygotowuje się już indywidualnie. Pracuję z dziećmi od czterdziestu lat, a nie wyobraża pan sobie, jak wiele osiągnęli moi wychowankowie – w najrozmaitszych sferach.

– To wspaniale, milady! – zachwycił się Erast Pietrowicz. – Ale skąd wziąć tylu zdolnych pedagogów?

– Płacę swoim nauczycielom bardzo dobrze, albowiem pedagogika jest najważniejszą z nauk – odparła z głębokim przekonaniem baronowa. – Poza tym wielu moich byłych wychowanków wyraża chęć pozostania w esternatach w roli wychowawców. To jest tak naturalne, esternat przecież to jedyna rodzina, jaką znali.

Weszli do szerokiej sali rekreacyjnej, na którą wychodziły drzwi kilku klas.

– Dokąd by tu pana zaprowadzić? – zastanowiła się lady Astair. – A choćby i do gabinetu fizyki. Daje tam teraz lekcję pokazową sławny doktor Blanek, absolwent esternatu w Zurychu, genialny fizyk. Ściągnęłam go do Moskwy, urządzając mu tutaj laboratorium do doświadczeń z elektrycznością. Pokazuje też chłopcom różne pomysłowe sztuczki fizyczne, żeby zachęcić ich do tej dziedziny.

Baronowa zapukała do jednej z klas, po czym weszli tam oboje. W ławkach siedziało półtora dziesiątka chłopców mogących mieć jakieś jedenaście, dwanaście lat, wszyscy w granatowych mundurkach ze złotą literą „A” na kołnierzu. Z zapartym tchem patrzyli, jak posępny młody człowiek z ogromnymi bokobrodami, w dosyć niechlujnym surducie i nie najświeższej koszuli, kręci jakimś szklanym kołem, ono zaś strzela błękitnymi iskierkami.

Ich bin sehr beschaftigt, milady! – krzyknął ze złością doktor Blanck. – Spater, spater! – Po czym przeszedł na łamaną ruszczyznę i zwracając się w stronę dzieci, powiedział: – Teraz, moi panofie, wy widziecz prawdziwy maly tencza! On się nazywa Blanck Regenbogen, „tencza Blancka”. To ja go wymyszlecz, jak był taki mlody człowiek jak wy.

Między dziwnym okręgiem a zastawionym rozmaitymi przyrządami fizycznymi stołem nieoczekiwanie pojawiła się mała, lecz wyraźna siedmiobarwna tęcza. Chłopcy wydali okrzyk zachwytu.

– Troszeczkę szalony, ale prawdziwy geniusz – wyszeptała do Fandorina lady Astair.

W tejże chwili z sąsiedniej klasy dobiegło głośne dziecięce wołanie.

– Boże! – Milady złapała się za serce. – To w gimnastycznej! Prędko, idźmy tam!

Wybiegła na korytarz, Fandorin za nią. Razem wpadli do pustej jasnej sali, w której prawie cała podłoga zasłana była skórzanymi matami, a wzdłuż ścian umieszczono najróżniejsze przyrządy gimnastyczne: ścianki szwedzkie, kółka, grube sznury, trampoliny. Rapiery i maski szermiercze sąsiadowały z rękawicami bokserskimi i sztangami. Grupka siedmio i ośmioletnich maluchów skupiła się wokół jednej z mat. Erast Pietrowicz rozsunął dzieci i zobaczył wijącego się z bólu chłopca, nad którym pochylił się trzydziestoletni mężczyzna w gimnastycznym trykocie. Miał płomiennorude kędziory, zielone oczy i energiczną, mocno piegowatą twarz.

– No, no, kochany – mówił po rosyjsku z lekkim akcentem. – Pokaż nóżkę, nie bój się. Nie zrobię ci krzywdy. Bądź mężczyzną, wytrzymaj. Fell from the rings, m’lady – wyjaśnił baronowej. – Weak hands. I’m afraid, the ankle is broken. Would you please tell Mister Izyumoff?.

Milady w milczeniu skinęła głową i szybko wyszła z klasy, zabierając ze sobą Erasta Pietrowicza.

– Idę po doktora, mister Iziumowa – mówiła z pośpiechem. – Taka przykrość często się zdarza, cóż, chłopcy to chłopcy... To był Gerald Cunningham, moja prawa ręka. Absolwent londyńskiego esternatu. Wspaniały pedagog. Stoi na czele całej rosyjskiej filii. W pół roku nauczył się waszego trudnego języka, z którym ja w żaden sposób nie mogę sobie poradzić. Zeszłej jesieni Gerald otworzył esternat w Petersburgu, a teraz pomaga mi rozpocząć działalność tutaj, w Moskwie. Bez niego jestem jak bez ręki.

Zatrzymała się przy drzwiach z napisem „Lekarz”.

– Proszę mi wybaczyć, sir, ale musimy przerwać naszą rozmowę. Innym razem, dobrze? Proszę przyjść jutro, to dokończymy. Pan miał przecież do mnie jakąś sprawę?

– Nic ważnego, milady. – Fandorin poczerwieniał. – Tak naprawdę... Może kiedyś? Życzę pani powodzenia w tym szlachetnym dziele.

Niezgrabnie się ukłonił i pospiesznie udał do wyjścia. Był bardzo zawstydzony.


– No jak, przyłapał pan zbrodniarkę na gorącym uczynku?

Podnosząc głowę znad jakichś wymyślnych diagramów, Brilling wesoło powitał zmieszanego Fandorina. Story w gabinecie były opuszczone, na biurku paliła się lampa, bo za oknem robiło się już ciemno.

– Niech zgadnę. O mister Kokorinie milady nigdy nie słyszała, o miss Bieżeckiej tym bardziej, wiadomość o testamencie samobójcy wytrąciła ją z równowagi. Czy tak?

Erast Pietrowicz tylko westchnął.

– Spotkałem tę osobę w Petersburgu. Jej prośbę o zezwolenie na działalność pedagogiczną w Rosji rozpatrywano u nas w Oddziale. Opowiadała panu o genialnych debilach? W porządku, teraz do rzeczy. Niech pan siada. – Szef wskazał miejsce przy biurku. – Czeka pana noc pełna wrażeń.

Erast Pietrowicz odczuł niepokojące, a zarazem przyjemne łaskotanie w piersi – tak już widać działało nań towarzystwo radcy stanu.

– Pańskim celem jest Zurów. Już go pan widział, ma więc pewne wyobrażenie. Trafić do hrabiego jest łatwo, rekomendacje nie są potrzebne. W domu prowadzi swego rodzaju jaskinię gry, niezbyt nawet zakonspirowaną. Obowiązuje w niej ton huzarsko-gwardyjski, ale szwenda się tam też mnóstwo wszelakiej hołoty. Taki sam dom Zurow utrzymywał w Pitrze, lecz po wizycie policji przeniósł się do Moskwy. Jest to pan bez zajęcia, już trzeci rok ma bezterminowy urlop z pułku. Przedstawiam zadanie. Niech pan postara zbliżyć się do niego, jak tylko można, i przypatrzyć jego otoczeniu. Może spotka pan tam białookiego znajomka? Tylko żadnego działania w pojedynkę, sam pan sobie z takim nie da rady. Zresztą wątpię, żeby tam się zjawił... Nie wykluczam, że hrabia sam się panem zainteresuje, w końcu spotkaliście się u Bieżeckiej, która oczywiście nie jest Zurowowi obojętna. Proszę działać stosownie do sytuacji. Byle tylko nie przeholować, żarty z tym panem źle się kończą. Gra nieuczciwie. Jak mówią w tych sferach, „idzie na pewniaka”, a kiedy go zdemaskują, wywołuje awanturę. Ma na koncie z dziesięć pojedynków, a jeszcze nie o wszystkich wiadomo. Może i bez pojedynku zgruchotać komuś czaszkę. Na przykład w siedemdziesiątym drugim na jarmarku w Niżnim Nowogrodzie poprztykał się przy kartach z kupcem Swiszczowem, no i wyrzucił brodacza przez okno. Z pierwszego piętra. Kupczyna się potłukł, leżał miesiąc, mówić nie mógł, tylko jęczał. A hrabia nic, wykręcił się. Ma wpływowych krewnych w wyższych sferach. Co to jest? – Iwan Francewicz jak zwykle nieoczekiwanie zmienił temat, kładąc na stół talię kart.

– Karty – odrzekł zdziwiony Fandorin.

– Grywa pan?

– Ani trochę. Tatuś nie pozwalał brać kart do ręki, mówił, że się nagrał za siebie, za mnie i za trzy pokolenia Fandorinów naprzód.

– Szkoda – zafrasował się Brilling. – Bez tej umiejętności nie ma co się u hrabiego pokazywać. Dobra, proszę wziąć papier i zapisywać...

Po kwadransie Erast Pietrowicz umiał już bez zająknienia odróżniać kolory i znał starszeństwo kart, tylko z figurami trochę mu się myliło: ciągle zapominał, kto jest starszy – dama czy walet.

– Jest pan beznadziejny – zawyrokował szef. – Ale to nic strasznego. W preferansa i inne gry umysłowe tak czy owak u hrabiego się nie grywa. Lubią tam rzeczy najprymitywniejsze, byle szybkie i dające dużo pieniędzy. Agenci donoszą, że Zurów gustuje w sztosie, i to uproszczonym. Tłumaczę reguły. Ten, kto rozdaje karty, nazywa się bankierem. Drugi to poniter. Obaj mają po talii. Poniter wybiera ze swojej kartę, powiedzmy dziewiątkę. Kładzie ją przed sobą koszulką do góry.

– Koszulka to wzór na odwrocie? – upewnił się Fandorin.

– Tak. Teraz poniter stawia, załóżmy, dziesięć rubli. Bankier zaczyna ciągnąć: górną kartę z talii (która nazywa się „plija”) kładzie na prawo, drugą – na lewo (nazywa się „sonika”).

„Plija – pr., sonika -1.” – zapisywał gorliwie w notesie Erast Pietrowicz.

– Teraz poniter odkrywa swoją dziewiątkę. Jeśli „plija” też okazała się dziewiątką, nieważne jakiego koloru, bankier zabiera stawkę. To się nazywa „zabić dziewiątkę”. Wówczas bank, to znaczy suma, o jaką się gra, wzrasta. Jeśli dziewiątką okaże się „sonika”, to znaczy druga karta, wygrywa poniter, „znalazł dziewiątkę”.

– A jeśli w parze nie ma dziewiątki?

– Jeśli w pierwszej parze nie było dziewiątki, bankier wykłada następną parę kart. I tak dalej, dopóki nie wyskoczy dziewiątka. Ot, i cała gra. Zupełne podstawy, ale można zgrać się do nitki, szczególnie jeśli się jest poniterem i ciągle podwaja stawkę. Dlatego niech pan sobie zapamięta, Fandorin: może pan grać tylko jako bankier. To proste: kładzie pan jedną kartę na prawo, drugą na lewo; kartę na prawo, kartę na lewo. Bankier nie przegrywa więcej, niż wynosi pierwotna stawka. Na ponitera niech się pan nie pcha, a jeśli los wypadnie na pana, proszę grać o małe stawki. W sztosa można robić nie więcej niż pięć rund, potem cała reszta przechodzi do bankiera. Teraz otrzyma pan w kasie dwieście rubli na przegraną.

– Aż dwieście? – jęknął Fandorin.

– Nie „aż dwieście”, ale „tylko dwieście”. Niech się pan postara, żeby ta suma wystarczyła na całą noc. Jeśli się pan szybko zgra, nie musi od razu wychodzić, może pan jakiś czas się tam pokręcić. Ale nie wywołując podejrzeń, jasne? Będzie pan grał co wieczór, dopóki nie osiągnie rezultatu. Nawet jeśli stwierdzimy, że Zurów nie jest zamieszany... No cóż, to też jest rezultat. Jedna wersja mniej.

Erast Pietrowicz ruszał ustami, patrząc do ściągawki.

– „Czerwień” – to czerwone serduszka?

– Tak. Czasem nazywają je diabłami albo kierami, od coeur. Niech pan idzie do przebieralni. Przyszykowano panu strój na miarę, a jutro do obiadu będzie pan miał komplet garderoby na wszystkie wypadki życiowe. Naprzód marsz, Fandorin, i bez pana mam dosyć spraw! Od razu po Zurowie – tutaj do mnie. O każdej porze. Dzisiaj nocuję w Urzędzie.

Po czym Brilling znowu wsadził nos w papiery.

Rozdział ósmy,

z gościem nie w porę – waletem pikowym

W zadymionej sali grano przy sześciu zielonych stolikach: czwórkami lub dwójkami. Wokół każdego stołu tłoczyli się widzowie: tam gdzie gra szła o małą stawkę – mniej, tam gdzie stawka szła ostro w górę – bardziej. U hrabiego nie podawano wina ani zakąsek, chętni mogli wyjść do salonu i posłać lokaja do traktierni, ale posyłano tylko po szampana, gdy już się komuś wybitnie poszczęściło. Zewsząd dobiegały urywane, mało zrozumiałe dla niewtajemniczonego okrzyki:

Je coupe!

Je passe.

– Drugi abcug.

Retournez la carte!

– Za pozwoleniem, panowie, karta w stół!

– Kralka zabita!

I inne.

Najgęściej było przy tym stole, gdzie szła gra o duże stawki, jeden na jednego. Bank trzymał sam gospodarz, poniterem był spocony jegomość w modnym, nadzwyczaj wąskim surducie. Poniterowi wyraźnie się nie wiodło: zagryzał wargi, gorączkował się, za to hrabia był uosobieniem spokoju i tylko błogo się uśmiechał spod czarnych wąsów, zaciągając się dymem z fajki na wygiętym tureckim cybuchu. Wypielęgnowane silne palce z błyszczącymi pierścieniami zręcznie wyrzucały karty – jedną na prawo, drugą na lewo.

Wśród widzów można było dostrzec trzymającego się nieco z tyłu czarnowłosego młodego człowieka o rumianej twarzy, całkiem niepasującej do gracza. Bywalec od razu widział, że młodzieniec jest z dobrej rodziny, przyszedł tu po raz pierwszy i wszystko go onieśmiela. Kilka razy otrzaskani w grze panowie z błyszczącymi od brylantyny przedziałkami proponowali mu partyjkę, ale się rozczarowali – młodzieniec stawiał wyłącznie po piątce i zdecydowanie nie pragnął być „orżnięty”. Stary wyga Gromow, którego znała cała grająca Moskwa, dał nawet chłopakowi „fora”: przegrał do niego setkę. Wszystko na darmo – rumianemu wcale nie rozgorzały oczy, nie zadrżały ręce. Nie rokował żadnych nadziei, okazując się prawdziwym „pętakiem”.

Tymczasem Fandorin (on to był naturalnie) mniemał, że przemyka się po sali niczym cień, nie zwracając niczyjej uwagi. Dotąd, co prawda, naprzemykał się niedużo. Raz zobaczył, jak bardzo szacownie wyglądający pan po cichutku ściągnął ze stołu złoty półimperiał i z wielką godnością usunął się na bok. Dwóch oficerków głośnym szeptem kłóciło się w korytarzu, ale Erast Pietrowicz nic z ich rozmowy nie pojął: porucznik dragonów gorąco zapewniał, że grając z przyjacielem, nigdy by nie „podemknął” karty, kornet huzarów zaś wypominał mu jakiegoś „liska”.

Zurów, w którego sąsiedztwo Fandorin co chwila niby niechcący trafiał, wyraźnie czuł się w tym towarzystwie jak ryba w wodzie, i to bardzo gruba ryba. Wystarczało jedno jego słowo, żeby w zarodku zdławić awanturę, a raz na skinienie gospodarza dwaj lokaje wzięli pod ręce jakiegoś krzykacza, który nie chciał się uspokoić, i czym prędzej wyprowadzili za drzwi. Erasta Pietrowicza hrabia zdecydowanie nie poznawał, chociaż kilka razy Fandorin poczuł na sobie jego bystre, nieżyczliwe spojrzenie.

– Piąty raz, mój panie – oświadczył Zurow i ta informacja z jakiegoś powodu wzburzyła ponitera.

– Parol! – wykrzyknął z drżeniem w głosie i zagiął na swojej karcie dwa rogi.

Po widzach przeszedł szmerek, a spocony jegomość, odrzuciwszy z czoła kosmyk włosów, cisnął na stół plik tęczowych papierów.

– Co to znaczy? – Erast Pietrowicz wstydliwym półgłosem spytał najbardziej, jak mu się wydało, niegroźnego staruszka z czerwonym nosem.

– To znaczy, że stawkę na tę samą kartę podnosi czterokrotnie – wyjaśnił ochoczo sąsiad. – Chce na ostatnim abcugu wziąć pełny rewanż.

Hrabia obojętnie wypuścił obłoczek dymu i odkrył z prawej strony króla, z lewej szóstkę.

Poniter pokazał asa czerwiennego.

Zurow kiwnął głową i od razu rzucił czarnego asa w prawo, czerwonego króla na lewo.

Fandorin słyszał, jak ktoś z zachwytem szepnął:

– Jubiler!

Na spoconego pana żal było patrzeć. Odprowadził wzrokiem kupkę asygnat, które powędrowały pod łokieć hrabiego, a potem nieśmiało spytał:

– Czy nie można by pod zastaw?

– Nie można – odpowiedział leniwie Zurow. – Kto by chciał jeszcze, panowie?

Niespodziewanie jego wzrok zatrzymał się na Eraście Pietrowiczu.

– My już się chyba znamy? – spytał z nieprzyjemnym uśmiechem gospodarz. – Pan Fiedorin, jeśli się nie mylę?

– Fandorin – poprawił Erast Pietrowicz, oblewając się męczeńską czerwienią.

Pardon. Cóż to pan ciągle lornetuje? Tutaj u nas nie teatr. Skoro pan przyszedł, trzeba grać. Proszę bardzo. – Wskazał opróżnione miejsce przy stole.

– Niech pan sam wybiera talię – szepnął Fandorinowi na ucho dobrotliwy staruszek.

Erast Pietrowicz usiadł i zgodnie z instrukcją bardzo zdecydowanie powiedział:

– Tylko pozwoli pan, hrabio, że będę trzymał bank. Na prawach nowicjusza. A talię chciałbym... o, tę i... tę. – Wziął z tacy pełnej nierozpieczętowanych talii dwie z samego spodu.

Zurow uśmiechnął się jeszcze bardziej nieprzyjemnie.

– Cóż, panie nowicjuszu, warunki przyjęte, ale umowa stoi taka: jak zdebankuję, proszę nie uciekać. Niech pan i mnie pozwoli ciągnąć bank. No, proszę, jaka stawka?

Fandorin stropił się, pewność opuściła go równie nagle, jak nawiedziła.

– Sto rubli? – spytał nieśmiało.

– Żartuje pan? Tu nie knajpa.

– Dobrze, trzysta. – Erast Pietrowicz położył na stole wszystkie swoje pieniądze, wliczając w to wygraną wcześniej setkę.

Le jeu n’en vaut pas la chandelle. – Hrabia wzruszył ramionami. – No, na początek ujdzie.

Wyjął ze swej talii kartę, niedbale rzucił na nią trzy sturublowe papierki.

– Idę na całość.

Plija z prawej – przypomniał sobie Erast Pietrowicz i starannie położył na prawo damę z czerwonymi serduszkami, a na lewo – siódemkę.

Ipolit Aleksandrowicz odwrócił swoją kartę i z lekka się zmarszczył. Była to dama karowa.

– To ci nowicjusz! – Ktoś gwizdnął. – Nieźle damę przytłamsił.

Fandorin niezręcznie stasował talię.

– Na całość – rzekł drwiąco hrabia, rzucając na stół sześć asygnat. – Ech, kto nie ryzykuje, ten nie siedzi w kozie.

Jak się ta lewa karta nazywała? – nie mógł sobie przypomnieć Erast Pietrowicz. Ta „plija”, a druga... niech to diabli! Głupio. A jak zapyta? Nie wypada przecie zaglądać do ściągawki.

– Brawo – zaszumieli widzowie. – Hrabio, c’est un jeu intéressant, nie uważa pan?

Erast Pietrowicz zobaczył, że znowu wygrał.

– Proszę mi tu nie parlować! Cóż to za głupi zwyczaj: pół zdania po francusku, pół po rosyjsku! – Zurow z rozdrażnieniem obejrzał się na mówiącego, chociaż sam co rusz wtykał zwroty francuskie. – Dalej, Fandorin, dalej. Karta od konia nie gorsza, do rana ruszy z kopyta. Va banque.

Na prawo walet, to plija, na lewo ósemka, to... Ipolit Aleksandrowicz odkrył dziesiątkę. Fandorin zabił ją za czwartym ciągnieniem.

Stół obstąpiono już ze wszystkich stron, a sukces Erasta Pietrowicza został oceniony stosownie do zasług.

– Fandorin, Fandorin – mamrotał w roztargnieniu Ipolit Aleksandrowicz, bębniąc palcami po talii. W końcu odkrył kartę, odliczył dwa tysiące czterysta.

Szóstka pik uległa w pierwszym ciągnieniu.

– Cóż to znowu za nazwisko?! – wykrzyknął rozzłoszczony Zurow. – Fandorin! Chyba z Greków? Fandorakis, Fandoropulos?

– Dlaczego z Greków? – obruszył się Erast Pietrowicz, który dobrze pamiętał, jak koledzy drwili z jego starodawnego nazwiska (gimnazjalne przezwisko Erasta Pietrowicza brzmiało „Fajdorin”). – Nasz ród, hrabio, jest tak samo rosyjski jak i pański. Fandorinowie służyli jeszcze carowi Aleksemu.

– A jakże, proszę pana! – Życzliwy Erastowi Pietrowiczowi czerwononosy staruszek wyraźnie się ożywił. – Za Katarzyny Wielkiej był jeden Fandorin, autor arcyciekawego pamiętnika.

– Pamiętnika, pamiętnika, a mnie trzeba ryzyka – zrymował ponuro hrabia, układając spory stosik z banknotów. – Na całość! Rzucaj pan kartę, do diabła!

Le dernier coup, messieurs! – poniosło się w tłumie. Wszyscy chciwie patrzyli na pomięte banknoty w dwóch kupkach równej wielkości: jedna leżała przed bankierem, druga przed poniterem.

W absolutnej ciszy Fandorin rozpieczętował dwie nowe talie, myśląc ciągle o tym samym. Tonika? Konika?

Na prawo as, na lewo też as. Zurow ma króla. Na prawo dama, na lewo dziesiątka. Na prawo walet, na lewo dama (kto właściwie jest starszy – walet czy dama?). Na prawo siódemka, na lewo szóstka.

– Nie chuchać mi tu w kark! – zawołał hrabia z taką złością, że gapie od niego odskoczyli.

Na prawo ósemka, na lewo dziewiątka. Na prawo król, na lewo dziesiątka. Król!

Wokół ludzie wyli, rechotali. Ipolit Aleksandrowicz siedział jak skamieniały.

Sonika! – przypomniał sobie Erast Pietrowicz i uśmiechnął się uradowany. Karta z lewej to sonika. Dziwna nazwa.

Znienacka Zurow przechylił się przez stół i mocno ścisnął palcami wargi Fandorina.

– Żadnych mi tutaj uśmieszków! Wygrałeś pan stawkę, to bądź łaskaw zachowywać się przyzwoicie! – zasyczał wściekle, napierając na blat całym ciałem. Nalane krwią oczy były straszne. W następnej chwili pchnął Fandorina w podbródek, opadł na krzesło, po czym złożył ręce na piersi.

– Panie hrabio, to już zanadto! – krzyknął jeden z oficerów.

– Zdaje się, że nie rejteruję – wycedził Zurow, nie spuszczając wzroku z Fandorina. – Jeśli ktoś czuje się dotknięty, chętnie mu usłużę.

Zapadła iście grobowa cisza.

Erastowi Pietrowiczowi okropnie szumiało w uszach, bał się teraz tylko jednego: że stchórzy. No i tego jeszcze, że głos mu zadrży zdradziecko.

– Jest pan łajdakiem bez honoru. Po prostu nie chce pan płacić – powiedział, a głos mu jednak zadrżał, choć to już nie miało znaczenia. – Wyzywam pana.

– Przy ludziach zgrywa pan bohatera? – Zurow się skrzywił. – Popatrzymy, jak pan zatańczy pod lufą. Odległość dwadzieścia kroków, można strzelać, kiedy się chce. Ale potem proszę do mety. Strach panu?

Strach – pomyślał Erast Pietrowicz. Achtyrcew mówił, że ten z dwudziestu kroków trafi w pięciokopiejkówkę, co dopiero w głowę! Albo, co gorsza, w brzuch! Fandorin się wzdrygnął. Nigdy nie trzymał w ręku pistoletu do pojedynków. Ksawierij Fieofiłaktowicz zaprowadził go raz na strzelnicę policyjną, żeby sobie postrzelał z colta, ale przecież to co innego. Zabije, jak amen w pacierzu, zabije. I sprawa czyściutka, nie ma się do czego przyczepić. Świadków jest mnóstwo: kłótnia przy kartach, zwyczajna sprawa. Hrabia posiedzi miesiąc na odwachu i wyjdzie, ma wpływowych krewnych, a Erast Pietrowicz nie ma nikogo. Włożą rejestratora kolegialnego do trumny zbitej z desek, zakopią i nikt nie przyjdzie na pogrzeb. Może tylko Gruszyn i Agrafiena Kondratiewna. A Lizetka przeczyta w gazecie i pomyśli mimochodem: Szkoda, taki miły policjant i zupełnie młody. Albo nie, nie przeczyta, z pewnością Emma nie daje jej gazet. A szef oczywiście powie: „Wierzyłem w niego, bałwana, a ten wpadł jak głupi szczeniak. Szlacheckie fanaberie i tyle”. Jeszcze splunie na dodatek.

– Cóż pan milczy? – spytał z okrutnym uśmiechem Zurow. – Czy też odechciało się panu strzelać?

A Erast Pietrowicz wpadł akurat na zbawczy pomysł. Strzelać się trzeba nie teraz, tylko najwcześniej jutro rano. Oczywiście uciekać, skarżyć się szefowi to rzecz brzydka i niegodna, ale Iwan Francewicz mówił, że w sprawie Zurowa działają także inni agenci. Możliwe nawet, że i tutaj, w sali, jest ktoś z jego ludzi. Wyzwanie można podtrzymać, zachowując honor, lecz jeśli na przykład jutro o świcie wtargnie tu policja i aresztuje hrabiego za prowadzenie jaskini gry, to Fandorin nie będzie miał z tym nic wspólnego. O niczym nawet nie będzie wiedzieć. Iwan Francewicz bez niego się domyśli, jak postąpić.

Ratunek był, można rzec, w kieszeni, ale głos Erasta Pietrowicza nagle zyskał samodzielny, niezależny od woli gospodarza byt. Oznajmił coś niesamowitego i – rzecz zdumiewająca nie drżał więcej.

– Nie odechciało się. Tylko dlaczego jutro? Zaraz. Teraz. Powiadają, że pan, hrabio, od rana do nocy ćwiczy się w strzelaniu do piątaków, i to akurat z dwudziestu kroków. – Zurow spurpurowiał. – Lepiej zróbmy inaczej, jeśli pan nie stchórzy. Akurat opowieść Achtyrcewa się przydała! Nawet wymyślać nic nie trzeba. Wszystko jest już wymyślone. – Rzucimy los i na kogo wypadnie, ten pójdzie na podwórze i się zastrzeli. Bez żadnych met. A i nieprzyjemności potem będą minimalne. Zgrał się człowiek i palnął sobie w łeb, banalna sprawa. A panowie dadzą słowo honoru, że wszystko zostanie w tajemnicy. Czy tak?

Panowie podnieśli gwar, przy czym zdania były podzielone: jedni wyrażali gotowość dania słowa, inni zaś proponowali puścić kłótnię w niepamięć i wypić na zgodę. Jeden major z gęstymi wąsami krzyknął nawet: „Ale chłopak zuch!” – co wzmogło zadziorność Erasta Pietrowicza.

– To jak, hrabio?! – wykrzyknął, ostatecznie wyzbywając się wszelkich hamulców. – Czyżby łatwiej było trafić w pięciokopiejkówkę niż we własną głowę? Czy boi się pan chybić?

Zurow milczał, patrząc z ciekawością na zucha; można było sądzić, że coś oblicza.

– Cóż – rzekł w końcu z niezwykłym spokojem. – Warunki zostały przyjęte. Jean!

Do hrabiego w jednej chwili podbiegł obrotny lokaj.

– Rewolwer, świeżą talię i butelkę szampana – powiedział Ipolit Aleksandrowicz i jeszcze szepnął coś na ucho.

Po dwóch minutach Jean wrócił z tacą. Musiał się przeciskać, bo teraz wokół stołu skupili się absolutnie wszyscy goście salonu.

Zurow zręcznym, błyskawicznym ruchem odciągnął bębenek dwunastostrzałowego lefocheta, pokazując, że wszystkie kule są na miejscu.

– A oto talia. – Z trzaskiem rozerwał mocną banderolę. Teraz ja będę bankierem. – Zaśmiał się, najwidoczniej w znakomitym nastroju. – Reguły są proste: kto pierwszy wyciągnie kartę czarnego koloru, ten palnie sobie w łeb. Zgoda?

Fandorin w milczeniu skinął głową, już zaczynając rozumieć, że został oszukany, potwornie owinięty wokół palca i – można powiedzieć – zastrzelony jeszcze pewniej niż z dwudziestu kroków. Ograł go sprytny Ipolit, ograł na czysto! Żeby taki mistrz nie wyciągnął potrzebnej karty, i to jeszcze z własnej talii! Ma pewnie cały magazyn znaczonych kart.

Tymczasem Zurow ostentacyjnie się przeżegnał i odkrył kartę z wierzchu. Była to dama karowa.

– Prawdziwa Wenera. – Uśmiechnął się bezczelnie. – Wiecznie mnie ratuje. Pańska kolej, Fandorin.

Protestować, targować się – to byłoby poniżej godności, żądać innej talii – za późno. A zwlekać – wstyd.

Erast Pietrowicz wyciągnął rękę i odkrył waleta pik.

Rozdział dziewiąty,

w którym przed Fandorinem otwierają się niezgorsze widoki na karierę

To jest Momus, czyli głuptas – wyjaśnił Ipolit i przeciągnął się z rozkoszą. – No, już trochę późnawo. Wypije pan szampana dla kurażu czy też od razu na podwórze?

Erast Pietrowicz siedział cały czerwony. Dusiła go złość: nie na hrabiego, ale na siebie, skończonego idiotę. Ktoś taki nie jest godzien nawet tego, żeby żyć.

– Wolę od razu tutaj – burknął ze złością, chcąc na ostatek bodaj nabrudzić gospodarzowi. – Niech później ten pański fagas wymyje podłogę. A za szampana dziękuję, głowa mnie po nim boli.

Ciągle z taką samą złością, starając się o niczym nie myśleć, Fandorin złapał ciężki rewolwer, odwiódł kurek i sekundę wahał się, gdzie strzelić; eee, wszystko jedno – włożył lufę w usta, w myślach odliczył „trzy, dwa, jeden” i nacisnął spust tak mocno, że boleśnie przygniótł sobie język. Wystrzału nie było, tylko suche szczęknięcie. Nic nie rozumiejąc, nacisnął raz jeszcze – znowu szczęknęło, tyle że teraz metal ze zgrzytem przejechał po zębach.

– No, dosyć już, dosyć! – Zurow odebrał pistolet i klepnął Fandorina po ramieniu. – Zuch! I strzelał bez popisów, bez histerii. Dzielne pokolenie wyrasta, nieprawdaż, panowie?! Jean, nalej szampana, wypijemy z panem Fandorinem bruderszaft.

Erast Pietrowicz, zupełnie bezwolny, usłuchał: niemrawo wypił do dna musujący napój i wycałował się z hrabią, który kazał się odtąd nazywać po prostu Ipolitem. Wszyscy dokoła śmiali się i hałasowali, ale ich głosy dochodziły do Fandorina jakoś niewyraźnie. Po szampanie zakłuło go w nosie, a do oczu napłynęły łzy.

– Dobry ten Jean, co? – zaśmiewał się hrabia. – W jednej chwili wyjął wszystkie kulki. No, powiedz, Fandorin, czy nie filut z niego?

– Filut – zgodził się Erast Pietrowicz obojętnym głosem.

– No, właśnie. Jak masz na imię?

– Erast.

– Chodźmy, Eraście z Rotterdamu, posiedzimy u mnie w gabinecie, wypijemy koniaku. Obrzydły mi te wszystkie gęby.

– Erazmie – poprawił mechanicznie Fandorin.

– Co?

– Nie Erast, tylko Erazm.

– Przepraszam, nie dosłyszałem. Chodźmy, Erazmie.

Fandorin posłusznie wstał i poszedł za gospodarzem. Przeszli ciemną amfiladą i znaleźli się w okrągłym pokoju, gdzie bałagan był wprost niesłychany: wszędzie poniewierały się fajki i cybuchy, puste butelki, na stole eksponowały się srebrne ostrogi, w kącie nie wiedzieć czemu leżało eleganckie angielskie siodło. Dlaczego pomieszczenie nazywało się „gabinetem”, tego Fandorin nie mógł pojąć; nigdzie nie było widać ani książek, ani przyborów do pisania.

– Znakomite siodełko – pochwalił się Zurow. – Założyłem się o nie wczoraj i wygrałem.

Nalał do szklanek brunatnego wina z pękatej butelki, usiadł obok Erasta Pietrowicza i bardzo poważnie, wręcz serdecznie powiedział:

– Wybacz mi, łajdakowi, ten żarcik. Nudzę się, Erazm. Pełno ludzi wokół, ale nie ma między nimi człowieka. Mam dwadzieścia osiem lat, Fandorin, a czuję się, jakbym miał sześćdziesiąt. Szczególnie rano, kiedy się obudzę. Wieczorem, nocą jeszcze ujdzie, bo wtedy wygłupiam się, dokazuję. Tyle że obrzydzenie mnie ogarnia. Dawniej tego w ogóle nie czułem, a teraz coraz mocniej. Czy uwierzysz: kiedy ciągnęliśmy losy, przemknęło mi przez myśl, żeby się naprawdę zastrzelić. I tak mnie to kusiło, wiesz?... Czegóż nic nie mówisz? Ej, daj spokój, Fandorin, nie gniewaj się. Bardzo chciałbym, żebyś nie żywił do mnie urazy. No, co mam zrobić, żebyś mi wybaczył?

Wtedy Erast Pietrowicz skrzekliwym nieco, ale zupełnie wyraźnym głosem powiedział:

– Opowiedz mi o niej. O Bieżeckiej.

Zurow odrzucił z czoła bujne kędziory.

– Ach, prawda, zapomniałem. Przecież ty należysz do „świty”.

– Do czego?

– Tak to nazwałem. Amalia jest przecież królową, potrzebuje świty, świty mężczyzn. Im orszak dłuższy, tym lepiej. Posłuchaj dobrej rady: wybij ją sobie z głowy, bo zginiesz. Zapomnij o niej.

– Nie mogę – przyznał szczerze Erast Pietrowicz.

– Jesteś jeszcze smarkacz, Amalia niechybnie wciągnie cię w otchłań, tak jak zrobiła to już z niejednym. Być może nawet przylgnęła do mnie dlatego, że za nią w tę otchłań nie poszedłem. Niepotrzebne mi to, mam własną otchłań. Nie taką przepastną jak jej, ale to nic, wystarczy, bym się pogrążył cały, z głową.

– Kochasz ją? – Fandorin uznał, że teraz ma prawo pytać tak obcesowo.

– Boję się jej. – Ipolit uśmiechnął się ponuro. – Bardziej, niż ją kocham. Zresztą to nie żadna miłość. Próbowałeś może palić opium?

Fandorin pokręcił głową.

– Jeśli spróbujesz choć raz, będzie ciągnąć cię przez całe życie. Ona jest właśnie taka. Nie chce mnie uwolnić! No i przecież widzę, że mną gardzi, traktuje jak powietrze, ale czegoś tam się we mnie dopatrzyła. Na moje nieszczęście! Wiesz co? Jak Boga kocham, cieszę się, że wyjechała. Myślałem czasami: Zabiję wiedźmę. Zaduszę własnymi rękami, żeby mnie nie dręczyła. A ona to dobrze czuła. O bracie, mądra z niej kobieta! Za to mnie właśnie ceniła, że mogła ze mną igrać jak z ogniem – to roznieci, to zgasi, i jeszcze przez cały czas pamięta, że może z tego powstać pożar, a wtedy będzie z nią źle. Bo inaczej po cóż byłbym jej potrzebny?

Erast Pietrowicz z zazdrością pomyślał, że pięknego Ipolita, tę szaloną głowę, owszem, jest za co pokochać, i to nawet bez żadnego pożaru. Taki zuch z pewnością nie może się opędzić od kobiet. Dlaczego ludziom tak się szczęści? Ta supozycja nie miała jednak związku ze sprawą. Pytać zaś należało o nią.

– Kim ona jest, skąd pochodzi?

– Nie wiem. Nie lubi mówić o sobie. Wiem tylko, że chowała się gdzieś za granicą. Zdaje się, w Szwajcarii, na jakiejś pensji.

– A teraz gdzie jest? – spytał Erast Pietrowicz, zresztą bez szczególnej nadziei na odpowiedź.

Zurow jednak wyraźnie z nią zwlekał, tak że w Eraście Pietrowiczu wszystko zamarło.

– Co, aż tak ci dopiekło? – spytał posępnie hrabia i mimowolny grymas skaził jego piękną, kapryśną twarz.

– Tak!

– No taaak, jeśli ćma leci do ognia, spłonie tak czy owak... Ipolit pogrzebał na stole pośród talii kart, pomiętych chustek i rachunków sklepowych.

– Gdzie to jest, u licha? A, przypomniałem sobie. – Otworzył japońską szkatułkę z laki, z perłowym motylem na wieczku. – Masz. Przyszło miejską pocztą.

Erast Pietrowicz drżącymi palcami ujął wąską kopertę, na której ukośnym, zdecydowanym charakterem było napisane:


Do Jaśnie Oświeconego Hrabiego Ipotita Zurowa. Ulica Jakowo – Apostolska, dom własny.


Sądząc po stemplu, list został nadany szesnastego maja, akurat tego dnia, kiedy Bieżecka zniknęła.

W środku był niepodpisany bilecik po francusku.


Zmuszona jestem wyjechać bez pożegnania. Pisz na Londyn, Grey Street, hotel „Winter Queen”, dla Miss Olsen. Czekam. I nie waż się zapomnieć o mnie.


– A ja się poważę – gwałtownie pogroził Ipolit, ale od razu przygasł. – W każdym razie spróbuję... Bierz, Erazm. Zrób z tym, co zechcesz... Ty dokąd?

– Idę – powiedział Fandorin, chowając kopertę do kieszeni. – Trzeba się spieszyć.

– No, no. – Hrabia z litością pokiwał głową. – Idź, leć do ognia. To twoje życie, nie moje.

Na podwórzu Erasta Pietrowicza dogonił Jean z jakimś zawiniątkiem w ręku.

– To pańskie, szanowny pan zapomniał.

– Cóż to? – Fandorin zatrzymał się niechętnie, bo mu się spieszyło.

– Pan żartuje? Tu jest wygrana. Jaśnie pan kazał pana koniecznie dogonić i to wręczyć.


Erast Pietrowicz miał przedziwny sen.

Był w swoim gubernialnym gimnazjum. Dość często nawiedzały go takie sny, zazwyczaj niespokojne i przykre: że znowu jest gimnazistą i „pływa” przy tablicy na lekcji fizyki czy algebry, ale w tym śnie nie tyle się męczył, co po prostu bał. W żaden sposób nie mógł zrozumieć przyczyny tego strachu. Nie stał przy tablicy, siedział w ławce, a dookoła niego siedzieli koledzy: Iwan Francewicz, Achtyrcew, jakiś przystojny zuch z wysokim, bladym czołem i zuchwałymi czarnymi oczami (Erast Pietrowicz skądś wiedział, że to Kokorin), dwie gimnazistki w białych fartuchach i jeszcze ktoś, obrócony plecami. Fandorin bał się tego ostatniego i starał się na niego nie patrzeć, za to ciągle wykręcał szyję, żeby lepiej dostrzec dziewczęta – jedną czarniutką, drugą jasnowłosą. Obie siedziały w ławce, grzecznie położywszy przed sobą szczupłe ręce. Jedna okazała się Amalią, druga Lizetką. Pierwsza rzuciła Fandorinowi płomienne spojrzenie i pokazała mu język, za to druga wstydliwie się uśmiechnęła i opuściła długie rzęsy. Wówczas Erast Pietrowicz zobaczył, że przy tablicy stoi lady Astair ze wskaźnikiem w ręku, a wtedy wszystko się wyjaśniło: to była najnowsza metoda wychowawcza, w myśl której chłopców i dziewczynki kształci się razem. No i bardzo dobrze. Lady Astair jak gdyby odgadła jego myśli, bo uśmiechnęła się smutno i powiedziała: „To nie jest koedukacja, to moja klasa sierotek. Wszyscy jesteście sierotkami, ja zaś powinnam wyprowadzić was na właściwą drogę”. „Przepraszam, milady”, zdziwił się Fandorin, „ale ja z całą pewnością wiem, że Lizetka nie jest sierotą, tylko córką rzeczywistego tajnego radcy”. „Ah, my sweet boy”, jeszcze smutniej uśmiechnęła się milady. „Jest niewinną ofiarą, a to tyle co sierotka”. Ten straszny, który siedział z przodu, powoli się odwrócił, utkwił w Fandorinie przezroczyste białe oczy i wyszeptał: „Ja, Azazel, też jestem sierotą”. Potem mrugnął porozumiewawczo i całkiem już się rozzuchwalony powiedział głosem Iwana Francewicza: „I dlatego, mój młody przyjacielu, będę musiał pana zabić, nad czym szczerze ubolewam... Ej, Fandorin, niech pan nie siedzi jak kloc. Fandorin!”.

– Fandorin! – Ktoś szarpał za ramię nękanego koszmarami Erasta Pietrowicza. – Już rano, niech się pan obudzi!

Ocknął się, zerwał, potrząsnął głową. Okazało się, że spał w gabinecie szefa, zmorzyło go, gdy siedział za biurkiem. Poprzez rozsunięte zasłony wlewał się do środka blask poranka, a obok biurka stał Iwan Francewicz, z jakiegoś powodu w stroju mieszczanina: w czapce z sukiennym daszkiem, marszczonym kaftanie i oblepionych błotem butach z cholewami w harmonijkę.

– Cóż to, zemdlał pan, nie mógł się doczekać? – spytał wesoło szef. – Pardon za tę maskaradę, w nocy musiałem niezwłocznie wyjść. Niechże się pan umyje, dość tego mrugania oczami. Naprzód marsz!

Kiedy Fandorin poszedł się myć, zaczął odtwarzać w pamięci wydarzenia minionej nocy. Przypomniał sobie, jak z domu Ipolita gnał na złamanie karku, jak wskoczył do dorożki i kazał drzemiącemu dryndziarzowi jechać w te pędy na Miasnicką. Tak mu się spieszyło, żeby opowiedzieć szefowi o sukcesie. Ale Brillinga nie zastał na miejscu. Załatwił najpierw pewną niecierpiącą zwłoki sprawę, a potem usiadł w gabinecie i czekał. Nawet nie zauważył, jak zapadł w sen.

Kiedy wrócił do gabinetu, Iwan Francewicz, już przebrany w jasny garnitur bez kamizelki, pił herbatę z cytryną. Naprzeciwko, na srebrnej podstawce, stała jeszcze jedna szklanka, na tacy leżały obwarzanki i podłużne bułeczki.

– Zjedzmy śniadanie – zaproponował szef. – A przy okazji porozmawiajmy. Znam w ogólnym zarysie pańskie nocne przygody, o to i owo chciałbym jednak zapytać.

– Skąd pan zna? – zasmucił się Erast Pietrowicz, który już rozkoszował się wrażeniem, jakie zrobi swoją opowieścią, choć Bogiem a prawdą zamierzał opuścić pewne szczegóły.

– U Zurowa był mój agent. Już mija godzina, odkąd wróciłem, a nie miałem sumienia pana budzić. Siedziałem, czytałem raport. Zajmująca lektura.

Poklepał ręką drobno zapisane kartki.

– Agent niezły, ale strasznie kwieciście pisze. Uroił sobie, że ma talent literacki, pisuje do gazetek pod pseudonimem „Ostrojewski”, marzy o karierze cenzora. Niech pan słucha, to pana zaciekawi. Gdzież to... Aha, tutaj. „Opis obiektu. Nazwisko: Erazm von Dorn albo von Doren (dokładnie trudno ustalić). Wiek: nie więcej niż dwadzieścia lat. Portret słowny: wzrost dwa arszyny osiem werszków; budowa ciała chuda; włosy czarne proste; brody i wąsów nie ma i nie sądzę, żeby się golił; oczy błękitne, wąsko osadzone, w kącikach lekko skośne; skóra biała, czysta; nos cienki, prawidłowy; uszy przyciśnięte do czaszki, nieduże, z krótkimi płatkami. Cecha szczególna: z policzków nie schodzi mu rumieniec. Spostrzeżenia własne: typowy przedstawiciel zepsutej i rozwydrzonej młodzieży, mający wybitne zadatki na awanturnika. Po wyżej opisanych wydarzeniach oddalił się z Graczem do gabinetu wymienionego. Rozmawiali dwadzieścia dwie minuty. Mówili cicho, z pauzami. Zza drzwi prawie nic nie było słychać, ale wyraźnie rozpoznałem słowo «opium» i jeszcze coś o ogniu. Uznałem za niezbędne przeniesienie obserwacji na von Dorna, jednakże ten oczywiście mnie rozpoznał, bardzo sprytnie się oderwał i odjechał dorożką. Proponuję...”. No, dalej już nic ciekawego. – Szef z zainteresowaniem popatrzył na Erasta Pietrowicza. – No i co tam panu powiedział o tym opium? Proszę mnie nie dręczyć, umieram z ciekawości.

Fandorin krótko wyłożył sedno rozmowy z Ipolitem i pokazał list. Brilling wysłuchał jak najuważniej, zadał kilka uściślających pytań i umilkł, kierując wzrok w stronę okna. Pauza trwała długo, z dobrą minutę. Erast Pietrowicz siedział cicho, bał się zakłócić bieg myśli szefa, choć miał też własną opinię.

– Jestem z pana bardzo zadowolony, Fandorin – rzekł szef, wróciwszy do życia. – Zademonstrował pan imponującą efektywność. Po pierwsze, jest zupełnie oczywiste, że Zurow nie ma nic wspólnego z morderstwem i ani przypuszcza, czym się pan zajmuje. Czyż inaczej dałby panu adres Amalii? To uwalnia nas od wersji trzy. Po drugie, sprawę Bieżeckiej posunął pan daleko naprzód. Teraz wiemy, gdzie szukać tej pani. Brawo! Trzech wolnych agentów, w tej liczbie i pana, zamierzam włączyć do wersji cztery, która wydaje mi się podstawowa. Pokazał palcem tablicę, gdzie w czwartym kółku widniały napisane kredą litery „NO”.

– To znaczy jak? – zaniepokoił się Fandorin. – Pozwoli pan jednak, szefie...

– Minionej nocy udało mi się natrafić na bardzo nęcący ślad, który prowadzi na pewne podmoskiewskie letnisko – oświadczył Iwan Francewicz z wyraźnym zadowoleniem (to wyjaśniło zagadkę ubłoconych butów). – Zbierają się tam rewolucjoniści, w dodatku bardzo niebezpieczni. Stamtąd trop wiedzie chyba do Achtyrcewa. Popracujemy nad tym. Wszyscy ludzie będą mi potrzebni tutaj. A wersja Bieżeckiej, jak sądzę, pozbawiona jest perspektyw. W każdym razie nie ma z nią gwałtu. Poślemy kanałami dyplomatycznymi zapytanie do Anglików, poprosimy, żeby zatrzymali tę miss Olsen do wyjaśnienia, i po kłopocie.

– Ależ właśnie tego w żadnym wypadku nie należy czynić! – wykrzyknął Fandorin, i to tak porywczo, że zdetonował Iwana Francewicza.

– Dlaczegóż to?

– Czyżby pan nie widział, że wszystko tutaj schodzi się w jednym punkcie?! – Erast Pietrowicz zaczął mówić bardzo szybko, bojąc się, żeby mu nie przerwano. – Co do nihilistów, nie wiem, bardzo możliwe, doceniam wagę sprawy, ale tutaj też mamy sprawę, i to wagi państwowej! Niech pan popatrzy. Iwanie Francewiczu, jaki obraz się rysuje. Bieżecka ukryła się w Londynie – to raz. – Sam nawet nie zauważył, jak przejął manierę szefa. – Za starszego lokaja ma Anglika, w dodatku mocno podejrzanego, taki zarżnie człowieka i nawet okiem nie mrugnie – to dwa. Białooki, który zabił Achtyrcewa, mówił z akcentem i też przypomina Anglika – to trzy. Teraz cztery: lady Astair jest oczywiście istotą wielce szlachetną, ale też Angielką, a majątek Kokorina, cokolwiek powiemy, trafił do niej! Przecież to jasne, że Bieżecka specjalnie nakłaniała swoich adoratorów, żeby sporządzili testament na korzyść lady Astair!

– Stop, stop! – Brilling się zmarszczył. – Do czego pan właściwie zmierza? Chodzi o szpiegostwo?

– Ależ to oczywiste! – Erast Pietrowicz klasnął w dłonie. – Angielskie intrygi. Sam pan wie, jakie mamy teraz stosunki z Anglią. Niczego złego nie chciałbym powiedzieć o lady Astair, ona z całą pewnością nie wie o niczym, ale jej instytucję można wykorzystać jako przykrywkę, jako konia trojańskiego, żeby przeniknąć do Rosji!

– No tak. – Szef uśmiechnął się ironicznie. – Królowej Wiktorii i panu Disraelemu mało było złota Afryki i diamentów Indii, zachciało im się jeszcze fabryki sukiennej Piotrusia Kokorina i dwustu włók ziemi Nikołki Achtyrcewa.

Dopiero wówczas Fandorin wyjawił swój główny atut.

– Nie fabryki i nawet nie pieniędzy! Pamięta pan opis majątku? Ja też nie od razu zwróciłem na to uwagę! Obok innych przedsiębiorstw Kokorin miał stocznię w Libawie, a w niej składane są też wojskowe zamówienia – zasięgnąłem informacji.

– Kiedy zdążył pan to zrobić?

– Kiedy czekałem na pana. Posłałem zapytanie do ministerstwa marynarki wojennej. Tam też mają nocne dyżury.

– No, no, i co dalej?

– A to, że Achtyrcew oprócz ziemi, domów i kapitałów miał jeszcze szyby naftowe w Baku, w spadku po ciotce. Przecież czytałem w gazetach, że Anglicy marzą o tym, by się dobrać do nafty kaspijskiej. A tu proszę, jest sposób jak najbardziej legalny! No i rzecz pomyślana bez pudła: albo stocznia w Libawie, albo nafta, w obu wypadkach coś Anglikom skapnie! Jak pan chce. Iwanie Francewiczu – rozgorączkował się Fandorin – ale ja tego tak nie zostawię. Wszystkie pańskie zadania wykonam, ale po służbie sam będę drążył tę sprawę. I dojdę do prawdy!

Szef znowu spojrzał w okno, tym razem milcząc dłużej niż poprzednio. Erasta Pietrowicza aż skręcało, mężnie jednak nie przerywał tego milczenia.

W końcu Brilling westchnął i przemówił – powoli, z przerwami, coś jeszcze obmyślając.

– Najpewniej to bzdura. Edgar Poe, Eugeniusz Sue. Przypadkowe zbieżności. Chociaż co do jednego ma pan rację: nie będziemy się zwracać do Anglików... Przez naszą rezydenturę w londyńskiej ambasadzie też nie można. Jeśli pan się myli a myli się pan z całą pewnością – wyjdziemy na kompletnych głupców. Jeśli zaś przyjmiemy, że ma pan rację, ambasada tak czy owak nic nie pomoże: Anglicy ukryją Bieżecką albo odpowiedzą byle co... A i ręce nasi dyplomaci mają związane – za bardzo są na widoku... Postanowione! – Iwan Francewicz energicznie machnął pięścią. – Jasne, Fandorin, że przydałby mi się pan i tutaj, ale jak mówi lud: serce nie sługa. Czytałem dossier, wiem, że włada pan nie tylko francuskim i niemieckim, ale i angielskim. Bóg z panem, proszę jechać do Londynu do swojej femme fatale. Instrukcji nie daję, wierzę w pańską intuicję. Tam w poselstwie mam pewnego człowieczka, nazywa się Pyżow. Pracuje, podobnie jak pan, jako skromny kancelista, ale zajmuje się innymi sprawami. W ministerstwie spraw zagranicznych jest sekretarzem gubernialnym, u nas jednak ma inną, wyższą rangę. To osobnik o wszechstronnych talentach. Jak pan przyjedzie, proszę iść od razu do niego. Jest dosyć obrotny. Nawiasem mówiąc, nie mam wątpliwości, że jedzie pan na próżno, ale ostatecznie zdobył pan sobie prawo do błędu. Obejrzy pan Europę, przejedzie się za państwowe pieniądze. Chociaż teraz, jak się zdaje, ma pan własne środki. – Szef zerknął na leżący na krześle tobół.

Erast Pietrowicz ocknął się, zakłopotany tym, co usłyszał.

– Przepraszam, to moja wygrana. Dziewięć tysięcy sześćset rubli, podliczyłem. Chciałem oddać w kasie, ale była zamknięta.

– A niechże go! – machnął nań ręką Brilling. – Czyś pan oszalał? I cóż według pana miałby napisać kasjer w księdze rachunkowej? Przychód: wygrana w sztosa rejestratora kolegialnego Fandorina? Hmm... zaraz. Niepoważnie jakoś wysyłać rejestratora z misją za granicę.

Usiadł przy biurku, umoczył pióro w kałamarzu i zaczął pisać, mówiąc na głos:

– A więc tak. „Pilne. Do rąk własnych Jaśnie Oświeconego Księcia Michaiła Aleksandrowicza Korczakowa. Kopia dla generała-adiutanta Ławrientija Arkadjewicza Mizinowa. Wasza Książęca Mość, dla dobra znanej Księciu sprawy, a także w uznaniu wyjątkowych zasług, proszę poza wszelką kolejnością i z pominięciem wysługi lat mianować rejestratora kolegialnego Erasta Pietrowicza Fandorina...”. Ej, było nie było, od razu tytularnym. Też oczywiście płotka, ale zawsze... „...radcą tytularnym. Proszę również przyjąć tymczasowo Fandorina do ministerstwa spraw zagranicznych na stanowisko kuriera dyplomatycznego pierwszej kategorii”. Żeby pana na granicy nie zatrzymali – wyjaśnił Brilling. – Dobrze, data, podpis. Zresztą, rzeczywiście po drodze rozwiezie pan pocztę dyplomatyczną: do Berlina, Wiednia, Paryża. Dla konspiracji, żeby nie wywoływać zbędnych podejrzeń. Ma pan jakieś zastrzeżenia? – Oczy Iwana Francewicza błysnęły łobuzersko.

– Nie mam – wyszeptał Erast Pietrowicz, nie nadążając myślą za wydarzeniami.

– A z Paryża, już incognito, przeprawi się pan do Londynu. Jak się ten hotel nazywa?

– „Winter Queen”, „Królowa Zimy”.

Rozdział dziesiąty,

w którym figuruje granatowa teczka

Pod wieczór dwudziestego ósmego czerwca według kalendarza zachodniego, a według rosyjskiego – szesnastego, przed hotelem „Winter Queen” przy Grey Street zatrzymała się wynajęta kareta. Stangret w cylindrze i białych rękawiczkach zeskoczył z kozła, opuścił schodki i z ukłonem otworzył lakierowane drzwi z napisem:


DUNSTER & DUNSTER

SINCE 1848

LONDON REGAL TOURS


Z karety wysunął się najpierw safianowy, podkuty srebrnymi gwoździkami but, a potem na trotuar zgrabnie wyskoczył przystojny młody dżentelmen w tyrolskim kapeluszu z piórkiem i szerokim alpejskim płaszczu, z gęstymi wąsami, które przedziwnie kłóciły się z jego świeżą fizjonomią. Młody człowiek rozejrzał się dokoła, zobaczył cichą, absolutnie zwyczajną uliczkę i nie bez wzruszenia zapatrzył się na budynek hotelu. Był to wolno stojący, równie zwyczajny trzypiętrowy dom w stylu georgiańskim, wyraźnie pamiętający lepsze czasy.

Dżentelmen zwlekał chwilę, po czym rzekł po rosyjsku:

– Ej, było nie było.

Po tej zagadkowej frazie wszedł po schodach i wkroczył do holu.

Dokładnie w następnej sekundzie z przeciwległego pubu wyszedł człowiek w czarnym płaszczu, nasunął na oczy wysoki kaszkiet z błyszczącym daszkiem i zaczął się przechadzać przed wejściem do hotelu.

Aliści ów interesujący fakt uszedł uwagi przyjezdnego, który stał już przy kontuarze i oglądał wyblakły portret jakiejś średniowiecznej damy ze wspaniałym żabotem, najpewniej właśnie owej „Królowej Zimy”. Drzemiący za kontuarem portier powitał cudzoziemca dosyć obojętnie, kiedy jednak zobaczył, że ten daje całego szylinga boyowi, który jedynie wniósł sakwojaż, pozdrowił gościa ponownie, o wiele serdeczniej, tym razem tytułując go nie zwyczajnie sir, ale your honour.

Młody człowiek spytał, czy są wolne pokoje, zażądał najlepszego, z gorącą wodą i gazetami, po czym wpisał się do księgi gości jako Erazmus von Dorn z Helsingsforsu. Następnie portier, nie wiadomo z jakiej racji, dostał półsuwerena, zaczął więc do szalonego cudzoziemca zwracać się your lordship.

Tymczasem „pana von Dorna” ogarniały wątpliwości nie na żarty. Nie sposób było sobie wyobrazić, żeby Amalia Kazimirówna zatrzymała się w tym trzeciorzędnym hotelu. Coś tu się wyraźnie nie zgadzało.

Skonsternowany, zapytał wprost zginającego się w kornym ukłonie portiera, czy nie ma w Londynie innego hotelu o tej samej nazwie, i został solennie zapewniony, że nie tylko nie ma, ale nigdy nie było, jeśli nie liczyć owej „Winter Queen”, która niegdyś tutaj stała i ponad sto lat temu doszczętnie spłonęła.

Czyżby wszystko miało pójść na marne – i dwudziestodniowa podróż po Europie, i przyklejone wąsy, i szykowny powóz wynajęty na dworcu Waterloo zamiast zwyczajnego cab, a wreszcie niepotrzebnie wydany półsuweren?

No, już ty mi, kochaneczku, odpracujesz ten haracz – pomyślał Erast Pietrowicz (tak go, nie zważając na incognito, będziemy nazywać).

– Powiedzcie no mi, przyjacielu, czy nie zatrzymywała się tu pewna osoba, niejaka miss Olsen? – spytał z udawaną nonszalancją, opierając się łokciami o kontuar.

Odpowiedź, aczkolwiek w pełni zgodna z przewidywaniami, sprawiła, że serce Fandorina ścisnął smutek.

– Nie, milordzie, lady o takim nazwisku nie mieszkała u nas i nie mieszka.

Dostrzegłszy wyraźny zawód w oczach gościa, portier zrobił efektowną pauzę, po czym głosem niewiniątka oświadczył:

– Wszelako nazwisko wymienione przez jaśnie wielmożnego pana nie jest mi całkiem obce.

Erast Pietrowicz pochylił się na bok i wyjął z kieszeni jeszcze jedną złotą monetę.

– Mówcie.

Portier nachylił się do przodu i roztaczając zapach taniej wody kolońskiej, szepnął:

– Na nazwisko tej osoby przychodzi poczta. Co wieczór o dziesiątej zjawia się niejaki mister Morbid, z wyglądu sługa albo starszy lokaj, i odbiera listy.

– Taki olbrzym z dużymi jasnymi bokobrodami, sprawiający wrażenie, że nigdy w życiu się nie uśmiechnął? – spytał szybko Erast Pietrowicz.

– Tak, milordzie, to on.

– I często te listy przychodzą?

– Często, milordzie, prawie codziennie, zdarza się nawet, że niejeden. Dzisiaj na przykład – portier obejrzał się wymownie na szafę z przegródkami – aż trzy.

Aluzja została podchwycona.

– Zerknąłbym na koperty, tak z ciekawości – powiedział Fandorin, stukając o kontuar kolejnym półsuwerenem.

Oczy portiera zapłonęły gorączkowym blaskiem: wszystko to było czymś nieprawdopodobnym, niedostępnym rozumowi, lecz nadzwyczaj miłym.

– W zasadzie jest to najsurowiej zabronione, milordzie, ale... Jeżeli tylko zerknąć na koperty...

Erast Pietrowicz chciwie złapał listy, czekało go jednak rozczarowanie: na kopertach nie było adresu nadawcy. Zdaje się, że trzecią monetę wydał na darmo. Chociaż szef sankcjonował wszelkie wydatki „w granicach rozsądku i dla dobra sprawy”... A co tam jest na pieczęciach?

Stemple dały Fandorinowi do myślenia: jeden list był ze Stuttgartu, drugi z Waszyngtonu, a trzeci z Rio de Janeiro. No, proszę!

– I od dawna miss Olsen dostaje tutaj korespondencję? – spytał Erast Pietrowicz, obliczając w myślach, jak długo płyną listy przez ocean. No i przecież trzeba było jeszcze przekazać tutejszy adres do Brazylii! Dziwna sprawa. Przecież Bieżecka mogła przybyć do Anglii najwcześniej przed trzema tygodniami.

Odpowiedź była zaskakująca:

– Od dawna, milordzie. Kiedy zacząłem tutaj pracować... to jest cztery lata temu... listy już przychodziły.

– Jak to?! Nie mylicie się?

– Zapewniam pana, milordzie, tylko że mister Morbid służy u miss Olsen niedługo, chyba od początku lata. W każdym razie przed nim po korespondencję przychodził mister Mobius, a jeszcze wcześniej mister... mm, proszę wybaczyć, zapomniałem, jak się nazywał. Był to dżentelmen niepozorny i też nie nazbyt rozmowny.

Erastowi Pietrowiczowi strasznie chciało się zajrzeć do środka. Spojrzał badawczo na informatora. Chyba się nie oprze. Ale świeżo upieczonemu radcy tytularnemu i kurierowi dyplomatycznemu przyszedł nagle do głowy lepszy pomysł.

– Mówicie zatem, że ów mister Morbid przychodzi każdego wieczoru o dziesiątej?

– Jak w zegarku, milordzie.

Erast Pietrowicz wyłożył na kontuar czwartego półsuwerena i nachyliwszy się, zaczął uszczęśliwionemu portierowi szeptać coś na ucho.


Czas, jaki pozostał do dziesiątej, nasz bohater wykorzystał możliwie najproduktywniej.

Przede wszystkim nasmarował i załadował swego kurierskiego colta. Następnie udał się do łazienki i naciskając na przemian pedały zimnej i gorącej wody, w ciągu jakichś piętnastu minut napełnił wannę. Kąpielą rozkoszował się przez pół godziny, a kiedy woda ostygła, plan dalszych działań był już całkowicie gotowy. Fandorin znowu przykleił wąsy, przejrzał się w lustrze i ubrał jak zwykły Anglik: czarny cylinder, czarna marynarka, czarne spodnie, czarny krawat. W Moskwie wzięto by go pewnie za karawaniarza, lecz w Londynie powinien stać się niewidzialny. A i w ciemnościach będzie jak; znalazł: przykryje się klapami koszulę na piersi, podciągnie mankiety i pogrąży w objęciach nocy, co dla planu było niezmiernie ważne.

Pozostało jeszcze półtorej godziny na przechadzkę i zapoznanie się z okolicą. Erast Pietrowicz skręcił z Grey Street w szeroką, pełną powozów ulicę i prawie od razu znalazł się przed sławnym teatrem „Old Vic”, szczegółowo opisanym w przewodniku. Przeszedł się jeszcze trochę i – o dziwo! – zobaczył znajome zarysy dworca Waterloo, skąd kareta wiozła go do „Królowej Zimy” dobre czterdzieści minut; łajdak stangret wziął zaś pięć szylingów za kurs. A potem ukazała się szara, nieprzyjazna o zmierzchu Tamiza. Patrząc na jej brudne wody, Erast Pietrowicz skulił się i z jakiegoś powodu ogarnęło go ponure przeczucie. W tym obcym mieście w ogóle czuł się nieswojo. Napotkani ludzie spoglądali gdzieś obok, nikt nie popatrzył mu w twarz, co – jak zapewne potwierdzi czytelnik rosyjski – w Moskwie byłoby absolutnie nie do pomyślenia. Mimo to jednak nie opuszczało Fandorina dziwne wrażenie, że w plecy wbija mu się czyjś nieżyczliwy wzrok. Kilka razy młody człowiek się obejrzał i kilka razy mu się wydało, że za słupem ogłoszeniowym schowała się jakaś postać w czerni. Wówczas wziął się w garść, zwymyślał za podejrzliwość i więcej już się nie odwracał. Te przeklęte nerwy! Nawet się zawahał, czy nie odłożyć wykonania planu do jutrzejszego wieczoru. Wtedy będzie można pójść rano do ambasady i spotkać się z tajemniczym kancelistą Pyżowem, o którym wspominał szef. Ale tchórzliwa ostrożność to rzecz godna pogardy, a i tracić czasu Fandorin nie miał ochoty. I tak już bez mała trzy tygodnie zmarnował na błahostki.

Podróż po Europie okazała się nie tak przyjemna, jak przypuszczał wniebowzięty z początku Fandorin. Terytorium, które leżało na zachód od granicznego Wierzbołowa, uderzyło go brakiem podobieństwa do skromnych ojczystych przestrzeni. Erast Pietrowicz patrzył przez okno wagonu i ciągle czekał, kiedy skończą się czyściutkie wioski i miasteczka jak zabawki, a zacznie normalny krajobraz. W miarę jednak jak pociąg oddalał się od rosyjskiej granicy, domki robiły się bielsze, a miasteczka bardziej malownicze. Fandorinowi było coraz markotniej, lecz nie pozwalał sobie na mazgajstwo. Ostatecznie – rozmyślał – nie wszystko złoto, co się świeci, ale w duszy poczuł wszakże pewną melancholię.

Potem jakoś przywykł i odtąd mu się wydawało, że w Moskwie nie jest o wiele brudniej niż w Berlinie, a Kreml i złote kopuły cerkwi mają Rosjanie takie, o jakich Niemcom nawet się nie śniło. Męczyło go co innego: attaché wojskowy ambasady rosyjskiej, któremu oddał opieczętowany pakiet, nie pozwolił mu jechać dalej, tylko kazał czekać na tajną korespondencję adresowaną do Wiednia. Czekanie trwało cały tydzień, aż Erastowi Pietrowiczowi obrzydły wędrówki po cienistej Unter den Linden i zachwyty nad utuczonymi łabędziami w berlińskich parkach.

To samo powtórzyło się w Wiedniu, tyle że teraz stracił pięć dni, a pakiet przeznaczony był dla agenta wojskowego w Paryżu. Erast Pietrowicz denerwował się, że „miss Olsen”, nie doczekawszy się słówka od swego Ipolita, opuści hotel i przepadnie na zawsze. Zdenerwowany, przesiadywał godzinami w kawiarniach, jadł mnóstwo rogalików z migdałami i litrami pił crème-soda.

Za to w Paryżu wziął inicjatywę w swoje ręce: do przedstawicielstwa Rosji wstąpił na pięć minut, wręczył papiery tamtejszemu pułkownikowi, oświadczając stanowczo, że ma zadanie specjalne i zatrzymać się nie może nawet na godzinę. Karząc się za bezowocnie stracone dni, nie zwiedził nawet Paryża, tylko przejechał się fiakrem nowymi, dopiero co poprowadzonymi przez barona Haussmana bulwarami i... jazda na Gare du Nord! Później, w drodze powrotnej, będzie jeszcze czas i na Paryż.


Za kwadrans dziesiąta Erast Pietrowicz już siedział w foyer „Królowej Zimy”, zasłonięty numerem „Timesa” z wyciętą dziurką. Na ulicy czekał wynajęty zawczasu cab. Zgodnie z otrzymaną instrukcją portier demonstracyjnie ignorował nie po letniemu ubranego gościa, a nawet starał się patrzeć w stronę przeciwną.

Trzy minuty po dziesiątej zadźwięczał dzwonek, drzwi się i otwarty i wszedł olbrzymi mężczyzna w szarej liberii. Tak, to on, „Dżon Karłycz”! Fandorin niemal nosem dotknął strony z opisem balu u księcia Walii.

Na mister von Dorna, który tak nie w porę się zaczytał, portier zerknął wzrokiem złodziejaszka i w dodatku, nikczemnik, poruszył kudłatymi brwiami, ale śledzony obiekt na szczęście tego nie zauważył, czy też uznał, że nie przystoi mu odwracać głowy.

Cab bardzo się przydał. Okazało się bowiem, że majordomus nie przyszedł piechotą, tylko przyjechał „egoistką” – jednomiejscową kolaską, do której był zaprzężony tęgi wrony koń. Przydał się i deszczyk, który zaczął siąpić: „Dżon Karłycz” podniósł skórzany dach i teraz mimo najszczerszych chęci nie mógłby zauważyć, że jest śledzony.

Cabman wcale się nie zdziwił, kiedy kazano mu jechać za człowiekiem w szarej liberii, strzelił z długiego bata i tym samym zaczęła się pierwsza część planu.

Ściemniało się. Na ulicach paliły się latarnie, ale nieznający Londynu Erast Pietrowicz bardzo szybko stracił orientację, gubiąc się w jednakowych murowanych kwartałach obcego, złowrogo milczącego miasta. Po pewnym czasie domy zrobiły się niższe i rzadsze, w mroku przepływały zarysy drzew, a po dalszych piętnastu minutach zaczęły się otoczone ogrodami wille. Przed jedną z nich „egoistka” się zatrzymała, obok niej zaś wyrosła gigantyczna sylwetka, która otworzyła wysoką okratowaną bramę. Wysunąwszy się ze swojego pojazdu, Fandorin zobaczył, jak kolaska wjeżdża za ogrodzenie. Potem brama znowu się zamknęła.

Sprytny cabman zatrzymał konia, odwrócił się i spytał:

– Czy powinienem powiadomić o tym kursie policję, sir?

– Masz tu koronę, przyjacielu, i sam rozwiąż ten problem – odpowiedział Erast Pietrowicz i zdecydował, że zwolni dorożkarza; chłopina był już nazbyt pojętny. Fandorin zresztą i tak nie wiedział, kiedy przyjdzie mu wracać. To, co go czekało, stanowiło zupełną niewiadomą.


Nietrudno było przesadzić ogrodzenie, w latach gimnazjalnych nie z takimi dawał sobie radę.

W ogrodzie straszyły go cienie i bezczelnie poszturchiwały gałęzie. Z przodu, za drzewami, niewyraźnie majaczyły zarysy piętrowego domu ze stromym dachem. Fandorin, starając się szeleścić możliwie cicho, podkradł się na kraniec zarośli (pachniało od nich bzem – pewnie więc był tam jakiś angielski bez) i zaczął rekonesans. Nie jest to taki sobie dom, tylko chyba willa. U wejścia stoi latarnia. Na parterze okna się świecą, ale tam pewnie mieszka służba. O wiele ciekawiej wygląda oświetlone okno na pierwszym (czyli, jak mówią w ojczyźnie naszego bohatera, drugim) piętrze, ale jak się tam dostać? Szczęściem niedaleko jest rynna, a mur porasta coś pnącego i na oko dającego się uchwycić. Umiejętności nabyte w niedawnym dzieciństwie znowu mogły się przydać.

Zmieniony w czarny cień Erast Pietrowicz doskoczył do ściany i potrząsnął rynną. Wyglądała na solidną i nie brzęczała. Ta ostatnia sprawa miała życiowe znaczenie, Fandorin przeto wspinał się wolniej, niż by chciał. W końcu wymacał nogą gzyms, bardzo fortunnie opasujący całe piętro, po czym, ostrożnie chwytając za bluszcz, dzikie wino, liany – diabli wiedzą, jak się nazywały te wężokształtne łodygi – drobnymi kroczkami zaczął podkradać się do upragnionego okna.

W pierwszej chwili ogarnęło go dojmujące rozczarowanie w pokoju nie zobaczył nikogo. Lampa z różowym abażurem oświetlała gustowne biurko z jakimiś papierami, w kącie, jak się zdaje, bielało łóżko. Trudno było poznać, czy to gabinet, czy sypialnia. Erast Pietrowicz odczekał pięć minut, ale nic się nie działo, tylko na lampie usiadła ćma, trzepocząc włochatymi skrzydełkami. Czyżby miał złazić z powrotem? A może zaryzykować i wedrzeć się do środka? Lekko pchnął ramę. Zawahał się, wyrzucając sobie niezdecydowanie i opieszałość, okazało się jednak, że słusznie zwlekał – drzwi się otwarły i do pokoju weszło dwoje ludzi, kobieta i mężczyzna.

Na widok kobiety Erastowi Pietrowiczowi omal nie wyrwał się triumfalny okrzyk: to była Bieżecka! Z gładko zaczesanymi czarnymi włosami, przewiązanymi jasnoczerwoną wstążką, w koronkowym peniuarze, na który narzuciła cygański szal, wydawała się oślepiająco piękna. O, takiej kobiecie wybaczyć można wszystkie przewiny!

Amalia Kazimirówna zwróciła się do mężczyzny – jego twarz pozostawała w cieniu, ale sądząc po wzroście, musiał to być mister Morbid – i powiedziała nienaganną angielszczyzną (szpieg, z pewnością szpieg!):

– Więc to na pewno on?

– Tak, madam. Bez żadnych wątpliwości

– Skąd ta pewność? Cóż to, widzieliście go?

– Nie, madam. Dzisiaj dyżurował tam Franz. Mówił, że chłopiec przyjechał o siódmej. Opis zgadza się całkowicie, nawet wąsy pani przewidziała.

Błeżecka roześmiała się dźwięcznie.

– Nie można go jednak nie doceniać, John. Chłopak należy do rasy szczęśliwców, ja ten typ ludzi znam dobrze, są nieprzewidywalni i bardzo niebezpieczni.

Erasta Pietrowicza zaczęło ściskać w dołku. Czyżby mowa była o nim? Nie, to być nie może.

– Głupstwo, madam. Niech pani tylko raczy rozporządzić... Pojedziemy z Franzem i od razu załatwimy sprawę. Pokój numer piętnaście, drugie piętro.

Ależ tak! Erast Pietrowicz zatrzymał się właśnie pod piętnastym, na drugim piętrze (tak bezsensownie mówią na Zachodzie). Tylko jak się o tym dowiedzieli?! Skąd?! Jednym ruchem, nie zważając na ból, Fandorin oderwał nieszczęsne, niepotrzebne wąsy.

Amalia Kazimirówna, czy jak tam się nazywała naprawdę, zachmurzyła się; w jej głosie zadźwięczał metal.

– Ani mi się ważcie! Sama jestem winna, sama naprawię swój błąd. Jeden jedyny raz, kiedy zaufałam mężczyźnie... Dziwi mnie tylko, dlaczego z ambasady nie doniesiono nam o jego przyjeździe.

Fandorin zamienił się w słuch. To mają nawet swoich ludzi w ambasadzie rosyjskiej! No, no! A Iwan Francewicz miał jeszcze wątpliwości! Powiedzże kto, no, dalej!

Bieżecka jednak zmieniła temat.

– Listy są?

– Dzisiaj aż trzy, madam. – Lokaj z ukłonem podał koperty.

– Dobrze, John, możecie iść spać. Nie będziecie mi już potrzebni. – Stłumiła ziewanie.

Kiedy za mister Morbidem zamknęły się drzwi, Amalia Kazimirówna niedbale rzuciła listy na biurko, sama zaś podeszła do okna. Fandorin odchylił się za występ, a serce biło mu jak szalone. Bieżecka musiała spoglądać teraz ogromnymi oczami w mżącą ciemność. Gdyby nie szyba, mógłby dotknąć Amalii. Ona zaś w zamyśleniu mruknęła po rosyjsku:

– Cóż to za nuda, Boże święty! Siedzieć tu i kisnąć...

A potem zaczęła się zachowywać bardzo dziwnie: podeszła do figlarnego kinkietu w kształcie amorka i nacisnęła palcem spiżowy pępek małoletniego boga. Wisząca obok grawiura (zdaje się, jakaś scena myśliwska) bezgłośnie usunęła się na bok, odsłaniając spiżowe drzwiczki z okrągłym uchwytem. Bieżecka wysunęła ze zwiewnego rękawa nagą szczupłą rękę, pokręciła uchwytem w jedną i drugą stronę, po czym drzwiczki otworzyły się, dźwięcząc melodyjnie. Erast Pietrowicz przycisnął nos do szyby, bojąc się przeoczyć to, co najważniejsze.

Amalia Kazimirówna, jak nigdy podobna do królowej Egiptu, przeciągnęła się z gracją i wyjęła coś z sejfu. Kiedy się odwróciła, trzymała w rękach aksamitną granatową teczkę.

Usiadła za biurkiem, wyjęła z teczki dużą żółtą kopertę, a z niej jakąś gęsto zapisaną kartkę papieru. Rozcięła nożem otrzymane listy i przepisała z nich coś na kartkę. Zajęło jej to nie więcej niż dwie minuty. Potem znowu włożyła listy i kartki do teczki, zapaliła cienkiego damskiego papierosa i parę razy głęboko się zaciągnęła, patrząc w zadumie gdzieś w przestrzeń.

Erastowi Pietrowiczowi zdrętwiała ręka, którą trzymał się pnącza, w bok wpijała mu się boleśnie rękojeść colta, a na domiar złego zaczęły doskwierać powykręcane niewygodnie stopy. Nie mógł długo wytrzymać w takim położeniu.

Kleopatra zgasiła w końcu papierosa, wstała i przeszła do odległego, słabo oświetlonego kąta pokoju; jakieś niewysokie drzwi otwarły się i znowu zamknęły, po czym dało się słyszeć szum lejącej się wody. To jasne, tam była łazienka.

Na biurku kusząco spoczywała granatowa teczka, a kobietom, jak wiadomo, wieczorna toaleta zajmuje dużo czasu... Fandorin pchnął skrzydło okna, kolanem wsparł się o parapet i wnet znalazł się w pokoju. Raz po raz spoglądając w stronę łazienki, gdzie wciąż jednostajnie szumiała woda, zaczął grzebać w teczce.

W środku znajdował się spory plik listów i owa żółta koperta. Na kopercie widniał adres:


Mr. Nicholas M. Croog, poste restante, l’Hotel des postes, S. – Petersbourg, Russie


Tak, to już coś. W środku leżały kartki, podzielone na rubryki i zapisane po angielsku dobrze znanym Erastowi Pietrowiczowi ukośnym pismem. W pierwszej kolumnie jakiś numer, w drugiej nazwa kraju, w trzeciej ranga lub stanowisko, w czwartej data, w piątej różne daty czerwcowe w porządku rosnącym. Na przykład ostatnie trzy zapisy – sądząc po atramencie, dokonane przed chwilą – wyglądały następująco:


No 1053F

Brazylia

szef ochrony osobistej

cesarza

nadano

30 maja

otrzymano

28 czerwca 1876

No 852F

Stany Zjednoczone Ameryki Północnej

zastępca przewodniczącego komisji Senatu

nadano

10 czerwca

otrzymano

28 czerwca 1876

No 354F

Niemcy

prezes sądu okręgowego

nadano

25 czerwca

otrzymano

28 czerwca 1876


Stop! Listy, które przyszły dzisiaj do hotelu na nazwisko miss Olsen, były z Rio de Janeiro, Waszyngtonu i Stuttgartu. Erast Pietrowicz pogrzebał w pliku listów i odnalazł ten z Brazylii. W środku była karteczka bez nagłówka i podpisu, ledwie jedna linijka:


30 maja, szef ochrony osobistej cesarza, 1053F


A zatem Bieżecka przepisuje w jakimś celu treść otrzymanych listów na kartki, które potem wysyła do Petersburga do jakiegoś Monsieur albo raczej Mister Nicholasa Crooga. Po co? Dlaczego do Petersburga? Cóż to wszystko w ogóle znaczy?

Pytania pchały się jedno przez drugie, ale nie czas było teraz szukać na nie odpowiedzi – woda w łazience właśnie przestała się lać. Fandorin naprędce wepchnął papiery i listy z powrotem do teczki jednak zrejterować przez okno już nie zdążył. W drzwiach stanęła i znieruchomiała szczupła biała postać.

Erast Pietrowicz wyszarpnął zza pasa rewolwer i świszczącym szeptem rozkazał:

– Pani Bieżecka, najmniejszy szmer, a zastrzelę panią! Proszę podejść tu i usiąść! Prędko!

Zbliżyła się w milczeniu, jak zaczarowana patrząc nań przepastnymi, błyszczącymi oczami, i usiadła przy biurku.

– Cóż, nie spodziewała się pani? – zapytał złośliwie Erast Pietrowicz. – Miała mnie pani za głupca?

Amalia Kazimirówna milczała, patrzyła z uwagą i lekkim zdziwieniem, jakby widziała Fandorina po raz pierwszy.

– Co oznaczają te listy? – spytał, potrząsając coltem. – Co ma z tym wspólnego Brazylia? Kto ukrywa się pod numerami? Dalej, proszę odpowiadać!

– Wydoroślałeś – powiedziała nieoczekiwanie Bieżecka cichym, pełnym zadumy głosem. – I chyba zmężniałeś.

Opuściła rękę, a peniuar spełznął z krągłego ramienia, tak białego, że Erast Pietrowicz przełknął ślinę.

– Śmiały, zadziorny głuptasek – dodała tak samo niegłośno i spojrzała mu prosto w oczy. – I bardzo, bardzo ładny.

– Jeśli zamierza mnie pani kusić, to traci pani czas – wymamrotał, czerwieniąc się. – Nie taki ze mnie głuptasek, jak się pani wydaje.

Amalia Kazimirówna mówiła ze smutkiem:

– Jest pan biednym chłopcem, który nawet nie wie, w co się wplątał. Biedny, śliczny chłopiec. Teraz już pana nie uratuję...

– Proszę lepiej pomyśleć o własnym ratunku! – Erast Pietrowicz starał się nie patrzeć na przeklęte ramię, które obnażyło się jeszcze bardziej. Czy naprawdę może istnieć taka lśniąca, śnieżnobiała skóra?

Bieżecka gwałtownie wstała, a on odskoczył, trzymając przed sobą lufę rewolweru.

– Proszę siedzieć!

– Niech pan się nie boi, głuptasie. Jakiż pan rumiany! Można dotknąć?

Wyciągnęła rękę i lekko dotknęła palcami jego policzka.

– Gorący... Cóż mam z panem począć?

Drugą rękę delikatnie położyła na palcach ściskających rewolwer. Matowe, nieruchome oczy znalazły się tak blisko, że Fandorin zobaczył w nich dwa małe odbicia różowej lampy. Dziwna bierność ogarnęła młodego człowieka: przypomniał sobie, jak Ipolit ostrzegał go, nazywając ćmą, ale myśl ta była jakaś daleka, jak gdyby dotyczyła nie jego.

A oto co stało się potem. Lewą ręką Bieżecka odsunęła colta na bok, prawą chwyciła Erasta Pietrowicza za kołnierz i pociągnęła do siebie, równocześnie uderzając go czołem w nos. Ostry ból oślepił Fandorina, który zresztą i tak nic by nie zobaczył, bo lampa z łoskotem spadła na podłogę, po czym zapadły naprawdę egipskie ciemności. Po następnym ciosie, kolanem w pachwinę, młody człowiek zgiął się wpół, kurczowo zacisnął palce, a pokój został oświetlony błyskiem, wypełniony hukiem wystrzału. Amalia chciwie wciągnęła powietrze, ni to zaszlochała, ni to krzyknęła, a potem nikt już nie zadawał Erastowi Pietrowiczowi ciosów, nikt nie ściskał mu nadgarstka. Rozległ się odgłos padającego ciała. W uszach dźwięczało, po podbródku dwoma strumieniami ściekała krew, z oczu lały się łzy, a podbrzusze bolało tak okropnie, że chciało się tylko jednego: zwinąć w kłębek i przeczekać, przecierpieć, przejęczeć ten nieznośny ból. Ale nie było czasu na lamenty – z dołu dobiegały donośne głosy, dudniły czyjeś kroki.

Fandorin złapał ze stołu teczkę, wyrzucił ją przez okno, przelazł przez parapet i o mało nie spadł, bo w dłoni ciągle jeszcze trzymał rewolwer. Nie pamiętał, jak zszedł po rynnie, bardzo się bał, że w ciemnościach nie znajdzie teczki, ale ta na białym żwirze była doskonale widoczna. Erast Pietrowicz podniósł ją i pobiegł przez zarośla, mamrocząc w pędzie: „Ładny kurier dyplomatyczny... Zabił kobietę... Boże, co robić, co robić?... Sama jest winna... Ja wcale nie chciałem... Dokąd teraz... Policja będzie szukać... Albo ci... Morderca... Do ambasady nie można... Szybko uciekać z Anglii... Też nie można... Będą szukali... Na dworcach, w portach... Całą ziemię przekopią, żeby odzyskać teczkę... Ukryć się... Boże, Iwanie Francewiczu, co tu robić, co robić?”. Obejrzał się w biegu i zobaczył coś takiego, że potknął się i omal nie upadł. W krzakach stała nieruchoma czarna postać w długim płaszczu. W świetle księżyca bielała zdumiona, dziwnie znajoma twarz. Hrabia Zurow!

Oszalały Erast Pietrowicz wydał w końcu z siebie jakiś krótki skowyt, przeskoczył ogrodzenie, rzucił się w prawą stronę, potem w lewą (skąd przyjechał ten cab?), ale ostatecznie uznał, że to wszystko jedno, i pobiegł na prawo.

Rozdział jedenasty,

w którym opisana jest bardzo długa noc

Na Psiej Wyspie, w wąskich uliczkach za dokami Millwall, noc zapada szybko. Ani się człowiek obejrzy, jak zmrok z szarego staje się brunatny. Z nielicznych latarni rzadko która się świeci. Brudno, posępnie, od Tamizy ciągnie wilgocią, od śmietników zgnilizną. No i pusto na ulicach, tylko w pobliżu podejrzanych pubów i tanich hotelików kłębi się jakieś niegodziwe, niebezpieczne życie.

W „Ferry Road” mieszkają zmustrowani marynarze, drobni aferzyści i starzejące się dziwki portowe. Jak płacisz, człowieku, sześć pensów dziennie, to mieszkaj sobie w osobnym pokoiku z łóżkiem, a nikt nie będzie się mieszał do twoich spraw. Ale umowa jest umową: za zniszczenie mebli, bójkę i krzyki po nocach gospodarz, Tłusty Hugh, pobierze od ciebie szylinga kary. A kto nie zechce płacić, tego przepędzi na cztery wiatry. Tłusty Hugh od rana do wieczora siedzi za kantorkiem przy wejściu. To miejsce strategiczne: widać, kto przyszedł, kto wyszedł, kto co przyniósł, albo przeciwnie, chce wynieść. Ludzie są tu rozmaici, zdolni do wszystkiego.

O, na przykład rudy, kudłaty malarz Francuz. Dopiero co przemknął koło gospodarza do pokoju w samym rogu. Pieniądze żabojad ma; zapłacił bez gadania za tydzień naprzód, nie pije, zamknął się i siedzi, teraz po raz pierwszy wyszedł. Hugh, ma się rozumieć, wykorzystał okazję, zajrzał do pokoju – i co myślicie? Malarz, a w pokoju nie ma żadnych farb ani sztalug! Może to jakiś morderca, kto go tam wie – inaczej po co chowałby oczy za ciemnymi szkłami? Powiedzieć konstablowi, co? Pieniądze przecież zapłacone z góry...

A rudy malarz, nie wiedząc wcale, jak niebezpieczny kierunek obrały myśli Tłustego Hugh, zamknął drzwi na klucz i zaczął się zachowywać rzeczywiście więcej niż podejrzanie. Najpierw dokładnie zaciągnął zasłonki. Potem wyłożył na stół zakupy – bułkę, ser i butelkę porteru, wyjął zza pasa rewolwer i wsunął pod poduszkę. Na tym rozbrojenie się nie skończyło. Francuz wyciągnął zza cholewy derringera – jednostrzałowy pistolecik, jakiego zazwyczaj używają panie i zabójcy polityczni – i położył tę zabawkę koło butelki porteru. Z rękawa wysunął wąski krótki sztylet i wbił go w bułkę. Dopiero po tych czynnościach zapalił świecę, zdjął granatowe okulary i zmęczonym gestem przetarł oczy. Spojrzał na okno, żeby sprawdzić, czy zasłony się nie odchyliły, po czym zerwał z głowy perukę. Okazało się że to ni mniej, ni więcej, tylko Erast Pietrowicz Fandorin.

Pan radca tytularny i zbiegły morderca uporał się z posiłkiem w pięć minut, bo widocznie miał na głowie ważniejsze sprawy. Strącił ze stołu okruchy, podszedł do stojącego w kącie obdrapanego fotela, pogmerał w jego obiciu i wyciągnął stamtąd granatową teczkę. Nie zwlekając, podjął na nowo pracę, którą zajmował się przez cały dzień i która już go doprowadziła do znaczącego odkrycia.


Po tragicznych wydarzeniach minionej nocy Erast Pietrowicz zmuszony był mimo wszystko wstąpić do hotelu, żeby zabrać bodaj pieniądze i paszport. Niech teraz kochany przyjaciel Ipolit, łajdak, judasz, szuka ze swoimi fagasami „Erazmusa von Dorna” po dworcach i portach. Kogo zainteresuje biedny francuski malarz, który zamieszkał wśród najgorszych londyńskich ruder? No, a że przyszło mu jednak zaryzykować i dokonać wypadu na pocztę, to nie bez szczególnej przyczyny. Ale ten Zurow! Jego rola w całej historii była nie do końca jasna, choć tak czy inaczej – niechlubna. Nie taki prostolinijny pan hrabia, jak się wydawało. Dziarski huzar, szczera dusza... kreśli nie lada zawijasy. Jak sprytnie podsunął adres, jak wszystko przewidział! Jednym słowem, mistrz! Wiedział, że głupi kiełbik złapie się na haczyk, połknie go razem z przynętą. Albo nie, jaśnie oświecony porównywał go raczej do ćmy. Poleciała ćma do ognia, poleciała jak głupia. Omal nie spłonęła, no i ma za swoje. Przecież było oczywiste, że Bieżecką i Ipolita łączy jakaś afera. Tylko taki romantyczny bałwan jak radca tytularny (który, nawiasem mówiąc, otrzymał tę rangę kosztem innych, godniejszych jej ludzi) mógł na serio uwierzyć w fatalną namiętność w hiszpańskim stylu. I jeszcze zawracał głowę Iwanowi Francewiczowi! Taki wstyd! Cha, cha! Pięknie mówił Ipolit Aleksandrowicz: „Kocham ją, wiedźmę, i boję się jej, zaduszę własnymi rękami!”. Z pewnością drwił sobie ze smarkacza! No i co za jubilerska robota, nie gorzej niż wtedy, z pojedynkiem. Rachunek był prosty i bezbłędny: zajmij posterunek pod hotelem „Winter Queen” i czekaj spokojnie, aż głupia ćma o imieniu Erazm przyleci do świecy. Tutaj nie Moskwa, nie ma policji śledczej ani żandarmów, można złapać Erasta Pietrowicza gołymi rękami. A potem szukaj wiatru w polu. Czyż to nie Zurow jest owym Franzem, o którym wspominał lokaj? Ach, ci obrzydliwi konspiratorzy! Kto nimi dowodzi – Zurow czy Bieżecka? Pewnie jednak ona... Erast Pietrowicz skulił się, kiedy przypomniał sobie wydarzenia minionej nocy i żałosny okrzyk, z jakim runęła zastrzelona Amalia. Może nie jest zabita, tylko ranna? Ale bolesny chłód w okolicy serca podpowiadał Fandorinowi, że zabita: zabił piękną królową i z takim ciężarem będzie musiał żyć do końca swoich dni.

Co prawda, całkiem możliwe, że ów koniec jest już bliski. Zurow zna zabójcę, widział go. Na pewno rozesłał nagonkę po całym Londynie, po całej Anglii. Ale dlaczego nocą pozwolił mu uciec? Przestraszył się rewolweru? Zagadka...

Była wszakże i trudniejsza zagadka – zawartość teczki. Przez długi czas Fandorin w żaden sposób nie mógł dociec, co oznacza tajemnicza lista. Porównując notatki na kartkach z listami, stwierdził, że jednych i drugich było dokładnie tyle samo, przy czym wszystkie dane się zgadzały. Tyle że obok daty wymienionej w liście Bieżecka dopisywała jeszcze datę nadejścia.

Wszystkich zapisów było czterdzieści pięć. Najwcześniejszy datowany pierwszego czerwca, ostatnie trzy pojawiły się w obecności Erasta Pietrowicza. Liczby porządkowe w listach były różne: najmniejsza – No 47F (Królestwo Belgii, dyrektor departamentu, nadeszło 15 czerwca), największa – No 2347F (Włochy, porucznik dragonów, nadeszło 9 czerwca). Krajów nadania uzbierało się dziewięć. Najczęściej pojawiały się Anglia i Francja. Rosja tylko raz (No 994F, rzeczywisty radca stanu, nadeszło 26 czerwca, na kopercie stempel petersburski z 7 czerwca. Uff, żeby nie pomylić kalendarza: siódmy czerwca to w Europie będzie dziewiętnasty. No więc pewnie doszło w ciągu tygodnia). Stanowiska i rangi były przeważnie wysokie – generałowie, starsi oficerowie, jeden admirał, jeden senator, nawet jeden portugalski minister, ale trafiła się i płotka w rodzaju włoskiego porucznika, sędziego śledczego z Francji czy austro-węgierskiego kapitana straży granicznej.

W sumie wyglądało na to, że Bieżecka jest pośredniczką, ogniwem, żywą skrzynką pocztową, do jej obowiązków zaś należy rejestracja wpływających wiadomości i przekazywanie ich dalej – oczywiście do Nicholasa Crooga w Petersburgu. Sensownie będzie więc przyjąć, że wykazy posyłano raz w miesiącu. Pewne było i to, że przed Bieżecką rolę „miss Olsen” grała jakaś inna osoba, czego nie podejrzewał portier w hotelu.

Na tym kończyły się rzeczy oczywiste, na gwałt zaś potrzebna zaczynała być metoda dedukcyjna. Ej, gdyby tu był szef! Momentalnie wyliczyłby możliwe wersje i wszystko samo znalazłoby swoje miejsce. Ale szef był daleko, a wniosek nasuwał się następujący: Brilling miał rację, po tysiąckroć ją miał. Naprawdę istnieje rozgałęziona tajna organizacja obejmująca wiele krajów – to raz. Królowa Wiktoria i Disraeli nie mają z tym nic wspólnego (inaczej po co się wysyła doniesienia do Petersburga?) – to dwa. Z tymi angielskimi szpiegami Erast Pietrowicz trafił kulą w płot, bo pachnie tutaj właśnie nihilistami – to trzy. A ślad prowadzi nie gdzie indziej, tylko właśnie do Rosji, w której rodzą się najstraszniejsi i najzacieklejsi nihiliści – to cztery. I pośród nich znajduje się podły zdrajca Zurow.

No dobrze, szef ma rację, ale i Fandorin, wojażując, nie zmarnował pieniędzy. Iwanowi Francewiczowi pewnie nawet się nie śniło, z jak potężną hydrą prowadzi wojnę. To nie żadni studenci i histeryczne panienki z bombkami i pistolecikami; mamy tutaj cały tajny zakon, do którego należą ministrowie, generałowie, prokuratorzy i nawet jakiś rzeczywisty radca stanu z Petersburga!

Wtedy na Erasta Pietrowicza spłynęło olśnienie (było to już po południu). Rzeczywisty radca stanu – i nihilista? Jakoś nie chciało mu się to pomieścić w głowie. Pół biedy jeszcze z szefem ochrony cesarza brazylijskiego – Erast Pietrowicz nigdy nie był w Brazylii i nie znał tamtejszych porządków, ale rosyjskiego generała służby cywilnej z bombą jego fantazja po prostu nie potrafiła odmalować. Znał dosyć blisko pewnego rzeczywistego radcę: Fiodora Trifonowicza Siewriugina, dyrektora gimnazjum gubernialnego, w którym uczył się lat bez mała siedem. Żeby ten miał być terrorystą? Bzdura!

I nagle w Eraście Pietrowiczu zamarło serce. Żadni tam terroryści, to wszystko są poważni i godni szacunku panowie! Ofiary terroru! A nihiliści z różnych krajów, każdy zaszyfrowany pod swoim numerem, donoszą centralnemu sztabowi rewolucyjnemu o dokonanych aktach przemocy!

Chociaż nie, w czerwcu w Portugalii nikt chyba ministrów nie zabijał – niezawodnie pisałyby o tym gazety... A zatem są to kandydaci na ofiary, na pewno! „Numery” pytają sztab o pozwolenie na zamach. Tylko z powodów konspiracyjnych nie wymieniają nazwisk.

Wszystko teraz znalazło się na swoim miejscu, wszystko się wyjaśniło. Przecież Iwan Francewicz mówił o jakimś tropie, który wiódł od Achtyrcewa na podmoskiewską daczę, lecz Fandorin nie wysłuchał szefa do końca, zajęty własnymi banialukami o szpiegach.

Stop! A do czego jest im potrzebny porucznik dragonów? To już zupełna hetka-pętelka. Ależ to proste! – od razu odpowiedział sobie Erast Pietrowicz. Widocznie jakiś nieznany Włoch stanął im na przeszkodzie. Tak samo jak w swoim czasie białookiemu zbójcy stanął na drodze rejestrator kolegialny z moskiewskiej policji śledczej.

Co robić? On sobie tutaj siedzi, a tylu uczciwym ludziom grozi śmierć! Szczególnie żal było Fandorinowi nieznanego petersburskiego generała. Człowiek na pewno zacny, do tego niemłody, zasłużony, ma małe dzieci... Bardzo możliwe, że ci karbonariusze co miesiąc wysyłają swoje zbrodnicze doniesienia. Widać każdego dnia krew się leje w całej Europie! A ślad prowadzi właśnie do Pitra. Erast Pietrowicz przypomniał sobie słowa, wypowiedziane kiedyś przez szefa: „Losy Rosji zostały postawione na jedną kartę”. Ej, panie radco stanu, ej, Iwanie Francewiczu, nie tylko Rosji, ale całego cywilizowanego świata!

Musi zawiadomić kancelistę Pyżowa. Potajemnie, żeby zdrajca z ambasady nie wyniuchał. Ale jak? Przecież zdrajcą może się okazać każdy, a i niebezpieczne byłoby dla Fandorina zjawić się w pobliżu ambasady, nawet pod postacią rudego Francuza... Trzeba jednak zaryzykować. Posłać list miejską pocztą na nazwisko sekretarza gubernialnego Pyżowa, z dopiskiem „do rąk własnych”. Nic zbędnego, tylko swój adres i ukłony od Iwana Francewicza. Mądry człowiek sam wszystko zrozumie. A miejska poczta tutaj, jak mówią, doręczy list adresatowi bodaj w dwie godziny...

Tak też Fandorin uczynił i wieczorem, właśnie teraz, nasłuchiwał, czy nie rozlegnie się ostrożne pukanie do drzwi.

Ale nikt nie zapukał. Wszystko odbyło się całkiem inaczej.


Już po północy Erast Pietrowicz, dosłownie podpierając się nosem, siedział w obdrapanym fotelu, gdzie była ukryta granatowa teczka. Na stole prawie dopalała się świeca, w kątach pokoju gęstniał nieprzyjazny mrok, za oknem złowrogo pohukiwała nadciągająca burza. Powietrze było przytłaczające i duszne; rzekłbyś, że coś ciężkiego a niewidzialnego siedzi człowiekowi na piersi i nie daje zaczerpnąć powietrza. Fandorin kiwał się gdzieś na niewyraźnej granicy między jawą a drzemką. Dorzeczne myśli grzęzły raptem w jakiejś idiotycznej bredni, a wtedy nagle przytomniał i potrząsał głową, żeby otchłań snu całkiem go nie wciągnęła.

Podczas jednego z takich ocknięć zdarzyło się coś dziwnego. Najpierw rozległ się tajemniczy cienki pisk. Potem, nie wierząc własnym oczom, Erast Pietrowicz zobaczył, że klucz tkwiący w dziurce zaczyna się sam obracać. Drzwi paskudnie zaskrzypiały i wpełzły do środka, a na progu stanęła dziwaczna zjawa: mały, wątły jegomość nieokreślonego wieku o wygolonej okrągłej twarzyczce i wąskich oczach, otoczonych drobnymi zmarszczkami.

Fandorin szarpnął się, porwał ze stołu derringera, a zjawa uśmiechnęła się słodko, z zadowoleniem skinęła głową i zaczęła gruchać nadzwyczaj miłym, miodowym tenorkiem:

– Oto jestem, kochany chłopcze. Porfirij, syn Martyna, Pyżow. Sługa boży i sekretarz gubernialny. Przyleciałem na pierwszy sygnał jako wicher na zew Eola.

– Jak też otworzył pan drzwi? – wyszeptał z przestrachem Erast Pietrowicz. – Przecież pamiętam, że przekręcałem klucz dwa razy.

– Mam ci ja otwieracz magnetyczny – wyjaśnił z ochotą długo oczekiwany gość i pokazał jakąś długą sztabkę, która zresztą zniknęła zaraz w jego kieszeni. – Bardzo przydatna rzecz. Pożyczyłem u pewnego miejscowego zbójcy. Rodzaj mych zajęć zmusza mnie do obcowania z przeokropnymi osobnikami, mieszkańcami zupełnych nizin społeczeństwa. To najostatniejsi nędznicy, zapewniam pana. Tacy nawet panu Hugo się nie śnili. Ale to przecie też dusze ludzkie, i do nich można znaleźć drogę. Lubię nawet te potwory, a po trosze i kolekcjonuję. Jak mówi poeta: „Każdy człek się bawi tym, co go ciekawi, lecz śmierć nieużyta wszystkich równo chwyta”. Albo jak mówią Niemiaszki: Jedes Tierchen hat sein Plesierchen – Każde stworzenie boże zabawia się jak może.

Najwyraźniej dziwny człowieczek posiadł nadzwyczajną umiejętność mielenia językiem na dowolny temat, ale jego bystre oczka nie traciły czasu na próżno; gruntownie omiotły i samego Erasta Pietrowicza, i umeblowanie ubogiej komórki.

– Jestem Erast Pietrowicz Fandorin. Od pana Brillinga. W arcyważnej sprawie – powiedział młody człowiek, chociaż dwie pierwsze informacje były zawarte w liście, a trzeciej Pyżow bez wątpienia domyślił się sam. – Tyle że nie dał mi żadnego hasła. Na pewno zapomniał.

Popatrzył z trwogą na Pyżowa, od którego zależało teraz jego wybawienie, ale ten tylko klasnął w dłonie o krótkich palcach.

– No i nie potrzeba żadnego hasła. Bzdura, zabawki dla dzieci. Cóż to, Rosjanin Rosjanina nie rozpozna? Wystarczy mi, że spojrzę w pańskie jasne oczęta – Porfirij Martynowicz jeszcze się przybliżył – a widzę wszystko jak na dłoni. Młodzieniec czysty, śmiały, szlachetnych dążeń i patriota. Bo też jakże, innych nie zatrudnia się w naszym Urzędzie.

Fandorin zasępił się, nabrał bowiem wrażenia, że sekretarz gubernialny błaznuje, traktując go jak głuptasa. Dlatego swoją historię wyłożył krótko i sucho, bez emocji. Wówczas okazało się, że Porfirij Martynowicz umie nie tylko trajkotać, ale i uważnie słuchać – do tego miał po prostu prawdziwy talent. Przysiadł na łóżku, złożył rączki na brzuchu, całkiem przymknął oczy, nawet bez tego wyglądające jak szparki, i... jakby go nie było. To znaczy w dosłownym sensie zamienił się w słuch. Ani razu nie przerwał mówiącemu, nie poruszył się nawet. Tylko czasem, w kluczowych momentach, spod jego przymkniętych powiek wyskakiwały kłujące iskierki.

Jeśli chodzi o listy, Erast Pietrowicz nie chciał się dzielić swoją hipotezą, zachował ją dla Brillinga. I zakończył tymi słowami:

– Tak więc, Porfiriju Martynowiczu, stoi przed panem zbieg i mimowolny zabójca. Muszę się pilnie przeprawić na kontynent. A potem do Moskwy, do Iwana Francewicza.

Pyżow poruszył wargami, odczekał, czy nie usłyszy czegoś jeszcze, i cichutko spytał:

– A teczuszka? Nie przekazać jej z pocztą dyplomatyczną? Tak byłoby roztropniej. Bo a nuż... Wszystko wskazuje na to, że z tych ludzi poważni jegomoście, będą przecie pana szukać po całej Europie. Przez kanał, aniołeczku mój, oczywiście pana przeprawię, to błahostka. Jeśli pan wątłym rybackim czółnem nie pogardzi, jutro już popłynie pan sobie z Bogiem. Łowiąc w żagle wicher słony.

Cóż on ciągle z tymi wichrami? – pomyślał ze złością Erast Pietrowicz, który, prawdę mówiąc, nie miał nadmiernej ochoty rozstawać się z teczką zdobytą za taką cenę. A Porfirij Martynowicz, jak gdyby nie widząc wahania rozmówcy, ciągnął:

– Nie wtykam nosa do nie swoich spraw. Jako żem skromny i nie wścibski. Wszelako widzę, że wielu rzeczy pan nie dopowiada. I słusznie, mój brzoskwiniowy, albowiem mowa srebrem jest, a milczenie złotem. Iwan Francewicz Brilling to ptak wysokich lotów. Rzec można, orzeł zeń dumny pomiędzy wróblami, byle komu ważnej sprawy nie poruczy. To jak będzie, czcigodny?

– Niby z czym?

– No, z teczuszką... Ja bym ją ze wszystkich stron obsmarował lakiem, dałbym jakiemu rozgarniętemu kurierowi, ten migiem doleciałby do Moskwy jako ta trojka przez śnieg puszysty. A ja bym już i depeszę szyfrowaną posłał: wdzięcznym sercem przyjmijcie dar z Olimpu niesion.

Bóg świadkiem, nie zaszczytów pragnął Erast Pietrowicz, nie orderu i nawet nie rozgłosu. Dla dobra sprawy oddałby teczkę Pyżowowi, przecież z kurierem niewątpliwie byłoby i pewniej. Ale jego wyobraźnia już tyle razy kreśliła obraz triumfalnego powrotu do szefa, z efektownym wręczeniem teczki i porywającą opowieścią o przeżytych przygodach... Czyżby nic z tego nie miało się ziścić?

Nie, Fandorin nie był całkiem wolny od ambicji.

– Teczka ukryta jest w bezpiecznym schowku – oznajmił surowo. – Dostarczę ją osobiście. Odpowiadam za nią głową. Niech pan, Porfiriju Martynowiczu, nie bierze mi tego za złe.

– No cóż, no cóż. – Pyżow nie chciał nalegać. – Pańska wola. Dla mnie to i spokojniej. Do licha z cudzymi sekretami, mam dosyć swoich. Jak w schowku, to w schowku. – Wstał, prześlizgnął się wzrokiem po gołych ścianach pokoiku. – Niech pan teraz sobie odpocznie, przyjacielu. Młodość snu się domaga. A mnie, starcowi, i tak bezsenność dopieka, pójdę tedy wydać dyspozycje co do łódeczki. Jutro (a raczej już dzisiaj) raniuteńko zjawię się tutaj. Odstawię pana na brzeg morza, uściskam i znakiem krzyża pożegnam. A sam zostanę na cudzej ziemi jako ten sierota nieszczęsny. Tęskno dziecinie w obcej krainie!

Porfirij Martynowicz sam się widocznie spostrzegł, że przeholował, bo ze skruchą rozłożył ręce.

– Przepraszam, co ja tu wygaduję! Tęsknię za żywą mową rosyjską, bez przerwy mnie ciągnie, żeby się popisywać krasomówstwem. Nasi mądrale w ambasadzie paplają głównie po francusku, nie ma z kim sobie ulżyć.

Za oknem zagrzmiało już nie na żarty i chyba nawet zaczęło padać. Pyżow spiesznie począł zbierać się do odejścia.

– Idę już. Ojojoj! Już ci tam srogie huczą niepogody.

W drzwiach się odwrócił, obrzucił Fandorina dobrotliwym spojrzeniem, nisko się ukłonił i rozpłynął w mroku korytarza.

Erast Pietrowicz zamknął drzwi na zasuwę i wzdrygnął się nagle – huk gromu rozległ się niemal nad samym dachem.


Ciemno i straszno jest w ubogiej izdebce, która jedynym oknem wychodzi na gołe, brukowane, najmniejszej choćby trawki pozbawione podwórze. Za oknem słota, za oknem wiatr i deszcz, ale po czarnoszarym, zasnutym poszarpanymi chmurami niebie wędruje księżyc. Żółty promień wpada przez szparę w zasłonach, rozcina komórkę na pół, aż do samego łóżka, gdzie miota się zlany zimnym potem, dręczony koszmarami Fandorin. Jest ubrany, obuty i uzbrojony, tylko rewolwer leży jak przedtem pod poduszką.

Obciążone mordem sumienie zsyła na biednego Erasta Pietrowicza potworną zjawę. Nad łóżkiem schyla się martwa Amalia. Oczy ma na wpół zamknięte, spod powiek wycieka kropla krwi, w nagiej dłoni trzyma czarną różę.

– Cóż ci takiego zrobiłam? – jęczy żałośnie. – Byłam młoda i piękna, byłam samotna i nieszczęśliwa. Złowiono mnie w sieci, oszukano i uwiedziono. Jedyny człowiek, którego kochałam, zdradził mnie. Popełniłeś straszliwy grzech, Eraście, zabiłeś piękno, a przecież piękno to cud boski. A tyś zniszczył ten cud. I dlaczego, za co?

Krwawa kropla spływa z jej policzka prosto na czoło udręczonego Fandorina, a on drży z zimna i otwiera oczy. Widzi, że nie ma, chwała Bogu, żadnej Amalii. To sen, to tylko sen. Ale na czoło znowu kapie coś lodowatego.

Cóż to jest? Erast Pietrowicz zadrżał, budząc się ostatecznie i słysząc szum wiatru, hałas deszczu, dudnienie gromu. Co to za krople? Przecież nie z tamtego świata. Sufit przecieka. Uspokój się, głupie serce, umilknij.

Zaraz jednak zza drzwi cicho, lecz wyraźnie dobiega szmer:

– Dlaczego? Za co?

I jeszcze raz:

– Dlaczego? Za co?

To nieczyste sumienie – myśli Fandorin. Przez to nieczyste sumienie mam halucynacje. Ale ta trzeźwa, racjonalna myśl nie wybawia go od obrzydliwego, lepkiego strachu, który wszystkimi porami przenika do jego ciała.

Właściwie jest cicho. Błyskawica oświetla nagie szare ściany, a potem znowu zapada ciemność.

Lecz po chwili rozlega się niegłośne stukanie do okna. Stuk-stuk. I znowu: stuk-stuk-stuk.

Spokojnie! To wiatr. Drzewo. Konary tłuką o szybę. Nic nadzwyczajnego.

Stuk-stuk. Stuk-stuk-stuk.

Drzewo? Jakie drzewo? Fandorin zerwał się i usiadł. Nie ma za oknem żadnego drzewa! Podwórze jest puste. Boże, co to takiego?

Żółta szczelina między zasłonkami zgasła, zszarzała – widocznie księżyc schował się za chmury – a w następnej chwili zakołysało się coś ciemnego, okropnego, nieznanego.

Wszystko, byle tylko tak nie leżeć, czując na głowie korzonki włosów. Byle nie oszaleć.

Erast Pietrowicz wstał i na nie swoich nogach podszedł do okna, nie odwracając wzroku od strasznej ciemnej plamy. W chwili gdy odsunął zasłony, niebo oświetliła błyskawica, a za szybą, wprost przed sobą, Fandorin zobaczył upiornie białą twarz z czarnymi jamami oczu. Jaśniejąca nieziemskim światłem ręka z rozczapierzonymi palcami wolno przesunęła się po szybie, on zaś postąpił głupio, dziecinnie: spazmatycznie zaszlochał, odskoczył, rzucił się w tył, w stronę łóżka, i padł na nie plackiem, osłaniając dłońmi głowę.

Obudzić się! Czym prędzej obudzić! Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje...

Pukanie do okna ustało.

Fandorin oderwał twarz od poduszki, ostrożnie zerknął w stronę okna, ale niczego strasznego nie zobaczył: noc, deszcz, częste rozbłyski piorunów. Przywidziało mu się. Niechybnie przywidziało.

Na szczęście przypomniał sobie słowa hinduskiego bramina, Chandry Johnsona, który uczy, jak należy prawidłowo oddychać i prawidłowo żyć. Mądra księga głosiła:

Prawidłowe oddychanie to podstawa prawidłowego życia. Podtrzyma cię ono w trudnych chwilach, w nim odnajdziesz zbawienie, uspokojenie i oświecenie. Wdychając życiową siłę prana, nie spiesz się z wypuszczeniem jej z powrotem, zatrzymaj ją w płucach. Im dłużej oddychasz i równomierniej, tym więcej zyskujesz siły życiowej. Oświecenie spłynie na tego, kto wchłonąwszy pranę wieczorem, nie wypuści jej przed świtem.

No, do oświecenia Erastowi Pietrowiczowi sporo jeszcze brakowało, ale dzięki codziennym porannym ćwiczeniom nauczył się wstrzymywać oddech przez sto sekund. Do tego niezawodnego środka uciekł się i teraz. Nabrał pełną pierś powietrza i zamarł, „zmieniając się w drzewo, w kamień, w trawę”. Pomogło – bicie serca pomału się wyrównało, przerażenie ustąpiło. Odliczywszy do stu, Fandorin odetchnął hałaśliwie, uspokojony zwycięstwem ducha nad przesądami.

A wtedy rozległ się dźwięk, który sprawił, że Erast Pietrowicz zaczął głośno szczękać zębami. Ktoś drapał do drzwi.

– Wpuść mnie – szeptał głos. – Popatrz na mnie. Jest mi zimno. Wpuść...

To już przesada – w Fandorinie odezwały się resztki godności. Zaraz otworzę drzwi i się obudzę. Albo... albo zobaczę, że to nie sen.

Dwoma susami dopadł drzwi i odemknąwszy zasuwę, gwałtownie otworzył je do wewnątrz. Na tym skończył się ów rozpaczliwy zryw.

Na progu stała Amalia. Miała na sobie, jak wtedy, biały koronkowy peniuar, tyle że deszcz zmoczył i splątał jej włosy, a na piersi rozlała się krwawa plama. Najstraszniejsza była jednak twarz, roztaczająca nieziemski blask twarz z nieruchomymi, wygasłymi oczami. Biała, błyskająca iskierkami ręka wyciągnęła się ku twarzy Erasta Pietrowicza i dotknęła jego policzka, całkiem jak wczoraj, ale od palców wiał taki lodowaty chłód, że odchodzący od zmysłów nieszczęśnik zaczął się cofać.

– Gdzie teczka? – spytało świszczącym szeptem widmo. – Gdzie moja teczka? Sprzedałam za nią duszę.

– Nie oddam! – wyrwało się Erastowi Pietrowiczowi z zaschniętych ust. Cofnął się, opadł na fotel, w którego czeluściach ukrywała się porwana teczka, i dla pewności jeszcze objął go rękami.

Zjawa podeszła do stołu. Potarła zapałkę, zapaliła świecę i nagle dźwięcznie krzyknęła:

Your turn now! He’s all yours!

Do pokoju wpadło dwóch ludzi: wysoki, sięgający głową nadproża Morbid i jeszcze jeden, mały, ruchliwy.

Doszczętnie zbity z tropu Fandorin nawet nie drgnął, kiedy lokaj przystawił mu nóż do gardła, a drugi zręcznie go obszukał, wyciągając derringera zza cholewy.

– Szukaj rewolweru – rozkazał Morbid po angielsku, a ruchliwy nie zawiódł: momentalnie znalazł schowanego pod poduszką colta.

Przez cały ten czas Amalia stała przy oknie, wycierając chusteczką twarz i dłonie.

– No, już? – spytała niecierpliwie. – Co za paskudztwo ten fosfor! A najgorsze, że cała maskarada była zbędna. Nie potrafił nawet schować teczki jak należy. John, poszukajcie w fotelu.

Na Fandorina nie patrzyła, zupełnie jakby nagle zmienił się w martwy przedmiot.

Morbid bez trudu postawił Erasta Pietrowicza na nogi, przyciskając mu nadał ostrze do gardła, a ruchliwy wsunął rękę w siedzenie fotela i wyciągnął stamtąd granatową teczkę.

– Dajcie mi to. – Bieżecka podeszła do stołu, sprawdziła zawartość. – Wszystko jest na miejscu. Nie zdążył wysłać. Chwała Bogu. Franz, przynieście płaszcz, zmarzłam do szpiku kości.

– A więc to był spektakl? – rzekł niepewnym głosem Fandorin, nadrabiając miną. – Brawo. Jest pani wielką aktorką. Cieszę się, że moja kula przeleciała obok. Jakiż talent by przepadł...!

– Nie zapomnijcie o kneblu – powiedziała Amalia do lokaja, po czym narzuciła na ramiona przyniesiony przez Franza płaszcz i wyszła z pokoju, nie zaszczycając zhańbionego Erasta Pietrowicza nawet jednym spojrzeniem.

Zwinny karzełek – to właśnie on, a nie Zurow, śledził hotel – wyciągnął z kieszeni motek sznurka i mocno przywiązał jeńcowi ręce do boków. Potem złapał Fandorina palcami za nos, kiedy zaś tracący oddech młodzian otworzył usta, wsunął mu w nie kauczukową gruszkę.

– W porządku – stwierdził Franz, zadowolony z efektu, z lekkim niemieckim akcentem. – Idę po worek. – Wyskoczył na korytarz i bardzo szybko wrócił.

Ostatnią rzeczą, jaką widział Erast Pietrowicz, nim aż do kolan naciągnięto nań gruby worek, była doskonale obojętna, kamienna fizjonomia Johna Morbida. Szkoda oczywiście, że świat boży ukazał na pożegnanie akurat to, niezbyt pociągające oblicze, jednakże w ciemnym, zakurzonym worku było jeszcze gorzej.

– Daj no, zwiążę go też u góry – rozległ się głos Franza. – To niedaleko, ale zawsze będzie pewniej.

– A cóż on zrobi? – odpowiedział basem John Morbid. – Niech się tylko ruszy, to zaraz dam mu nożem w brzuch.

– A my go i tak zwiążemy – zaśpiewał Franz i sznurkiem omotał worek u góry tak mocno, że Erast Pietrowicz z trudem mógł oddychać.

– Jazda! – Lokaj popchnął jeńca, który na ślepo ruszył naprzód, nie całkiem rozumiejąc, dlaczego nie chcą zarżnąć go na miejscu, w pokoiku.

Dwa razy się potknął, na progu hotelu omal nie upadł, ale łapsko Johna w porę chwyciło go za bark. Pachniało deszczem, konie parskały.

– Wy dwaj, jak skończycie, wróćcie tutaj i wszystko posprzątajcie – odezwała się Bieżecka. – A my wracamy.

– Proszę się nie martwić, madam – zagrzmiał lokaj. – Zrobiła pani swoją robotę, my zrobimy swoją.

O, jakże pragnął Erast Pietrowicz powiedzieć na koniec Amalii coś niezwykłego, coś takiego, żeby pozostać w jej pamięci nie jako głupi, wystraszony chłopaczek, ale zuch, który chwalebnie poległ w boju z całą armią nihilistów. Przeklęta gruszka pozbawiła go nawet tej satysfakcji.

Tymczasem czekał biednego młodzieńca jeszcze jeden wstrząs, chociaż zdawałoby się, że po tym, co przeszedł, nic już nim wstrząsnąć nie mogło.

– Serdeńko moje, Amalio Kazimirówna – powiedział po rosyjsku znajomy słodziutki tenorek. – Niechże pani pozwoli starcowi przejechać się jej karetą. Pogadamy o tym i owym, a i sucho tam będę miał, sama pani widzi, jakim zmoknięty. A ten pani Patrick niech siada do mojej dryndulki i jedzie za nami. Nie zabroni pani, żabko moja?

– Niech pan siada – odrzekła sucho Bieżecka. – Tylko nie jestem, Pyżow, żadnym pańskim serdeńkiem, a tym bardziej żabką.

Erast Pietrowicz głucho zaryczał, bo szlochać z gruszką w ustach było absolutnym niepodobieństwem. Cały świat sprzysiągł się przeciw biednemu Fandorinowi. Skąd ma wziąć tyle siły, żeby sprostać w boju całej zgrai złoczyńców? Wokół sami judasze, plemię żmijowe (tfu, sam zaczął gadać jak ten złotousty łotr!). I Bieżecka ze swoimi siepaczami, i Zurow, i nawet Pyżow, chorągiewka na wietrze – wszystko to wrogowie. Na chwilę Erastowi Pietrowiczowi odechciało się po prostu żyć – taki wstręt poczuł i takie znużenie.

Nikt go zresztą specjalnie do życia nie zachęcał. Konwojenci mieli co do jego osoby plany zdecydowanie innego rodzaju.

Mocne ręce podchwyciły jeńca i usadowiły w pojeździe. Z lewej wgramolił się ciężki Morbid, z prawej lekki Franz, ktoś strzelił z bata, a Erasta Pietrowicza odrzuciło w tył.

– Dokąd? – spytał lokaj.

– Na szósty pirs kazali. Głębiej tam jest i nurt znowuż bystry. Jak myślisz?

– Mnie tam wszystko jedno. Na szósty, to na szósty.

A zatem dalszy los Erasta Pietrowicza rysował się dosyć wyraźnie. Zawiozą go na jakąś głuchą przystań, przywiążą kamień i wyprawią na dno Tamizy, żeby zgnił tam pośród zardzewiałych łańcuchów kotwicznych i rozbitych butelek. Radca tytularny Fandorin zniknie bez śladu, bo okaże się, że attaché wojskowy w Paryżu był ostatnią osobą, która go widziała. Iwan Francewicz zrozumie, że jego wychowankowi w którymś momencie powinęła się noga, ale prawdy, niestety, nie pozna. Nawet do głowy im tam w Moskwie i Pitrze nie przyjdzie, że w rosyjskiej tajnej służbie zagnieździła się podła żmija. I kogo trzeba zdemaskować.

Zresztą, może jeszcze się zdemaskuje.

Nawet związany i wsunięty w długi, pełen kurzu wór, Erast Pietrowicz czuł się teraz nieporównanie lepiej niż dwadzieścia minut wcześniej, kiedy przez okno zaglądała fosforyzująca zjawa, a strach paraliżował rozsądek.

Rzecz w tym, że miał jeszcze szansę ratunku. Chytry ten Franz, ale nie pokwapił się obmacać prawego rękawa. A w tym rękawie Fandorin schował sztylet, w którym teraz pokładał całą nadzieję. Gdyby się wysilił i palcami dosięgnął rękojeści... Oj, niełatwe to, kiedy ręka przywiązana jest do biodra. Jak daleko jeszcze do tego szóstego pirsu? Czy zdąży?

– Siedź spokojnie. – Morbid szturchnął łokciem w bok wijącego się (pewnie ze strachu) jeńca.

– Ech, przyjacielu, czy się kręcisz, czy nie, i tak na jedno wyjdzie – stwierdził Franz filozoficznie.

Człowiek w worku szarpał się jeszcze z pół minuty, potem głucho jęknął i ucichł, widocznie pogodzony z losem (dotkliwie skaleczył się w nadgarstek, wyciągając przeklęty sztylet).

– Jesteśmy – oświadczył John i wstał, rozglądając się dokoła. – Nie ma nikogo.

– A kto by tu miał być, w deszcz, w środku nocy? – Franz wzruszył ramionami. – No, dalej, ruszaj się. Musimy jeszcze jechać z powrotem.

– Bierz za nogi.

Dźwignęli skrępowany sznurem tłumok i zanieśli na drewniany pomost, który, zdawało się, zawisł nad czarną wodą. Erast Pietrowicz słyszał skrzypienie desek pod nogami, plusk fal. Wybawienie było blisko. Ledwie tylko wody Tamizy zamkną się nad jego głową, musi przeciąć klingą pęta, rozpruć worek i po cichu wypłynąć pod pomostem. Odsiedzieć, dopóki tamci nie pójdą, a wtedy – ratunek, życie, wolność. Wydało się to Fandorinowi tak łatwe i proste, że wewnętrzny głos podszepnął mu: Nie, Eraście, w życiu tak nie bywa, na pewno wydarzy się coś paskudnego, co zniweczy cały twój cudowny plan.

Oj, nakrakał wewnętrzny głos, wywróżył nieszczęście. Coś paskudnego, w rzeczy samej, nie omieszkało mu zagrozić, i to nie ze strony okropnego mister Morbida, ale za sprawą dobrodusznego Franza.

– Czekaj, John – rzekł Franz, kiedy zatrzymali się na końcu pomostu i złożyli swoje brzemię. – Nie godzi się żywego człowieka wrzucać do wody jak kociaka. Chciałbyś być na jego miejscu?

– Nie – odpowiedział John.

– No – ucieszył się Franz. – Przecież mówię. Opić się tej brudnej, śmierdzącej gnojówki... brrr. Nikomu nie życzę. Zróbmy lepiej po bożemu: zarżnij go najpierw, żeby się nie męczył. Ciach i gotowe, co?

Ten przypływ ludzkich uczuć przyprawił Erasta Pietrowicza o mdłości, jednak kochany, cudowny mister Morbid warknął:

– Akurat, nóż mam brudzić! Jeszcze rękaw sobie pokrwawię. Mało mieliśmy kłopotów z tym szczeniakiem? Nie szkodzi, i tak zdechnie. Jakeś taki dobry, to go lepiej uduś, masz do tego smykałkę, a ja tymczasem pójdę, poszukam jakiegoś żelastwa.

Jego ciężkie kroki się oddaliły, a Fandorin został sam na sam z poczciwym Franzem.

– Nie trzeba było u góry związywać – rzekł ów w zadumie. – Cały sznurek zmarnowałem.

Erast Pietrowicz wydał parę uspokajających odgłosów, jakby chciał powiedzieć: „To nic, nie przejmuj się, jakoś sobie poradzę”.

– Oj, biedaczyno – westchnął Franz. – Jęczy ci to, aż się serce kraje. Nie martw się, chłopcze, wujek Franz paska na ciebie nie pożałuje.

Słychać było zbliżające się kroki.

– Masz kawałek Szyny. Będzie w sam raz – zahuczał lokaj. – Wsuń pod sznur. Wcześniej niż za miesiąc nie wypłynie.

– Poczekaj chwileczkę, tylko mu pętelkę narzucę.

– Zostawże te swoje czułości! Czas nie czeka, zaraz będzie rano!

– Wybacz, chłopczyno – powiedział ze współczuciem w głosie Franz. – Widać taki już twój los. Du hast du dir selbst zu verdanken.

Znowu podnieśli Erasta Pietrowicza, rozkołysali.

– Azazel! – zawołał surowym, uroczystym głosem Franz i w następnej sekundzie spowinięte ciało z pluskiem wpadło do zgniłej wody.

Piłując sztyletem namoknięty sznur, Fandorin nie czuł ani zimna, ani nawet ciężaru wodnego, oleistego pancerza. Najwięcej mordęgi było z prawą ręką, ale kiedy już ją oswobodził, reszta poszła szybko: rrraz! – i lewa ręka zaczęła pomagać prawej; dwa! – i worek został rozcięty z góry na dół; trzy! – i ciężki kawał szyny osiadł w miękkim mule.

Oby tylko nie wypłynąć teraz za wcześnie! Erast Pietrowicz odepchnął się nogami, ręce wysunął do przodu i zaczął nimi drążyć mętne ciemności. Gdzieś tutaj, całkiem blisko, powinny być słupy, na których stoi pomost. Już palcami dotknął śliskiego, obrośniętego wodorostami drewna. Cicho, nie spiesząc się, w górę po słupie. Byle bez plusku, bez dźwięku.

Pod drewnianym poszyciem mola było ciemno choć oko wykol. Nagle czarna woda bezszelestnie wyrzuciła ze swego łona okrągłą białą plamę. W tym białym kręgu od razu powstał jeszcze jeden, mały i czarny – to radca tytularny Fandorin chciwie zaczerpnął nadrzecznego powietrza. Pachniało zgnilizną i naftą. To była cudowna woń życia.

A tymczasem u góry, na przystani, jego oprawcy gawędzili dla zabicia czasu. Ukrywający się pod pomostem słyszał każde słowo. Niejeden raz Erast Pietrowicz doprowadzał się do łez, wyobrażając sobie, jakimi słowami będą go wspominać przyjaciele i wrogowie, jakie mowy wygłoszą nad otwartą mogiłą bohatera. Można powiedzieć, że cała młodość zeszła mu na takich marzeniach. Jakież poczuł rozczarowanie, kiedy usłyszał, o czym paplają ci, którzy mniemali się być jego mordercami! I ani słowa o człowieku, nad którym zamknęły się ponure wody, który miał rozum i serce, szlachetną duszę i wzniosłe dążenia!

– Oj, skończy się dla mnie ten spacerek atakiem reumatyzmu – westchnął Franz. – Uch, jak ciągnie wilgocią. Po co tu wystawać? Pójdziemy, co?

– Za wcześnie.

– Wiesz, przez tę bieganinę zostałem w końcu bez kolacji. Jak myślisz, dadzą nam żreć, czy jeszcze wymyślą jakąś robótkę?

– Nie nasza sprawa. Jak każą, tak zrobimy.

– Choćby przetrącić zimnej cielęcinki. W brzuchu mi burczy... I co, mamy teraz zostawić zagrzane miejsce? Dopiero co przywykłem. Po co? Przecież wszystko się udało.

– Już ona wie po co. Jak kazała, to widać trzeba.

– No, na pewno. Ona się nie myli. Dla niej – co zechcesz; własnego tatusia bym nie pożałował. Gdybym go oczywiście miał. Rodzona matka nie zrobiłaby dla nas tyle co ona.

– Rozumie się... Dobra, idziemy.

Erast Pietrowicz odczekał, póki w dali nie ucichły kroki, dla pewności policzył jeszcze do trzystu i dopiero wtedy skierował się ku brzegowi.

Gdy z wielkim trudem, kilka razy spadając, wdrapał się na niskie, ale prawie pionowe nabrzeże, ciemność już zaczynała topnieć, wypierana przez świt. Niedoszły topielec dygotał, szczękał zębami, a w dodatku chwyciła go czkawka – widocznie nałykał się stęchłej wody rzecznej. Ale życie było mimo wszystko wspaniałe. Erast Pietrowicz miłośnie spojrzał na szary przestwór rzeki (na tamtym brzegu przyjemnie migotały światełka), rozrzewnił się na widok solidnego niskiego składu, zachwycił miarowym kołysaniem holowników i barek zacumowanych wzdłuż przystani. Błogi uśmiech rozjaśnił mokrą, ozdobioną smugą mazutu twarz powstałego z martwych. Fandorin przeciągnął się z rozkoszą – i zastygł w tej niedorzecznej pozie. Zza narożnika magazynu wyłoniła się i szybciutko potoczyła wprost na niego niska, żwawa sylwetka.

– A to herody, a to bestie! – narzekała sylwetka cienkim, z daleka słyszalnym głosikiem. – Nic im nie można powierzyć, wszystkiego trzeba doglądnąć! Co byście zrobili bez Pyżowa, no co?! Zginiecie jak ślepe szczenięta, zginiecie.

Ogarnięty sprawiedliwym gniewem, Fandorin rzucił się naprzód. Renegat pewnie myślał, że jego szatańskie odstępstwo pozostało nieodkryte.

Ale w ręku sekretarza gubernialnego błysnęło niedobrym blaskiem coś metalowego, toteż Erast Pietrowicz najpierw się zatrzymał, a potem cofnął.

– Słusznie, mój poziomkowy, pan uczynił – pochwalił go Pyżow. Można było zobaczyć, jak sprężystym, kocim krokiem się porusza. – Rozumny z pana chłopak, od razu to stwierdziłem. Wie pan, co tu mam? – Pomachał swoim żelastwem, a Fandorin dostrzegł dwulufowy pistolet niezwykle dużego kalibru. – Niesamowita sprawa. Schmeisser, czyli, jak mówią w tutejszym zbójeckim żargonie, „smeszer”. O, tutaj, zechce pan spojrzeć, wkłada się dwie rozrywające kuleczki, właśnie te zabronione przez konwencję sanktpetersburską z sześćdziesiątego ósmego roku. Ale przecież kryminaliści, mój złociutki Eraście, to zbrodniarze. Co im tam humanitarna konwencja! A kulka rozrywająca, jak trafi w coś miękkiego, to się zaraz rozlatuje w kawałeczki. Mięsko, kosteczki, najróżniejsze żyłki zamienia w farsz. Mój kochanieńki, niechże pan będzie grzeczny i nie rzuca się, bo z przestrachu mogę wypalić, a później nie wybaczę sobie takiego okrucieństwa, smutno mi będzie. To bardzo boli, kiedy się trafi w brzuszek albo jeszcze gdzieś w tejże okolicy.

Już nie z zimna, tylko ze strachu, odbiło się Fandorinowi, zanim krzyknął:

– Iszkariota! Sprzedał ojczyznę za trzydzieści srebrników!

Znowu cofnął się przed złowieszczą lufą.

– Jak rzekł wielki Dzierżawin, niestałość jest śmiertelnych dolą. A i niesprawiedliwy jest pan, przyjacielu. Nie na trzydzieści szekli się połakomiłem, ale na sumę o wiele poważniejszą, do szwajcarskiego banku jak najsumienniej przekazywaną; na starość, żeby nie biedować gdzie pod płotem. A pana, głuptasie, dokądże to zaniosło? Na kogoś ujadać pan zamierzył? Nie kąsaj kamienia, bo ci zęby wypadną. To przecie siła, mur chiński. Łbem go nie przebijesz.

Erast Pietrowicz tymczasem dotarł do samego brzegu i zmuszony był się zatrzymać, czując, jak niska barierka uwiera go w samą kostkę. Pyżow najwidoczniej właśnie na to liczył.

– To wspaniale, to znakomicie – zaśpiewał, stojąc o dziesięć kroków od swojej ofiary. – Bo też nielekko byłoby mi wlec do wody takiego dobrze odżywionego młodziana. Niechże się pan, mój rubinowy, nie martwi. Pyżow zna swoją robotę. Trach i gotowe. Zamiast pięknego liczka – czerwona mamałyga. Nawet jak pana wyłowią, to nie poznają. A dusza od razu między anioły poleci. Młoda, czysta, nie zdążyła nagrzeszyć.

Z tymi słowami podniósł swój oręż, zmrużył lewe oko i łakomie się uśmiechnął. Nie spieszył się ze strzałem, smakował chwilę. Fandorin rzucił pełne rozpaczy spojrzenie na pusty brzeg, słabo oświetlony porannym światłem. Nikogo, ani śladu człowieka. Tym razem to już na pewno koniec. Koło magazynu zrobił się chyba jakiś ruch, ale nie było czasu się rozeznać, bo rozległ się strasznie głośny, głośniejszy od grzmotu wystrzał, a Erast Pietrowicz odleciał w tył i z przeraźliwym krzykiem runął do rzeki, z której kilka minut wcześniej wydostał się z takim wysiłkiem.

Rozdział dwunasty,

w którym bohater dowiaduje się, że jego głowę otacza aureola

Świadomość wszakże nie opuściła zastrzelonego, a i bólu jakoś wcale nie odczuwał. Nic nie rozumiejąc, Erast Pietrowicz zaczął młócić wodę rękami. Cóż to znowu? Żyje czy jest martwy? Jeśli martwy, to dlaczego tu tak mokro?

Nad bordiurą nabrzeża pojawiła się głowa Zurowa. Fandorin nie zdziwił się wcale: po pierwsze, trudno go było teraz czymkolwiek zadziwić, a po drugie, na tamtym świecie (jeśli to oczywiście był tamten świat) nie takie rzeczy mogły się wydarzyć.

– Erazm! Żyjesz? Trafiłem cię? – krzyknęła głowa Zurowa. – Dawaj rękę.

Erast Pietrowicz wysunął z wody prawicę, za którą jednym silnym ruchem został wytaszczony na stały ląd. Ledwie stanął na nogi, zobaczył leżącą na brzuchu figurkę z wyciągniętą ręką ściskającą ciężki pistolet. W tyle głowy, pod rzadkimi włosiętami, czerniała dziura, a wokół niewidocznej twarzy rozlewała się ciemna kałuża.

– Jesteś ranny? – spytał z troską Zurow, obracając i obmacując mokrego Erasta Pietrowicza. – Nie rozumiem, jak to się mogło udać. Po prostu révolution dans la balistique. Nie, to niemożliwe.

– Zurow, to pan? – zachrypiał Fandorin, który pojął w końcu, że ciągle jeszcze znajduje się na tym, a nie na tamtym świecie.

– Nie „pan”, tylko „ty”. Piliśmy bruderszaft, nie pamiętasz?

– Ale d-dlaczego? – Erasta Pietrowicza znowu zaczęło trząść. – Z pewnością chce pan osobiście mnie wykończyć. Cóż to, sam Azazel obiecał panu za to nagrodę? Strzelajże pan, strzelaj, niech pana diabli! Obrzydłeś mi bardziej niż kasza manna!

To o kaszy wyrwało się nie wiadomo skąd; pewnie z dzieciństwa, coś dawno zapomnianego. Erast Pietrowicz chciał nawet rozerwać koszulę: masz tu moją pierś, strzelaj, ale Zurow bezceremonialnie nim potrząsnął.

– Przestań bredzić, Fandorin. Jaki Azazel? Jaka kasza? Dalej, przywrócę cię do rozumu. – Niezwłocznie wymierzył udręczonemu Erastowi Pietrowiczowi dwa siarczyste policzki. – To przecież ja, Ipolit Zurow. Nie dziwota, po takich historiach mogła ci rozmięknąć mózgownica. Oprzyj się o mnie. – Objął młodego człowieka za ramiona. – Zaraz odwiozę cię do hotelu. Mam tu przywiązaną kobyłkę. Ten tu – kopnął nieruchome ciało Pyżowa – miał dorożkę. Popędzimy co koń wyskoczy. Ogrzejesz się, łykniesz grogu i wytłumaczysz mi, coście tu za hecę urządzili.

Fandorin mocno odepchnął hrabiego.

– Nie, to już lepiej ty mi wyjaśnij! Skąd się tu... hep!... wziąłeś? Po co mnie śledziłeś? Jesteś razem z nimi?

Skonfundowany Zurow jął kręcić palcami czarnego wąsa.

– Tego w dwóch słowach się nie opowie.

– To nic, mam... hep!... czas. Nie ruszę się z miejsca!

– Dobra, słuchaj.

Po czym opowiedział następującą historię.


– Myślisz, że ot tak sobie dałem ci adres Amalii? Nie, bracie Fandorin, tutaj masz całą psychologię. Spodobałeś mi się, okropnie spodobałeś. Jest na tobie coś... Nie wiem, znamię jakieś czy co. Mam nosa do takich jak ty. Jakbym u takiego widział aureolę, promienie wokół głowy. Ci, którzy mają aureolę, są ludźmi niezwykłymi, los ich strzeże, broni przed niebezpieczeństwami. Po co broni, nawet oni sami nie wiedzą. Strzelać się z takim nie można, bo zabije. Do stolika lepiej nie siadać, bo cię ogra, choćbyś nie wiem jak karty filował. Aureolę u ciebie zobaczyłem, kiedyś mnie orżnął na czysto, a potem zmusił do ciągnięcia losów na śmierć i życie. Takich jak ty spotyka się rzadko. W naszym oddziale, kiedy jechaliśmy przez pustynię w Turkiestanie, był pewien porucznik, nazywał się Ulicz. W najgorsze piekło lazł i nigdy nic mu się nie stało, tylko zęby szczerzył. Czy uwierzysz, pod Chiwą na własne oczy widziałem, jak gwardia chana do niego wygarnęła. Ani znaku na ciele! A potem napił się skisłego kumysu – i szlus, poszedł Ulicz do piachu. W jakim celu Bóg go ustrzegł w tylu bitwach? Zagadka! No więc, Erazm, ty też jesteś z takich, możesz mi wierzyć. Pokochałem cię, polubiłem w tej właśnie chwili, kiedy bez zastanowienia przystawiłeś pistolet do głowy i nacisnąłeś kurek. Tylko że, bracie Fandorin, moja miłość to nieprosta sprawa. Nie mogę kochać tych, którzy stoją niżej ode mnie, a tym, co wyżej – okrutnie zazdroszczę. Tobie też pozazdrościłem, zazdrościłem ci tej aureoli, niesamowitego szczęścia. Popatrz, nawet dzisiaj uszło ci na sucho. Cha, cha! Tak naprawdę toś mokry, ale za to żywy, i nawet cię nie drasnęło. A z pozoru – nic szczególnego, chłopaczyna, szczeniak.

Do tego momentu Erast Pietrowicz słuchał z żywym zainteresowaniem, lekko poróżowiał z zadowolenia, a na chwilę nawet przestał drżeć, ale po „szczeniaku” nasrożył się i dwa razy czknął ze złością.

– Ależ nie obrażaj się, ja tak z przyjaźni. – Zurow klepnął go po ramieniu. – No i pomyślałem wtedy: sam los mi go zsyła. Na takiego Amalia złapie się z pewnością. I koniec, raz na zawsze się uwolnię od tej diabelskiej zmory. Zostawi mnie w spokoju, przestanie dręczyć, wodzić na łańcuchu jak niedźwiedzia na jarmarku. Niech tego chłopaczynę bierze na swoje męki egipskie. No więc naprowadziłem cię na trop, wiedziałem, że zwierzyny nie zostawisz... Narzućże płaszcz i masz, łyknij z flachy. Czkawka cię męczy.

Kiedy Fandorin, szczękając zębami, łykał z dużej płaskiej butelki resztki rumu „Jamajka”, Ipolit okrył go swoim eleganckim płaszczem, czarnym na czerwonej atłasowej podszewce, a potem sprawnie przesunął nogami trupa Pyżowa na skraj nabrzeża, przetoczył go przez bordiurę i zrzucił do wody.

Jeden głuchy plusk – i po występnym sekretarzu gubernialnym została tylko ciemna kałuża na kamiennej płycie.

– Przyjmij, Panie, duszę sługi Twego, jak mu tam było – rzekł Zurow nabożnym tonem.

– Py-żow. – Erast Pietrowicz znowu czknął, ale dzięki rumowi już nie szczękał zębami. – Porfirij Martynowicz Pyżow.

– I tak nie zapamiętam. – Ipolit niedbale wzruszył ramionami. – Niech go diabli wezmą. Nędzny był z niego człeczyna, od razu widać. Na bezbronnego z pistoletem – tfu! Erazm, przecież on chciał cię zabić! Tak przy okazji, uratowałem ci życie, wiesz o tym?

– Wiem, wiem. Opowiadaj dalej.

– No, dobrze. Dałem ci adres Amalii, a następnego dnia ogarnęła mnie chandra, i to taka, że Boże zmiłuj się. I piłem, i do dziewuch jeździłem, i w banczek przepuściłem z półsta tysięcy – nie pomogło. Spać nie mogę, jeść tak samo. Mogę tylko pić. Ciągle widzę, jak pieścisz Amalię i razem się ze mnie śmiejecie. Albo, co gorsza, w ogóle o mnie nie wspomnicie. Dziesięć dni się męczyłem, poczułem, że rozum mi może odebrać. Jeana, mojego lokaja, pamiętasz? Leży w szpitalu. Zebrało mu się na pouczenia, to nos biedakowi rozkwasiłem i złamałem dwa żebra. Wstyd, bracie Fandorin! Byłem jak w gorączce. Jedenastego dnia zrywam się, mówię: „Basta, zabiję oboje, a potem skończę i ze sobą. Gorzej niż dzisiaj na pewno nie będzie”. Jak jechałem przez Europę – zabij, zamorduj, nie pamiętam. Piłem jak wielbłąd karakumski. Kiedy przejeżdżałem przez Niemcy, wyrzuciłem z wagonu jakichś dwóch Prusaków. Zresztą, nie pamiętam, może mi się przywidziało. Oprzytomniałem dopiero w Londynie. I od razu do hotelu. Nie ma ani jej, ani ciebie. Sam hotel – dziura, Amalia nigdy by się w takim nie zatrzymała. Portier, bestia, ani w ząb po francusku, a ja po angielsku umiem tylko „botl of łyski” i „muw jor es”, jeden miczman[13] mnie nauczył. Po naszemu znaczy: „Butelkę gorzałki, i to żywo”. Wypytuję tego angielskiego kurdupla, portiera, o miss Olsen, a on plecie po swojemu, głową kręci i pokazuje palcem gdzieś za siebie. Że niby wyjechała, a dokąd – nie wiadomo. No to ja o tobie: „Fandorin”, mówię, „Fandorin, muw jor es”. A on, tylko się nie obrażaj, całkiem już oczy wybałuszył. Widać twoje nazwisko po angielsku nie brzmi przyzwoicie. Krótko mówiąc, nie mogłem się z tym fagasem dogadać. Cóż było robić, zamieszkałem w tej norze. Porządek dnia miałem taki: rano do portiera, pytam: „Fandorin?”, ten się kłania, odpowiada: „Moning, ser”, niby że jeszcze nie przyjechał. Idę ulicą, do szynku, tam mam punkt obserwacyjny. Nuda, dokoła beznadziejne gęby, dobrze chociaż, że „botl of łyski” i „muw jor es” mi pomagają. Knajpiarz najpierw się gapił, a potem przywykł, witał mnie jak rodzonego brata. Odkąd się pojawiłem, lepiej mu szedł handel: ludzie przychodzili popatrzeć, jak szklankami wódkę golę. Ale podejść się boją, patrzą z daleka. Nauczyłem się nowych słów: „dżin” to jałowcówka, „ram” to rum, „brendy” – taki lichy koniaczek. Pewnie dostałbym białej gorączki na tym punkcie obserwacyjnym, ale czwartego dnia, chwała Allachowi, w końcu się zjawiłeś. Podjechałeś jak jaki frant, w lakierowanej karecie, z wąsami. Nawiasem mówiąc, źle, że zgoliłeś, z nimi wyglądałeś bardziej zawadiacko. Widzieliście, powiadam, kogucika, jak się puszy? Zaraz będziesz miał figę z makiem zamiast miss Olsen. Ale z tobą łajdak w hotelu zaśpiewał inaczej, nie to co ze mną, więc uznałem, że lepiej się schować; poczekam, dopóki nie wskażesz mi drogi, a potem – zobaczymy, jak karta pójdzie. Skradałem się za tobą po ulicach jak tajniak z policji. Tfu! Całkiem już mi się umysł zmącił. Widziałem, jak się umawiasz z dorożkarzem, więc się przygotowałem: wynająłem konia, owinąłem kopyta ręcznikami hotelowymi, żeby nie stukały. Czeczeńcy tak robią przed wypadem. No, mniejsza z tym, że hotelowymi, ważne, że jakimiś szmatami, rozumiesz?

Erast Pietrowicz wspomniał pozaprzeszłą noc. Tak lękał się zgubić Morbida, że nawet nie przyszło mu do głowy się oglądać, a obserwacja była, jak się wydało, podwójna.

– Kiedy wlazłeś do niej przez okno, to we mnie jakby wulkan zawrzał – ciągnął Ipolit swoją opowieść. – Rękę sobie pogryzłem do krwi. O, popatrz. – Podsunął Fandorinowi pod nos zgrabną, silną rękę; dokładnie między środkowym a wskazującym palcem widać było idealnie równy, półksiężycowaty ślad po ugryzieniu. – No, koniec, mówię sobie, za chwilę tutaj trzy dusze naraz polecą: jedna do nieba (to twoja), a dwie prosto do piekielnych czeluści... Czekałeś tam, nie wiedzieć dlaczego, przy oknie, potem nabrałeś czelności i wlazłeś. Czepiam się ostatniej nadziei: może cię wypędzi. Ona nie lubi takich napaści, sama przywykła komenderować. No więc czekam, a kolana mi się trzęsą. Nagle światło zgasło, słychać strzał i jej krzyk! Oj, myślę, zastrzelił ją Erazm, gorąca głowa. Doigrała się, doczekała! I tak mi nagle, bracie Fandorin, smętnie się zrobiło, jakbym zupełnie sam został na tym świecie i nie miał po co żyć... Wiedziałem, że marnie skończy, sam ją chciałem posłać do Bozi, ale mimo wszystko... Widziałeś mnie przecież, kiedy przebiegałeś obok? A ja stałem jak wryty, nawet do ciebie nie zawołałem. Stałem jak otumaniony... Potem zaczęło się coś dziwnego, a im dalej, tym dziwniej. Najpierw okazało się, że Amalia żyje, musiałeś widocznie spudłować w ciemnościach. Tak darła się i wymyślała służącym, aż się ściany trzęsły. Coś tam rozkazuje po angielsku, fagasi biegają po ogrodzie jak kot z pęcherzem. Ja – w krzaki, przyczaiłem się. W głowie zupełny galimatias. Czuję się jak w preferansie: wszyscy wistują, a ja ze swoimi blotkami siedzę jak głupi. Wolnego, myślę sobie, to się po Zurowie nie pokaże! Tam, w ogrodzie, mieli zabitą na głucho stróżówkę wielkości dwóch psich bud. Wyrwałem deskę, siedzę na czujce, dla mnie to nie nowina. Patrzę, co i jak, ślepia wytrzeszczam, uszu nadstawiam. Satyr śledzący Psyche. A u nich tam jaki rwetes! Istny sztab korpusu przed wizytą najjaśniejszego pana. Służący to coś wnoszą do domu, to coś wynoszą, Amalia pokrzykuje, posłańcy biegają z depeszami. Ni w ząb nie pojmuję: cóż tam mój Erazm nawyprawiał? A niby dobrze wychowany młodzieniec. Powiedz, coś ty z nią zrobił? Lilię na jej ramieniu zobaczyłeś czy jak? Nie ma żadnej lilii, ani na ramieniu, ani nigdzie indziej. No, powiedz, nie dręcz mnie.

Erast Pietrowicz tylko machnął niecierpliwie ręką: nie czas na głupstwa, mów dalej.

– Krótko mówiąc, wsadziłeś kij w mrowisko. Ten twój nieboszczyk – Zurow kiwnął głową w stronę rzeki, gdzie ostatni spoczynek znalazł Porfirij Martynowicz – przyjeżdżał dwa razy. Drugi raz już pod sam wieczór...

– Tyś co, całą noc i dzień tam przesiedział? – zdumiał się Fandorin. – Bez jedzenia i picia?

– Bez jedzenia mogę długo, bylebym miał co pić. A miałem. – Zurow poklepał flachę. – Oczywiście trzeba było wprowadzić racjonowanie. Dwa łyki na godzinę. Ciężko, ale podczas oblężenia Machramu zniosłem nie takie rzeczy... kiedyś ci opowiem. Parę razy przespacerowałem się, odwiedziłem szkapinę. W sąsiednim parku przywiązałem ją do ogrodzenia. Narwę jej trawki, pogadam, żeby się nie nudziła, i z powrotem do stróżówki. U nas bezpańską kobyłkę raz-dwa by zwinęli, ale tutaj naród tępy, bez pomyślunku. Nie wpadli na to. Wieczorem bułanka nawet bardzo mi się przydała. Kiedy nieboszczyk – Zurow znowu kiwnął w stronę rzeki – przyjechał po raz drugi, twoi nieprzyjaciele ruszyli na wyprawę. Wyobraź sobie coś takiego: z przodu, w karecie, Amalia jak istny Bonaparte, na koźle dwa tęgie łobuzy. Za nimi nieboszczyk dorożką. Potem dwaj lokaje w kolasce. A w dali, pod osłoną nocy – jedzie, jedzie na bułance hrabia Zurow; w ciemności tylko cztery ręczniki chodzą tam i nazad. – Ipolit zaśmiał się, mimochodem zerknął na czerwony pas zorzy rozesłany wzdłuż rzeki. Zajechaliśmy, gdzie diabeł mówi dobranoc, no, istna Ligowka: parszywe domki, składy, błoto. Nieboszczyk wepchał się Amalii do karety, widać na naradę. Przywiązałem kobyłkę w bramie, patrzę, co będzie dalej. Nieboszczyk wszedł do domu z jakimś szyldem, pobył tam z pół godziny. Wtedy aura się popsuła. W niebie kanonada, leje jak z cebra. Moknę, ale czekam, bom ciekawy. Znowu zjawił się nieboszczyk, hyc do karety Amalii. Pewnie na nowe konsylium. A mnie się za kołnierz nalało i flacha się opróżnia. Już chciałem przepędzić całą tę szajkę jak kupców ze świątyni i zażądać od Amalii wyjaśnień, ale nagle drzwi karety się otwarły i zobaczyłem coś takiego, że ratuj Panie Boże.

– Zjawę? – spytał Fandorin. – Świecącą?

– No, właśnie. Brr, ciarki przeszły mi po skórze. Nie od razu się połapałem, że to Amalia. Znowu zrobiło się ciekawie. No, bo zachowywała się dziwnie. Najpierw weszła do tego samego domu, potem znikła w sąsiedniej bramie, i znowu z powrotem do wejścia. Lokaj za nią. Krótko potem wyprowadzają jakiś worek na nóżkach. Na to, że ciebie złapali, wpadłem dopiero potem, wtedy by mi nie przyszło do głowy. Dalej wojsko się podzieliło: Amalia z nieboszczykiem wsiedli do karety, drynda pojechała za nimi, a lokaje z workiem, to znaczy z tobą, pognali kolaską w inną stronę. Dobra, myślę, worek nie moja sprawa. Trzeba ratować Amalię; wplątała się w paskudną historię. Jadę za karetą i dryndą, a kopyta ciap-ciap. Odjechali nie tak daleko i stanęli. To ja – z konia, i bułankę za pysk, żeby nie zarżała. Z karety wylazł nieboszczyk i mówi (noc cicha, głos daleko się niesie): „Nie, moja duszko, już ja lepiej sprawdzę. Na sercu jakoś niespokojnie. Zanadto sprytny ten nasz chłopaczek. No, a w razie czego wie pani, gdzie mnie szukać”. Najpierw się wściekłem: jaka ona dla ciebie „duszka”, łapserdaku? A potem mnie oświeciło. Czy to nie o Erazmie gadają? – Ipolit pokiwał głową, wyraźnie dumny ze swojej przenikliwości. – No, a dalej to proste. Stangret z dorożki przesiadł się na kozioł karety. Ja pojechałem za nieboszczykiem. Stałem, o, tam, za tamtym rogiem, nadal pilno mi było się dowiedzieć, czymżeś ty mu dopiekł. Ale rozmawialiście cicho, za diabła nie było słychać. Wcale się nie spodziewałem, że będę strzelał, no i za ciemno na dobry strzał. Ale ten drab zabiłby cię jak nic. Na takie rzeczy to ja, bratku, mam oko. A mój strzał widziałeś? No i powiedz, czy Zurow na darmo dziurawił piątaki? Z czterdziestu kroków prosto w ciemię, a jeszcze dodaj słabe światło.

– No, może nie z czterdziestu – powiedział z roztargnieniem Erast Pietrowicz, myśląc o czymś innym.

– Jak nie z czterdziestu?! – oburzył się Ipołit. – No to policz! – I już nawet zaczął odmierzać odległość krokami (zdaje się, nieco krótkimi), lecz Fandorin go powstrzymał.

– Ty dokąd teraz?

Zurow się zdziwił.

– Jak to dokąd? Doprowadzę cię do ludzkiego stanu, wyjaśnisz mi, co za sens ma to całe wariactwo, zjemy śniadanie, a potem pojadę do Amalii. Zastrzelę żmiję, niech ją licho porwie! Albo wywiozę. Tylko powiedz: jesteśmy sojusznicy czy rywale?

– No więc tak... – Erast Pietrowicz zmarszczył czoło, trąc oczy ze znużeniem. – Pomagać mi nie trzeba – to raz. Nie będę ci nic wyjaśniał – to dwa. Amalię warto byłoby zastrzelić, tylko żeby cię samego przy tym nie zastrzelili – to trzy. A że nie jestem żadnym twoim rywalem i gotuje się we mnie na jej wspomnienie – to cztery.

– Chyba jednak lepiej zastrzelić – skwitował to z zadumą Zurow. – Żegnaj, Erazm. Bóg da, że się zobaczymy.


Po tych nocnych wstrząsach dzień Erasta Pietrowicza, mimo że nasycony wydarzeniami, wydawał się jakiś poszarpany, jakby składał się z oddzielnych, źle ze sobą powiązanych fragmentów. Fandorin niby zastanawiał się i podejmował przemyślane decyzje, a nawet wprowadzał je w życie, ale wszystko to działo się jak gdyby samo z siebie, poza wszelkim scenariuszem. Ostatni dzień czerwca zapamiętał nasz bohater jako ciąg jaskrawych obrazów, między którymi zalega pustka.

Ranek, brzeg Tamizy w rejonie doków. Ładna, słoneczna pogoda, powietrze świeże po burzy. Erast Pietrowicz siedzi w samej bieliźnie na blaszanym dachu niskiego magazynu. Obok rozłożył mokrą odzież i buty. Jedna cholewa jest rozpruta, na słońcu suszą się banknoty i otwarty paszport. Myśli tego, który wychynął z wód, plączą się, gubią drogę, lecz nieodmiennie wracają na główny trakt.

Oni myślą, że jestem martwy, a ja żyję – to raz. Myślą, że nikt już o nich nie wie, a ja wiem – to dwa. Teczka przepadła to trzy. Nikt mi nie uwierzy – to cztery. Wsadzą mnie do domu wariatów – to pięć...

Nie, od początku. Nie wiedzą, że żyję – to raz. Nie szukają mnie – to dwa. Nim zainteresują się Pyżowem, upłynie trochę czasu – to trzy. Teraz można odwiedzić poselstwo i posłać szyfrowaną depeszę do szefa – to cztery...

Nie. Do poselstwa nie można. Bo jeśli nie jeden Pyżow tam jest zdrajcą? Amalia się dowie i wszystko zacznie się na nowo. W ogóle nie można nikogo wtajemniczać w tę aferę. Tylko szefa. A depesza tu na nic. Szef gotów pomyśleć, że te europejskie wrażenia odebrały Fandorinowi rozum. Posłać list do Moskwy? Można, ale przecież nadejdzie za późno.

Co robić? Co robić? Co robić?

Dzisiaj według tutejszego kalendarza jest ostatni dzień czerwca. Dzisiaj Amalia podsumuje swoją czerwcową buchalterię i pakiet odejdzie do Petersburga, do Nicholasa Crooga. Pierwszy zginie radca rzeczywisty, ojciec dzieciom, zasłużony człowiek. Będzie na miejscu, w Petersburgu, w mig się do niego dobiorą. Dosyć to głupie z ich strony: pisać z Petersburga do Londynu, żeby odebrać odpowiedź znowu w Petersburgu. Zbytek konspiracji. Oczywista, filie tajnej organizacji nie wiedzą, gdzie znajduje się sztab główny. Czy może sztab przemieszcza się z kraju do kraju? Teraz jest w Petersburgu, a za miesiąc będzie gdzieś indziej. Albo nie sztab, tylko jeden człowiek? Kto, Croog? Nie, to by było za proste, ale Crooga z pakietem trzeba aresztować.

A w jaki sposób zatrzymać pakiet?

W żaden. To niemożliwe.

Stop. Zatrzymać go nie można, ale wyprzedzić – owszem! Ile dni idzie poczta do Petersburga?


Następny akt rozgrywa się kilka godzin później w gabinecie dyrektora Środkowo-Wschodniego Okręgu Pocztowego miasta Londynu. Dyrektor jest zaszczycony: Fandorin przedstawił się jako rosyjski książę – więc nazywa go prince i your highness, wymawiając tytuł z nieukrywaną satysfakcją. Erast Pietrowicz ma elegancki surdut i laseczkę, bez której prawdziwy prince byłby nie do pomyślenia.

– Bardzo żałuję, prince, ale przegra pan ów zakład. – Już po raz trzeci naczelnik poczty oświeca niepojętnego Rosjanina, jak się rzeczy mają. – Pański kraj jest członkiem założonego w ubiegłym roku związku, który zrzesza dwadzieścia dwa kraje, zamieszkane przez ponad trzysta pięćdziesiąt milionów ludzi. Na takim obszarze obowiązują jednolite regulaminy i taryfy. Skoro list został wysłany z Londynu dzisiaj, trzydziestego czerwca, jako pilny, to go pan nie wyprzedzi – dokładnie po sześciu dniach, rankiem szóstego lipca, przesyłka trafi do urzędu pocztowego w Sankt-Petersburgu. No, nie szóstego, tylko jak tam wypadnie według waszego kalendarza?

– Dlaczegóż to list trafi, a ja nie? – „Książę” nie może tego przyjąć do wiadomości. – Przecież nie leci w powietrzu!

Dyrektor tłumaczy z mądrą miną:

– Widzi pan, wasza wysokość, pakiety ze stemplem „pilne” dostarczane są bez jednej minuty opóźnienia. Przypuśćmy, że wsiada pan na dworcu Waterloo do tego samego pociągu, którym wyprawiono pilny list. W Dover dostaje się pan na ten sam prom. Do Paryża, na Gare du Nord, również przybywa o tej samej porze.

– No więc o co chodzi?

– A o to – triumfuje dyrektor – że nie ma nic szybszego od poczty! Przybył pan do Paryża i musi się pan przesiąść na pociąg do Berlina. Trzeba kupić bilet, przecież zawczasu pan go nie zamówił. Trzeba wziąć dorożkę i pojechać przez centrum na inny dworzec. Trzeba poczekać na pociąg berliński, który jeździ raz dziennie. Teraz wróćmy do naszego pilnego listu. Z Gare du Nord jedzie on specjalną drezyną pocztową, okrężnym torem, i dostarczany jest na pierwszy pociąg w kierunku wschodnim. Niekoniecznie pasażerski, może to być towarowy z wagonem pocztowym.

– Przecież i ja mogę zrobić to samo! – wykrzykuje w podnieceniu Erast Pietrowicz.

Orędownik sprawy poczty surowo go strofuje:

– Może u was w Rosji takie rzeczy są do pomyślenia, ale nie na Zachodzie. Hmm, powiedzmy, Francuza można jeszcze przekupić, ale przesiadając się w Berlinie, nic pan nie wskóra; urzędnicy pocztowi i kolejowi w Niemczech słyną z nieprzekupności.

– Czyżby wszystko przepadło? – wykrzykuje po rosyjsku ostatecznie zrozpaczony Fandorin.

– Co, przepraszam?

– Sądzi pan zatem, że przegrałem zakład? – pyta ponuro „książę”, znowu przechodząc na angielski.

– A o której godzinie nadano list? Zresztą to nieważne. Nawet gdyby pan zaraz pobiegł stąd na stację, będzie już za późno.

Słowa Anglika wywierają magiczne działanie na rosyjskiego arystokratę.

– O której? No tak, oczywiście! Dzisiaj jest jeszcze czerwiec! Morbid zbierze listy dopiero o dziesiątej wieczór! Zanim ona je przepisze... I zaszyfruje? Przecie nie pośle tak zwyczajnie, otwartym tekstem? Z pewnością zaszyfruje, a jakże! A to znaczy, że pakiet odejdzie dopiero jutro! I przyjdzie nie szóstego, tylko siódmego! Czyli po naszemu dwudziestego piątego czerwca! Mam dzień w zapasie!

– Nic nie rozumiem, prince. – Dyrektor rozkłada ręce, lecz Fandorina już nie ma w gabinecie; właśnie zatrzasnęły się za nim drzwi. – Your highness, pańska laseczka!... Ach, ci rosyjscy boyars.


No i wreszcie mamy wieczór tego wielce trudnego, jak gdyby spowitego we mgle, ale bardzo ważnego dnia. Wody kanału La Manche. Nad morzem używa sobie ostatni czerwcowy zachód. Prom „Książę Gloucester” trzyma kurs na Dunkierkę. Na dziobie stoi Fandorin, jak prawdziwy Brytyjczyk, w kepi, kraciastym garniturze i szkockiej pelerynce. Patrzy tylko przed siebie, na zbliżający się powoli brzeg Francji. Na kredowe skały Dover Erast Pietrowicz nie obejrzał się ani razu. Z jego ust dobywa się nieustanny szept:

– Żeby tylko poczekała z wysyłką do wieczora. Żeby tylko poczekała...

Rozdział trzynasty,

w którym przedstawione są wydarzenia z dwudziestego piątego czerwca

Letnie słońce malowało w złote kwadraty podłogę w sali głównego petersburskiego urzędu pocztowego. Pod wieczór jeden z kwadratów zmienił się w długi prostokąt, dotarł do okienka „Poste restante” i momentalnie rozgrzał kontuar. Zrobiło się duszno i sennie, mucha brzęczała usypiająco, a siedzący w okienku pracownik poczuł znużenie – na szczęście strumień klientów pomału wysychał. Jeszcze pół godzinki i drzwi poczty się zamkną, a potem tylko zdać księgę kontrolną i można iść do domu. Pracownik (nazwijmy go zresztą po imieniu – Kondratij Kondratjewicz Sztukin, siedemnaście lat służby w resorcie poczt i telegrafów, chwalebna droga od zwykłego listonosza do urzędnika...tej klasy) wydał polecony z Rewia starszej Fince o śmiesznym nazwisku Pyrva i popatrzył, czy Anglik jeszcze siedzi.

Siedzi, nigdzie się nie podział. Bądź co bądź, to uparty naród. Anglik zjawił się z samego rana, ledwie otwarto pocztę, i jak usiadł z gazetą przy ścianie, tak przesiedział cały dzień; nie pił, nie jadł, a nawet, uczciwszy uszy, za potrzebą się nie oddalił. Jak kamień. Widocznie ktoś wyznaczył mu spotkanie i nie przyszedł – rzecz u nas zwyczajna, ale Brytyjczycy tego nie wiedzą, punktualni z nich ludzie, zdyscyplinowani. Kiedy tylko ktoś, szczególnie o wyglądzie cudzoziemca, podchodził do okienka, Anglik cały się wyprężał i nawet granatowe okulary zsuwał na sam koniuszek nosa. Ale to ciągle byli nie ci, których szukał. Nasz dawno by się już rozeźlił, machnął ręką. Zacząłby się skarżyć wszystkim naokoło, a ten tylko wsadził nos w swojego „Timesa” i siedzi. A może nie ma człowiek dokąd pójść? Przyjechał prosto z dworca – o, przecież ma podróżny garnitur w kratkę i sakwojaż – myślał, że ktoś wyjdzie go powitać, a tu nic. No więc co mu pozostało? Pan Kondratij wrócił z obiadu, użalił się nad synem Albionu i przez portiera Trifona spytał go, czy czego nie potrzebuje, ale ten w kratkę, rozdrażniony, pokręcił tylko głową i wsunął Trifonowi dwudziestkę: żeby się odczepił. No, jak sobie pan chcesz.

Przed okienkiem stanął chłopina, z wyglądu jakiś stangret, i podał wygnieciony paszport.

– Zobacz no, miły człowieku, czy nie ma czego dla Nikoły Mitrofanycza Kruga?

– Skąd ma nadejść? – spytał surowo Sztukin, biorąc paszport.

Odpowiedź była zaskakująca:

– Z Anglii, z miasta Londyna.

Najlepsze, że list z Londynu się znalazł – tylko nie na „K”, ale na łacińskie „C”. To ci dopiero „Mr Nicholas M. Croog”! Czego się człowiek nie napatrzy w tym poste restante.

– Ale czy to na pewno ty? – spytał Sztukin, nie tyle nieufny, co zaciekawiony.

– To ja, nie strachaj się – odpowiedział dosyć ordynarnie stangret, wsadził łapsko w okienko i capnął żółty pakiet ze stemplem „Pilne”.

Pan Kondratij podsunął mu księgę kontrolną.

– Podpisać się umiesz?

– Nie gorzej jak jenszy. – Po czym w rubryce „Odebrano” chamidło nakreśliło jakiś gryzmoł.

Sztukin odprowadził niemiłego klienta poirytowanym spojrzeniem i machinalnie zerknął na Anglika, ale ten zniknął. Najpewniej w końcu dał za wygraną.


Z zamierającym sercem Erast Pietrowicz oczekiwał stangreta na ulicy. Macie Nicholasa Crooga! Im dalej, tym więcej zagadek. Najważniejsze jednak, że sześciodniowy rajd przez Europę nie był daremny! Fandorin wyprzedził, dopędził, przechwycił! Teraz będzie miał z czym pokazać się szefowi. Tylko żeby nie zgubić tego Crooga.

Przy słupie drzemał wynajęty na cały dzień fiakier. Nieszczęśnik otępiał z przymusowej bezczynności i bardzo cierpiał, że zażądał od tego dziwaka jedynie pięciu rubli; za takie męczeństwo można było dostać i sześć. Kiedy w końcu zobaczył wychodzącego pasażera, wyprostował się i chwycił lejce, ale Erast Pietrowicz nawet nie spojrzał w jego stronę.

Pojawił się obiekt obserwacji. Zszedł po schodkach, włożył granatową czapkę i skierował się do stojącej nieopodal karety. Fandorin niespiesznie ruszył jego śladem. Przy karecie obiekt się zatrzymał, znowu ściągnął czapkę, ukłonił się i podał żółty pakiet. Z okna wysunęła się męska ręka w białej rękawiczce, odbierając przesyłkę.

Fandorin przyspieszył kroku, żeby przyjrzeć się twarzy nieznajomego. Na szczęście zdążył.

W karecie, oglądając pod światło łąkowe pieczęcie, siedział rudowłosy jegomość o przenikliwych zielonych oczach i z mnóstwem piegów na bladej twarzy. Erast Pietrowicz poznał go od razu: to przecież mister Gerald Cunningham we własnej osobie, wspaniały pedagog, przyjaciel sierot i prawa ręka lady Astair!

Wyszło na to, że dorożkarz męczył się niepotrzebnie – adresu mister Cunninghama nietrudno się dowiedzieć. Na razie było coś ważniejszego do załatwienia.


Kondratija Sztukina czekała niespodzianka: Anglik wrócił. Tylko że teraz okropnie się spieszył. Podbiegł do punktu przyjmowania telegramów, wsunął głowę do okienka i jął dyktować Michaiłowi Nikołaiczowi coś bardzo pilnego. A pan Michaił też nie wiadomo czemu zaczął się spieszyć, uwijać, co rzadko mu się zdarzało.

Sztukina to zaciekawiło. Wstał (klientów na szczęście nie było) i jak gdyby spacerując, przeszedł na drugą stronę sali do aparatu telegraficznego. Zatrzymał się koło stukającego w skupieniu kluczem pana Michaiła, trochę się pochylił i przeczytał nagryzmolone w pośpiechu słowa:


Do Urzędu Śledczego Policji Moskiewskiej. Bardzo pilne. Do radcy stanu pana Brillinga. Wróciłem. Proszę niezwłocznie porozumieć się ze mną. Czekam przy aparacie na odpowiedź. Fandorin.


Ano, chyba że tak, teraz wiadomo. Sztukin spojrzał na „Anglika” innymi oczami. Śledczy, znaczy się. Ściga złoczyńców. No, no...

Agent miotał się po sali przez dziesięć minut, nie dłużej, bo Michaił Nikołaicz, czekający przy aparacie, już dał mu znak ręką i wyciągnął taśmę kolejnej depeszy.

Pan Kondratij od razu, wprost z taśmy, odczytał:


DO P. FANDORINA, PAN BRILLING ZNAJDUJE SIĘ W ST. PB. ADRES: KATIENINA, DOM SIEVERSA. URZĘDNIK DYŻURNY ŁOMIEJKO.


Ta informacja z jakiegoś powodu niezwykłe uradowała kraciastego. Klasnął nawet w dłonie i spytał obserwującego go z ciekawością Sztukina:

– Ulica Katienina to gdzie? Daleko?

– Zupełnie niedaleko, proszę szanownego pana – odrzekł uprzejmie Kondratij Kondratjewicz. – Łatwo dojechać, tu kursują karety. Niech pan wysiądzie na rogu Prospektu Newskiego i Litiejnego, a dalej...

– Nie trzeba, mam dorożkarza. – Agent nie wysłuchał go do końca. Wymachując sakwojażem, pobiegł do wyjścia.


Bardzo się spodobała Erastowi Pietrowiczowi ulica Katienina. Wyglądała dokładnie tak samo jak najgłówniejsze ulice Berlina czy Wiednia: asfalt, nowiutkie latarnie elektryczne, solidne kilkupiętrowe domy. Jednym słowem, Europa.

Szczególnie piękny był Dom Sieversa, z kamiennymi rycerzami na frontonie i bramą jasno oświetloną, chociaż wcale się jeszcze nie ściemniło. No bo gdzież indziej miałby mieszkać ktoś taki jak Iwan Francewicz Brilling? Nie sposób było go sobie wyobrazić w jakimś starym domku z zakurzonym podwórkiem i sadem jabłoniowym.

Usłużny szwajcar uspokoił Erasta Pietrowicza, mówiąc, że pan Brilling jest w domu, „będzie pięć minut, jak wrócił”. Wszystko dzisiaj szło Fandorinowi jak po maśle, wszystko się udawało.

Przeskakując po dwa stopnie, wbiegł na piętro i nacisnął wypucowany, świecący się jak złoto dzwonek elektryczny.

Drzwi otworzył sam Iwan Francewicz. Nie zdążył się jeszcze przebrać, zdjął tylko surdut. Pod wysokim nakrochmalonym kołnierzykiem widać było nowiutki, pobłyskujący tęczową emalią Krzyż Świętego Włodzimierza.

– Szefie, to ja! – oświadczył z radością Fandorin, napawając się efektem.

Efekt w samej rzeczy przeszedł wszelkie oczekiwania. Iwan Francewicz po prostu oniemiał, a nawet zamachał rękami, jakby chciał wyrzec: „Zgiń, przepadnij, siło nieczysta!”. Erast Pietrowicz zaśmiał się.

– Cóż to, nie spodziewał się pan?

– Fandorin! A pan skąd?! Już myślałem, że pana żywego nie zobaczę!

– Dlaczegóż to? – nie bez kokieterii zainteresował się podróżnik.

– No jakże?... Przecież zniknął pan bez śladu. Ostatni raz widziano pana w Paryżu dwudziestego szóstego. Do Londynu pan nie dotarł. Wysłałem depeszę do Pyżowa i odpowiedziano mi, że Pyżow gdzieś przepadł, policja go szuka!

– W Londynie napisałem szczegółowy list i wysłałem go do moskiewskiego Urzędu. Jest tam o Pyżowie i o całej reszcie. Jak nie dziś, to jutro pewnie nadejdzie. Przecież nie wiedziałem, że jest pan w Petersburgu.

Szef się zafrasował.

– Źle pan wygląda. Nie jest pan chory?

– Szczerze mówiąc, raczej okropnie głodny. Przez cały dzień wartowałem na poczcie, nie miałem w ustach ani kęsa.

– Wartował pan na poczcie? Chwileczkę, niech pan nic nie mówi. Zrobimy tak. Najpierw dam panu herbaty i ciastek. Mój Siemion, łajdak, już trzeci dzień jest pijany, tak że gospodaruję sam. Żywię się przeważnie cukierkami i ciastkami od Filipowa. Pan przecież lubi słodycze?

– Bardzo – potwierdził ochoczo Erast Pietrowicz.

– Ja też. To wczesne sieroctwo się we mnie odzywa. Nie przeszkodzi panu, że tak w kuchni, po kawalersku?

Kiedy szli korytarzem, Fandorin zdążył zauważyć, że mieszkanie Brillinga, choć nawet niezbyt duże, umeblowane jest arcypraktycznie i starannie: wszystko, co trzeba, ale nic ponadto. Młodego człowieka zainteresowała zwłaszcza wisząca na ścianie lakierowana skrzynia z dwiema czarnymi metalowymi rurkami.

– To prawdziwy cud współczesnej nauki – wyjaśnił Iwan Francewicz. – Nazywa się „aparat Bella”. Dopiero co przywieziony z Ameryki, od naszego agenta. Jest tam pewien genialny wynalazca, mister Bell, dzięki któremu można teraz prowadzić rozmowę na sporą odległość, nawet kilku wiorst. Dźwięk biegnie przewodami podobnymi do telegraficznych. To egzemplarz doświadczalny, produkcja aparatów jeszcze się nie zaczęła. W całej Europie są tylko dwie linie: jedna ciągnie się z mojego mieszkania do sekretariatu szefa Trzeciego Oddziału, drugą poprowadzono w Berlinie, z gabinetu kajzera do kancelarii Bismarcka. Tak więc nadążamy za postępem.

– Świetnie! – zachwycił się Erast Pietrowicz. – I co, dobrze słychać?

– Nie bardzo, ale zrozumieć można. W słuchawce niekiedy mocno trzeszczy... A co pan powie na oranżadę zamiast herbaty? Jakoś nie bardzo umiem radzić sobie z samowarem.

– Powiem... że bardzo chętnie – zapewnił szefa Erast Pietrowicz, a Brilling jak dobry czarodziej postawił przed nim butlę oranżady, a na talerzu podał eklery, babki z kremem, bezy marcepanowe i rurki posypane migdałami.

– Proszę pałaszować – powiedział – a ja tymczasem wprowadzę pana w nasze sprawy. Potem przyjdzie kolej na pańską spowiedź.

Fandorin skinął głową, mając wypchane usta, a podbródek przyprószony cukrem pudrem.

– A zatem – zaczął szef – o ile pamiętam, dwudziestego siódmego maja wyjechał pan do Petersburga po pocztę dyplomatyczną. Od razu po pańskim wyjeździe zaczęły się u nas rzeczy wielce ciekawe. Żałowałem, że pana puściłem, bo liczył się każdy człowiek. Dzięki agenturze udało mi się stwierdzić, że jakiś czas temu w Moskwie powstała nieduża, ale nader i aktywna grupka rewolucjonistów radykałów, istnych szaleńców. Jeśli zwykli terroryści stawiają sobie za cel likwidować tych, „którzy nurzają w krwi ręce”, to ci postanowili zabrać się do „głupstwa plotących”.

– Kogo, kogo? – Fandorin, pochłonięty smakowitym eklerem, nie zrozumiał.

– No, u Niekrasowa jest taki wiersz: „Od zwycięzców, od głupstwa plotących, od tych, którzy nurzają w krwi ręce, prowadź mnie do szeregów ginących za miłości nakazy najświętsze”[14]. No więc nasi „ginący za najświętsze nakazy miłości” podzielili się rolami. Głównej organizacji dostali się ci, „którzy nurzają w krwi ręce” – ministrowie, gubernatorzy, generałowie. A nasza moskiewska frakcja postanowiła zająć się „plotącymi głupstwa”, bo przecież są „tłuści i syci”. Jak udało się wyjaśnić przez agenta, który przeniknął do grupy, „frakcja” przyjęła nazwę „Azazel”; to taka bogoburcza fanfaronada. Planowano cały szereg morderstw wśród złotej młodzieży, „pasożytów” i „utracjuszy”. Z „Azazelem” miała też styczność Bieżecka, najwyraźniej emisariuszka międzynarodowej organizacji anarchistycznej. Samobójstwo, a faktycznie zabójstwo Piotra Kokorina, przez nią zorganizowane, było pierwszą akcją „Azazela”. No, o Bieżeckiej, myślę, że jeszcze mi pan opowie. Następną ofiarą stał się Achtyrcew, który jako wnuk kanclerza, księcia Korczakowa, interesował spiskowców znacznie bardziej niż Kokorin. Widzi pan, młody przyjacielu, plan terrorystów był szalony, ale zarazem diabelnie wyrachowany. Stwierdzili, że dalece łatwiej dobrać się do potomków ważnych osobistości niż do samych osobistości, a cios w hierarchię państwową będzie jeszcze potężniejszy. Na przykład książę Michaił Aleksandrowicz jest tak przybity śmiercią wnuka, że prawie zostawił sprawy państwowe i serio myśli o dymisji. A przecież to człowiek niezwykle zasłużony, pod wieloma względami wpłynął na kształt obecnej Rosji.

– A to łotry! – oburzył się Erast Pietrowicz, a nawet odłożył niedojedzoną marcepankę.

– Kiedy zaś udało mi się ustalić, że ostatecznym celem „Azazela” jest zabicie cesarzewicza...

– Nie może być!

– Niestety, może. No więc kiedy to wyszło na jaw, kazano mi podjąć energiczne działania. Musiałem się podporządkować, choć osobiście wolałbym najpierw uzyskać pełny obraz. Sam pan jednak rozumie, gdy na szali waży się życie Jego Cesarskiej Wysokości... Przeprowadziliśmy operację, ale niezbyt nam się udała. Pierwszego czerwca terroryści mieli wyznaczone spotkanie na daczy w Kuźminkach. Przypomina pan sobie? Opowiadałem kiedyś. Co prawda, był pan wówczas pochłonięty swoją ideą. No i jak? Wykrył pan coś?

Erast Pietrowicz zaczął coś mamrotać z pełnymi ustami, przełknął niepogryziony kawałek rurki z kremem, ale Brilling go przyhamował:

– Dobrze, potem. Niech pan je. No więc tak... Otoczyliśmy daczę ze wszystkich stron. Musiałem pracować tylko z moimi petersburskimi agentami, nie ściągając moskiewskiej policji i żandarmerii. Należało przecież za wszelką cenę uniknąć rozgłosu. – Iwan Francewicz westchnął ze złością. – To ja zawiniłem, zanadto byłem ostrożny. Krótko mówiąc, za mało miałem ludzi, żeby przeprowadzić akcję jak należy. Zaczęła się strzelanina. Dwaj agenci są ranni, jeden zabity. Nigdy sobie tego nie wybaczę... Żywcem nie dostaliśmy nikogo, są cztery trupy, jeden, wnosząc z opisu, podobny był do pańskiego białookiego. Oczu jako takich pański znajomek jednak nie zachował – ostatnią kulą odstrzelił sobie pół czaszki. W piwnicy znaleziono laboratorium do produkcji diabelskich machin, jakieś papiery, ale jak już mówiłem, w planach i kontaktach „Azazela” wiele spraw pozostało zagadką. Obawiam się, że już na zawsze nierozwiązaną... Niemniej najjaśniejszy pan, kanclerz i szef korpusu żandarmów wysoko ocenili naszą operację w Moskwie. Opowiadałem Ławrientijowi Arkadjewiczowi i o panu. Wprawdzie nie brał pan udziału w finale, ale mimo wszystko bardzo pan nam pomógł podczas śledztwa. Biorę pańskie sprawy w swoje ręce... Posilił się pan? Teraz proszę opowiadać. Co tam w Londynie? Udało się trafić na ślad Bieżeckiej? Cóż, u diabła, z tym Pyżowem? Zabity? I po kolei, po kolei, niech pan nic nie pomija.

Im bardziej opowieść szefa zbliżała się do końca, tym większą zawiścią pałał Erast Pietrowicz, a przygody, z których jeszcze niedawno był taki dumny, bladły i gasły w jego oczach. Zamach na cesarzewicza? Strzelanina! Piekielne machiny! Los nieźle zadrwił sobie z Fandorina – mirażem sławy zwiódł go z głównego traktu na żałosną wiejską ścieżynę...

Mimo to Fandorin szczegółowo zrelacjonował Iwanowi Francewiczowi swoją epopeję. Tylko o okolicznościach, w jakich stracił granatową teczkę, opowiadał nieco mgliście i nawet lekko poczerwieniał, co, jak się zdaje, nie uszło uwagi Brillinga, w posępnym milczeniu słuchającego tej historii. Wreszcie Erast Pietrowicz, ożywił się, nabrał animuszu i pozwolił sobie na efektowne zakończenie.

– Widziałem tego człowieka! – zawołał, dochodząc do sceny na petersburskiej poczcie głównej. – Wiem, kto ma teczkę i kieruje całą organizacją! „Azazel” żyje, ale już się nam nie wymknie!

– Mówże pan, do diabła! – krzyknął szef. – Dosyć tej dziecinady! Któż to taki? Gdzie jest?

– Tutaj, w Petersburgu. – Fandorin rozkoszował się zemstą. – Niejaki Gerald Cunningham, główny pomocnik tej właśnie lady Astair, na którą wielokrotnie zwracałem panu uwagę. – Delikatnie zakaszlał. – Sprawa testamentu Kokorina też się wyjaśnia. Teraz wiadomo, dlaczego Bieżecka kierowała myśli swoich wielbicieli w stronę esternatów. I proszę, jak się ten rudzielec urządził! Cóż za osłona, prawda? Sierotki, filie na całym świecie, patronka altruistka, przed którą otwierają się wszystkie drzwi. Spryciarz, co tu dużo mówić!

– Cunningham? – oburzył się szef. – Gerald Cunningham? Ależ ja dobrze znam tego pana, należymy do jednego klubu. – Rozłożył ręce. – Osobnik zaiste bardzo intrygujący, ale jakoś nie mogę sobie wyobrazić, żeby był w zmowie z nihilistami i mordował rzeczywistych tajnych radców.

– Ależ nie mordował, nie mordował! – zawołał Erast Pietrowicz. – Tylko z początku sądziłem, że w listach są nazwiska ofiar. A powiedziałem o tym, żeby przybliżyć panu tok swoich myśli. W pośpiechu przecież nie od razu się człowiek połapie. A potem, jak tłukłem się pociągami przez całą Europę, nagle mnie olśniło! Jeśli na liście są przyszłe ofiary, to dlaczego widnieją przy nich daty? I to wszystkie minione! Coś tu się nie zgadza! Nie, Iwanie Francewiczu, tutaj chodzi o co innego!

Fandorin nawet poderwał się z krzesła – tak go owe myśli rozochociły.

– O co innego? Ale o co? – Brilling zmrużył jasne oczy.

– Uważam, że to lista członków potężnej organizacji międzynarodowej. A pańscy moskiewscy terroryści są jej małym, najmniejszym ogniwem. – Przy tych słowach twarz szefa przybrała taki wyraz, że Erast Pietrowicz poczuł mściwą satysfakcję, natychmiast jednak zawstydził się niegodnego uczucia. – Centralną postacią organizacji, której głównego celu na razie nie znamy, jest Gerald Cunningham. Obaj go widzieliśmy, całkiem nietuzinkowy jegomość. „Miss Olsen”, której obowiązki od czerwca pełni Amalia Bieżecka – to centrum rejestracji, coś w rodzaju oddziału kadr. Z całego świata spływają tam wieści o zmianach stanowisk służbowych członków organizacji. „Miss Olsen” regularnie, raz na miesiąc, przekazuje nowe wiadomości Cunninghamowi, który od ubiegłego roku rezyduje w Petersburgu. Mówiłem panu, że Bieżecka ma w sypialni tajny schowek. Prawdopodobnie przechowuje w nim pełen spis członków owego „Azazela” możliwe, że organizacja rzeczywiście się tak nazywa. Albo też jest to ich hasło, rodzaj zaklęcia. Słyszałem je dwukrotnie i za każdym razem miało właśnie dojść do morderstwa. W sumie wszystko to przypomina społeczność masońską, tylko nie wiadomo, co ma z tym wspólnego upadły anioł. A rozmach chyba większy niż u masonów. Niech pan tylko pomyśli: czterdzieści pięć listów przez miesiąc! I to jacy ludzie – senator, minister, generałowie!

Szef cierpliwie patrzył na Erasta Pietrowicza, oczekując dalszego ciągu, ponieważ młody człowiek wyraźnie nie skończył jeszcze przemowy – zmarszczył czoło i w napięciu nad czymś rozmyślał.

– Iwanie Francewiczu, co do Cunninghama sądzę... Jest przecież poddanym brytyjskim, tak zwyczajnie z rewizją się do niego nie wejdzie, prawda?

– No, powiedzmy – odparł szef. – Niech pan mówi dalej.

– A zanim pan dostanie zezwolenie, on tak schowa pakiet, że nie znajdziemy żadnych dowodów. Nie wiadomo jeszcze, jak bardzo jest ustosunkowany i kto się za nim wstawi. Tutaj potrzebna jest chyba szczególna ostrożność. Warto by najpierw zbadać cały łańcuch rosyjski i wyjąć ogniwo za ogniwem, co?

– I jak to mamy zrobić? – Z najżywszą ciekawością spytał Brilling. – Przez dyskretną obserwację? No, niegłupio.

– Można i przez obserwację, ale wydaje mi się, że jest pewniejszy sposób.

Iwan Francewicz pomyślał chwilę i rozłożył ręce, jak gdyby się poddawał. Zadowolony z siebie Fandorin napomknął taktownie:

– A rzeczywisty radca stanu, mianowany siódmego czerwca?

– Sprawdzić wszystkie nominacje z najwyższego rozkazu? – Brilling palnął się w czoło. – Powiedzmy, za pierwszą dekadę czerwca? Brawo, Fandorin, brawo!

– Oczywiście, szefie. Nawet nie za całą dekadę, tylko od poniedziałku do piątku, od trzeciego do ósmego. Świeżo upieczony generał raczej by nie zwlekał z przekazaniem tak radosnej wieści. Ilu nowych rzeczywistych radców stanu może pojawić się w cesarstwie w ciągu tygodnia?

– Pewnie paru, kiedy tydzień jest urodzajny. Zresztą nie interesowałem się tym.

– Otóż to, należy wszystkich wziąć pod obserwację, sprawdzić przebieg służby, krąg znajomości i tak dalej. Wykryjemy naszego „azazelowca” jak nic.

– To mówi pan, że wszystkie zdobyte wiadomości wysłał pocztą do Urzędu w Moskwie? – Brilling swoim zwyczajem zmienił wątek rozmowy.

– Tak, szefie. Nie dziś, to jutro pakiet trafi do miejsca przeznaczenia. A co, podejrzewa pan kogoś z wyższych szarż w moskiewskiej policji? Dla większej powagi napisałem na kopercie: „Do rąk własnych Jaśnie Wielmożnego Pana radcy stanu Brillinga albo, w razie jego nieobecności. Jego Ekscelencji Pana Oberpolicmajstra”. Tak że nikt nie ośmieli się otworzyć. A oberpolicmajster, jak przeczyta, z pewnością skontaktuje się z panem.

– Tak, to rozsądne – pochwalił Iwan Francewicz i umilkł na długo, patrząc w ścianę. Jego twarz stawała się coraz bardziej ponura.

Erast Pietrowicz siedział, wstrzymując oddech. Wiedział, że szef waży wszystko, co usłyszał, i zaraz powiadomi go o decyzji; najwyraźniej niełatwo mu było ją podjąć.

Brilling głośno westchnął i jakoś gorzko się uśmiechnął.

– Dobra, Fandorin, wszystko biorę na siebie. Są choroby, które można wyleczyć tylko przez operację. Tak właśnie postąpimy. Sprawa jest wagi państwowej, a w takich wypadkach nie muszę się przejmować formalnościami. Złapiemy Cunninghama. Od razu, na gorącym uczynku, to znaczy – z pakietem. Sądzi pan, że list jest zaszyfrowany?

– Bez wątpienia. Informacje są zbyt ważne. Mimo wszystko przesyłka idzie zwykłą pocztą, chociaż jako „pilna”. Niewiele trzeba, żeby trafiła w niepowołane ręce, zaginęła. Nie, Iwanie Francewiczu, tacy nie lubią zbędnego ryzyka.

– Tym bardziej. Cunningham zatem deszyfruje list, czyta go, wpisuje do kartoteki. Przecież musi mieć kartotekę! Obawiam się, że w piśmie przewodnim Bieżecka donosi mu o pańskich przygodach, a Cunningham jest mądry, od razu się domyśli, że mógł pan wysłać raport do Rosji. Nie, trzeba go aresztować teraz, bezzwłocznie! A i list przewodni byłoby nieźle przeczytać. Ten Pyżow nie daje mi spokoju. A jeśli nie tylko jego przekupili? Z ambasadą angielską porozmawiamy później. Jeszcze nam podziękują. Pan przecież twierdzi, że w wykazach figurowali poddani królowej Wiktorii?

– Tak, chyba z pół tuzina – potwierdził Erast Pietrowicz, zakochanymi oczami patrząc na szefa. – Oczywiście najlepiej aresztować Cunninghama teraz, ale... Jeśli przyjedziemy i nic nie znajdziemy? Nigdy bym sobie nie darował, gdyby pana przeze mnie... To znaczy, we wszystkich instancjach jestem gotów...

– Niech pan skończy z tymi głupstwami – żachnął się rozdrażniony Brilling. – Pan naprawdę myśli, że w razie fiaska zwalę winę na takiego chłopaczka? Wierzę w pana, Fandorin. I niech to wystarczy.

– Dziękuję – powiedział cicho Erast Pietrowicz.

Iwan Francewicz ukłonił się z ironiczną miną.

– Nie ma za co. No już, dosyć tych czułości. Do rzeczy! Adres Cunninghama znam, mieszka na Wyspie Aptekarskiej, w skrzydle petersburskiego esternatu. Ma pan broń?

– Tak, kupiłem w Londynie rewolwer „Smith and Wesson”. Leży w sakwojażu.

– Niech pan pokaże.

Fandorin szybko przyniósł z przedpokoju ciężki rewolwer, który właśnie ze względu na solidność strasznie mu się podobał.

– Gruchot – ocenił szef, ważąc pistolet w dłoni. – Czymś takim mogą się strzelać w knajpie amerykańscy „chłopcy od krów”. Dla poważnego agenta się nie nadaje. Rekwiruję go, w zamian dostanie pan coś lepszego.

Wyszedł na chwilę i wrócił z małym płaskim rewolwerem, który prawie cały mieścił się w dłoni.

– Proszę, to belgijski siedmiostrzałowy gerstal. Nowinka, specjalne zamówienie. Nosi się za plecami, pod surdutem, w małej kaburze. W naszej profesji rzecz niezastąpiona. Lekki, bije niedaleko i z dużym rozrzutem, za to nie musi pan repetować, co gwarantuje szybkostrzelność. Nie celujemy do tuza, prawda? A przeżywa zazwyczaj ten agent, który strzela pierwszy i to niejeden raz. Zamiast kurka jest bezpiecznik ten tutaj guziczek. Dosyć oporny, żeby przypadkowo nie wystrzelić. Kiedy tak szczęknie, to pal pan choćby siedem razy z rzędu. Jasne?

– Jasne. – Erast Pietrowicz zapatrzył się na zgrabną zabawkę.

– Potem się pan nacieszy, teraz nie ma czasu. – Brilling popchnął go do wyjścia.

– Aresztujemy go we dwóch? – spytał pełen zapału Fandorin.

– Niech pan nie plecie głupstw.

Iwan Francewicz zatrzymał się przy „aparacie Bella”, zdjął słuchawkę w kształcie rożka, przyłożył do ucha i pokręcił jakąś korbką. Aparat chrząknął, coś w nim zadźwięczało. Brilling przystawił ucho do drugiego rożka, sterczącego z lakierowanej skrzynki. Fandorinowi wydało się, że słyszy, jak cienki głosik śmiesznie wymawia słowa „adiutant dyżurny” i „kancelaria”.

– Nowgorodcew, to wy? – ryknął do słuchawki Brilling. – Czy jego ekscelencja jest na miejscu? Nie? Nie słyszę! Nie, nie, nie trzeba. Nie trzeba, mówię! – Nabrał w płuca powietrza i rozdarł się jeszcze głośniej. – Pilny oddział do zatrzymania! Natychmiast wyślijcie na Wyspę Aptekarską! Ap-te-kar-ską! Tak! Skrzydło esternatu! Es-ter-na-tu! Nieważne, co znaczy, oni już będą wiedzieć! I niech przyjedzie grupa do rewizji! Co? Tak, będę osobiście. Szybciej, majorze, szybciej!

Zatknął słuchawkę z powrotem i otarł czoło.

– Uff! Mam nadzieję, że mister Bell udoskonali swoją konstrukcję, bo niebawem wszyscy moi sąsiedzi zostaną wtajemniczeni w operacje Trzeciego Oddziału.

Cud, który przed chwilą się dokonał, wywarł na Eraście Pietrowiczu niebywałe wrażenie.

– To po prostu bajka z tysiąca i jednej nocy! Prawdziwe czary! Że też są jeszcze ludzie, którzy ganią postęp!

– O postępie porozmawiamy po drodze. Niestety, zwolniłem karetę, będziemy więc musieli poszukać jeszcze fiakra. Niechże pan rzuci ten cholerny sakwojaż! Naprzód marsz!


Podyskutować o postępie mimo wszystko się nie udało; na Wyspę Aptekarską jechali w absolutnym milczeniu. Erast Pietrowicz aż dygotał z podniecenia, kilkakrotnie usiłował wciągnąć szefa w rozmowę, ale na próżno: Brilling był w złym humorze, widocznie jednak dużo ryzykował, decydując się na samodzielną operację.

W mieście nad Newą wieczór ledwie dał znać o sobie. Fandorin pomyślał, że petersburska biała noc jest akurat na czasie – tak czy owak, spać teraz nie będą. A przecież zeszłej nocy, spędzonej w pociągu, nie zmrużył oka, nieustannie się denerwując, czy nie przegapi pakietu... Fiakier poganiał rudą kobyłkę, uczciwie pracując na obiecanego rubla, tak więc szybko przybyli na miejsce.

Petersburski esternat, piękny żółty budynek, uprzednio należący do korpusu inżynierskiego, rozmiarami ustępował moskiewskiemu, tonął za to w zieleni. Rajski zakątek: dookoła ogrody, bogate letniska.

– Oj, co też się stanie z dziećmi! – westchnął Fandorin.

– Z dziećmi nic się nie stanie – odrzekł nieprzyjaźnie Iwan Francewicz. – Milady mianuje innego dyrektora i będzie po kłopocie.

Skrzydło esternatu okazało się imponującym pałacykiem z czasów Katarzyny, z drzwiami wychodzącymi na przyjemną, ocienioną ulicę. Erast Pietrowicz ujrzał zwęglony od uderzenia pioruna wiąz, wyciągający martwe konary ku oświetlonym oknom wysokiego piętra. W domu było cicho.

– Doskonale, żandarmów jeszcze nie ma – powiedział szef. – Nie czekamy na nich, dla nas najważniejsze to nie spłoszyć Cunninghama. Ja mówię, pan milczy. I proszę być gotowym na wszelkie niespodzianki.

Erast Pietrowicz wsunął rękę pod fałdę marynarki, poczuł uspokajający chłód gerstala. Serce ściskało mu się w piersi nie ze strachu, bo z Iwanem Francewiczem bać się nie było czego, tylko z niecierpliwości. Zaraz, zaraz wszystko się rozwikła!

Brilling energicznie potrząsnął mosiężnym dzwonkiem, rozległo się donośne pobrzękiwanie. Z otwartego okna wysokiego parteru wyjrzała ruda głowa.

– Proszę otworzyć, Cunningham – powiedział głośno szef. – Mam do pana pilną sprawę!

– Brilling, to pan? – zdziwił się Anglik. – Co się stało?

– Nadzwyczajny wypadek w klubie. Muszę pana uprzedzić.

– Jedną chwilkę, zaraz schodzę. Lokaj ma dzisiaj wolne. – Głowa zniknęła.

– Aha – szepnął Fandorin. – Specjalnie wyprawił lokaja. Na pewno siedzi nad papierami!

Brilling nerwowo bębnił palcami w drzwi; Cunningham jakoś się nie spieszył.

– A nie ucieknie nam przypadkiem? – przestraszył się Erast Pietrowicz. – Tylnym wyjściem, co? Może obiegnę dom i stanę z drugiej strony?

Ale wówczas usłyszeli kroki, po czym drzwi się otwarły.

Na progu stał Cunningham w długim szlafroku z galonami. Jego kolące zielone oczy na moment zatrzymały się na twarzy Fandorina, a powieki drgnęły ledwo dostrzegalnie. Poznał!

What’s happened? – spytał zaniepokojony Anglik.

– Chodźmy do gabinetu – odrzekł Brilling po rosyjsku. – To bardzo ważne.

Cunningham wahał się sekundę, potem dał znak, żeby iść za nim.

Gospodarz i nieproszeni goście weszli po dębowych schodach, by w końcu znaleźć się w pokoju, bogato wprawdzie zdobionym, ale nie próżnowaniu służącym. Wzdłuż ścian ciągnęły się półki z książkami i jakimiś teczkami, pod oknem, przy ogromnym biurku z brzozy karelskiej, widać było kontuar z szufladkami, każda ze złotą tabliczką.

Nie szufladki jednak zainteresowały Erasta Pietrowicza (Cunningham nie będzie przecież chował tajnych dokumentów w widocznym miejscu), lecz papiery leżące na biurku i naprędce przykryte nowym numerem „Wiadomości Giełdowych”.

Iwan Francewicz wyraźnie myślał o tym samym; przeciął gabinet i stanął koło biurka, plecami do otwartego okna z niskim parapetem. Wieczorny wietrzyk lekko kołysał tiulową zasłoną.

Doskonale pojmując manewr szefa, Fandorin pozostał przy drzwiach. Teraz Cunningham nie miał gdzie się schować.

Zdaje się, że Anglik zaczął coś podejrzewać.

– Dziwnie pan się zachowuje, Brilling – rzekł poprawną ruszczyzną. – No i co tu robi ten człowiek? Już go widziałem, jest z policji.

Iwan Francewicz patrzył spode łba na Cunninghama, trzymając ręce w kieszeniach szerokiego surduta.

– Tak, z policji. A za parę minut będzie tutaj wielu policjantów, dlatego nie mam czasu na wyjaśnienia.

Prawa ręka szefa wychynęła z kieszeni. Fandorin zobaczył swojego smitha & wessona, ale nie zdążył się zdziwić, bo też wyszarpnął rewolwer – no właśnie, zaczyna się!

Don’t... – Anglik poderwał rękę, ale w tej samej chwili gruchnął strzał.

Cunningham upadł na wznak. Osłupiały Erast Pietrowicz zobaczył szeroko otwarte, jeszcze żywe oczy i regularny ciemny otwór pośrodku czoła.

– Boże, szefie, dlaczego?!

Obrócił się do okna. Ujrzał czarną lufę, skierowaną wprost na niego.

– To pan go zgubił – powiedział Brilling jakimś nienaturalnym tonem. – Jest pan zbyt dobrym agentem. I dlatego, mój młody przyjacielu, będę musiał pana zabić, nad czym szczerze ubolewam.

Rozdział czternasty,

w którym opowieść niespodziewanie skręca w inną stronę

Biedny, oniemiały Erast Pietrowicz zrobił kilka kroków do przodu.

– Stać! – warknął szef, a w jego głosie zabrzmiało okrucieństwo. – I niech pan nie macha pistolecikiem, nie jest naładowany. Mógłby pan chociaż sprawdzić bębenek! Nie można być takim ufnym, do diabła! Ufać można tylko sobie.

Brilling wyjął z lewej kieszeni dokładnie takiego samego gerstala, a dymiącego smitha & wessona rzucił na podłogę, prosto pod nogi Fandorina.

– Mój rewolwer ma pełny magazynek, o czym zaraz się pan przekona. – Iwan Francewicz mówił gorączkowo, z każdym słowem wprawiając się w większe rozdrażnienie. Włożę go w rękę nieszczęsnego Cunninghama i wyjdzie na to, żeście się wzajemnie pozabijali w czasie wymiany strzałów. Pogrzeb z honorami i afektowane mowy ma pan gwarantowane. Przecież wiem, że to dla pana ważne. I nie patrz pan tak na mnie, przeklęty szczeniaku!

Fandorin z przerażeniem zrozumiał, że szef zupełnie oszalał. Podjął zatem rozpaczliwą próbę rozjaśnienia jego zmąconego umysłu.

– Szefie, to przecież ja, Fandorin! – zawołał. – Iwanie Francewiczu! Panie radco stanu!

– Rzeczywisty radco stanu. – Brilling uśmiechnął się kwaśno. – Nie jest pan au courant, Fandorin. Mianowany najwyższym rozkazem z dnia siódmego czerwca. Za sukces operacji mającej na celu unieszkodliwienie terrorystycznej organizacji „Azazel”. Może mnie pan więc tytułować ekscelencją.

Na tle okna ciemna sylwetka Brillinga wyglądała jak wycięta nożyczkami i przyklejona na szary papier. Martwe konary wiązu rozchodziły się na wszystkie strony niczym złowieszcza pajęczyna. Pająk, jadowity pająk. Utkał pajęczynę, a ja się złapałem – przemknęło Fandorinowi przez głowę.

Twarz Brillinga wykrzywiła się boleśnie, a Erast Pietrowicz zrozumiał, że szef wystarczająco się już rozzłościł i że zaraz wystrzeli. Nie wiadomo skąd zjawiła się wyraźna myśl i od razu rozleciała na szereg myślątek: gerstala się odbezpiecza, bez tego nie wystrzeli, bezpiecznik jest oporny, to pół sekundy albo ćwierć sekundy, nie zdąży, nie zdąży, w życiu nie zdąży...

Erast Pietrowicz pochylił głowę i z przeraźliwym krzykiem rzucił się na szefa. Dzieliło ich nie więcej niż pięć kroków. Nie słyszał szczęknięcia bezpiecznika, a rewolwer wypalił już w sufit. Obaj przeciwnicy stracili równowagę na niskim parapecie i wypadli przez okno.

Fandorin walnął piersią w pień suchego wiązu i łamiąc gałęzie, rozdzierając twarz, runął w dół. Uderzył o ziemię z taką siłą, że omal nie opuściła go świadomość; tylko szaleńczy instynkt życia go przed tym ustrzegł. Erast Pietrowicz podniósł się na rękach, tocząc dookoła obłąkanym wzrokiem.

Szefa nigdzie nie dostrzegł. Za to pod ścianą poniewierał się malutki czarny gerstal. Fandorin, na czworakach, dopadł do niego i ucapił jak kot, a potem znów rozejrzał się na wszystkie strony.

Ale Brilling zniknął.

Dopiero kiedy Erast Pietrowicz usłyszał niesamowite rzężenie, domyślił się, że trzeba popatrzeć w górę.

Iwan Francewicz idiotycznie, nienaturalnie zawisł nad ziemią. Jego wyczyszczone kamasze podrygiwały tuż nad głową Fandorina. Spod orderu, pośrodku purpurowej plamy, rozlewającej się po krochmalonej koszuli, sterczał ostry, obłamany konar, który na wylot przebił świeżo upieczonego generała. Najstraszniejsze było to, że jasne oczy Brillinga patrzyły wprost na Fandorina.

– Ohyda... – powiedział wyraźnie szef, marszcząc się z bólu czy też z obrzydzenia. – Ohyda... – I urywanym, zupełnie nie swoim głosem wyrzucił z siebie: – A-za-zel...

Po ciele Fandorina przetoczyła się lodowata fala, a Brilling pochrypiał jeszcze z pół minuty i ucichł.

Jak gdyby odczekawszy do tej chwili, za rogiem zastukały kopyta, zadudniły koła. To przyjechały wolanty z żandarmami.


Generał-adiutant Ławrientij Arkadjewicz Mizinow, naczelnik Trzeciego Oddziału i szef Korpusu Żandarmów, przetarł zaczerwienione ze zmęczenia oczy. Złote akselbanty na paradnym mundurze głucho brzęknęły. W ciągu minionej doby nie było czasu się przebrać, a już pospać – tym bardziej. Wczoraj wieczorem umyślny wyrwał Ławrientija Arkadjewicza z balu uświetniającego imieniny wielkiego księcia Sergiusza Aleksandrowicza. No i zaczęło się...

Generał z niechęcią spojrzał na chłopca, który siedział z boku, ze zmierzwionymi włosami i nosem utkwionym w papierach. Dwie noce nie spał, a świeży jest jak jarosławski ogóreczek! No i zachowuje się tak, jak gdyby całe życie przesiedział w wysokich gabinetach. Dobra, niech tam sobie siedzi. Ale ten Brilling! To po prostu nie mieściło się w głowie.

– Cóż, Fandorin, długo jeszcze? Czy znowu pan ma jakiś „pomysł”? – spytał surowo generał, czując, że po bezsennej nocy i męczącym dniu sam z pewnością na żaden pomysł już nie wpadnie.

– Zaraz, wasza ekscelencjo, zaraz – wymamrotał młokos. – Zostało jeszcze pięć wpisów. Uprzedzałem przecież, że lista może być zaszyfrowana. Widzi pan, jaki chytry szyfr: połowy liter nie odgadliśmy, a ja też wszystkich, którzy tam figurowali, nie pamiętam... Aha, mamy tu dyrektora poczty w Danii, to on. Tak, a co tutaj? Pierwsza litera nierozszyfrowana – krzyżyk, druga też krzyżyk, trzecia i czwarta – dwa „m”, dalej znowu krzyżyk, potem „n”, potem wątpliwe „d” i ostatnie dwie opuszczone. Wychodzi + + MM + ND(?) + +.

– To jakieś brednie – westchnął Ławrientij Arkadjewicz. – A Brilling raz-dwa by się domyślił. Jest pan więc pewien, że to nie był atak szaleństwa? Niepodobna sobie wystawić, żeby...

– Absolutnie pewien, wasza ekscelencjo – już po raz kolejny potwierdził Erast Pietrowicz. – I wyraźnie słyszałem, jak powiedział: „Azazel”. Stop! Przypomniało mi się! U Bieżeckiej na liście był jakiś commander. Trzeba przyjąć, że to on.

Commander to ranga we flocie brytyjskiej i amerykańskiej – wyjaśnił generał. – Odpowiada naszemu kapitanowi drugiej rangi. – Pełen złości przemierzył pokój. – Azazel, Azazel, cóż to za Azazelem jakimś nas pokarało! Nagle się okazuje, że nic a nic o nim nie wiemy! Śledztwo Brillinga w Moskwie grosza nie jest warte! Pewnie to wszystko bzdura, fikcja, łgarstwa: i terroryści, i zamach na cesarzewicza! Najpewniej zacierał ślady, co? Podsunął nam jakichś truposzy! Po nim można się wszystkiego spodziewać – to był bardzo, bardzo zdolny człowiek... Do licha, gdzież są wyniki rewizji? Grzebią już całą dobę!

Drzwi lekko się uchyliły, przez szparę wsunęła się smętna, chuda twarz w złotych okularach.

– Wasza ekscelencjo, rotmistrz Biełozierow.

– No, wreszcie! O wilku mowa! Niech wejdzie.

Z klejącymi się ze zmęczenia oczami wszedł do gabinetu niemłody oficer żandarmerii, którego Erast Pietrowicz widział poprzedniego dnia w domu Cunninghama.

– Wasza ekscelencjo, melduję, żeśmy znaleźli – zameldował niegłośno. – Cały dom i ogród podzieliliśmy na kwadraty, wszystkośmy przekopali, wszystko przeczesali – zero. Wtedy agent Eilensohn, mający szczególny węch, domyślił się, że trzeba opukać ściany w piwnicy esternatu. I co pan powie, Ławrientiju Arkadjewiczu? Znaleźliśmy tajną niszę, coś w rodzaju laboratorium fotograficznego, a w niej dwadzieścia skrzynek, w każdej mniej więcej po dwieście karteczek. Szyfr dziwny, coś w rodzaju hieroglifów, zupełnie inny, niż był w liście. Rozkazałem, żeby skrzynki przewieziono tutaj. Zrobiłem alarm całemu oddziałowi szyfrów, zaraz przystąpią do pracy.

– Brawo, Biełozierow, brawo – pochwalił udobruchany nieco generał. – A tego z węchem przedstawcie do nagrody. No cóż, odwiedzimy szyfry. Chodźmy, Fandorin, pana też to zaciekawi. Potem pan dokończy, teraz nie ma pośpiechu.

Weszli dwa piętra wyżej i szybko podążali niekończącym się korytarzem. Skręcili. Z naprzeciwka, machając rękami, biegł jakiś urzędnik.

– Nieszczęście, wasza ekscelencjo, nieszczęście! Atrament blednie dosłownie w oczach, nie rozumiemy, co się dzieje!

Mizinow rzucił się truchtem naprzód, co w żaden sposób nie pasowało do jego ciężkiej figury; złote nitki na epoletach trzepotały jak skrzydełka motylka. Biełozierow i Fandorin, zapominając o szacunku, wyprzedzili dostojnego zwierzchnika i przez wysokie drzwi pierwsi wdarli się do działu szyfrów.

W dużym pokoju, całkiem zastawionym biurkami, panował popłoch. Może z dziesięciu urzędników miotało się wokół porozkładanych na biurkach stert równych białych kartek. Erast Pietrowicz porwał jedną, zobaczył ledwie dostrzegalne znaki podobne do chińskich hieroglifów. Po chwili zniknęły; miał teraz przed sobą czystą kartkę.

– Co za diabelstwo! – krzyknął zasapany generał. – Czy to jakiś atrament sympatyczny?

– Boję się, wasza ekscelencjo, że o wiele gorzej – powiedział jegomość o wyglądzie profesora, oglądając kartkę pod światło. – Mówił pan, rotmistrzu, że kartotekę przechowywano w czymś podobnym do ciemni fotograficznej?

– Tak jest – potwierdził z atencją Biełozierow.

– A nie pamięta pan, jakie tam było oświetlenie? Czy nie czerwona lampa?

– Zgadza się, właśnie czerwona lampa elektryczna.

– Tak właśnie myślałem. Niestety, Ławrientiju Arkadjewiczu, kartotekę straciliśmy i nie sposób jej odtworzyć.

– Jak to?! – uniósł się generał. – Nie, panie radco kolegialny, niech już pan coś wymyśli. Jest pan mistrzem w swoim fachu, luminarzem...

– Ale nie czarodziejem, wasza ekscelencjo. Kartki są nasycone specjalnym roztworem i pracować z nimi można wyłącznie przy czerwonym świetle. Teraz warstwa, na którą naniesiono znaki, została naświetlona. Sprytnie, trudno zaprzeczyć. Pierwszy raz stykam się z czymś takim.

Generał ściągnął krzaczaste brwi i zaczął groźnie sapać. W pokoju zrobiło się cicho – nadciągała burza. A jednak grom nie uderzył.

– Chodźmy, Fandorin – przemówił słabym głosem szef Trzeciego Oddziału. – Musi pan skończyć pracę.


Końcowych dwóch zapisów rozszyfrować się jednak nie udało – były to wieści, które dotarły ostatniego dnia, trzydziestego czerwca, więc Fandorin nie mógł ich znać. Nadszedł czas podsumowań.

Zmęczony generał Mizinow przechadzał się po gabinecie i rozważał na głos:

– A zatem zbierzmy tę odrobinę faktów, którymi dysponujemy. Istnieje pewna międzynarodowa organizacja o roboczej nazwie „Azazel”. Wnosząc z liczby kartek, których już nigdy nie zdołamy odczytać, należy do niej trzy tysiące ośmiuset pięćdziesięciu czterech członków. O czterdziestu siedmiu z nich, a raczej o czterdziestu pięciu, ponieważ dwa zapisy pozostały nierozszyfrowane, to i owo wiemy. Niewiele wszakże: jakiej są narodowości i jaką pozycję zajmują. Ani nazwiska, ani wieku, ani adresu... Co jeszcze znamy? Nazwiska dwóch zmarłych azazelowców – Cunninghama i Brillinga. W Anglii ponadto znajduje się Amalia Bieżecka. Jeżeli pański Zurow jej nie zabił, jeżeli nadal przebywa w Anglii i jeżeli naprawdę się tak nazywa... „Azazel” działa agresywnie, nie cofa się przed morderstwami, wyraźnie ma jakiś ogólnoświatowy cel. Ale jaki? Nie są to masoni, bo ja sam jestem członkiem loży, i bynajmniej nie szeregowym. Hmm... Przyjmijmy, Fandorin, że pan tego nie słyszał.

Erast Pietrowicz pokornie spuścił wzrok.

– Nie jest to socjalistyczna Międzynarodówka – ciągnął Mizinow – dlatego że panowie komuniści za mali są na takie sprawy. Poza tym Brilling nie mógł być rewolucjonistą; to wykluczone. Czymkolwiek się tam potajemnie zajmował mój drogi pomocnik, nihilistów ścigał na serio i z dużym powodzeniem. Do czego w takim razie dąży „Azazel”? Przecież to najważniejsze! I nie ma żadnych punktów zaczepienia. Cunningham nie żyje. Brilling tak samo. Nikołaj Krug to zwyczajny wykonawca, pionek. Nie żyje też łajdak Pyżow. Wszystkie nici zostały odcięte... – Ławrientij Arkadjewicz ze wzburzeniem rozłożył ręce. – Nie, absolutnie nic nie rozumiem! Znałem Brillinga przeszło dziesięć lat. To ja wyprowadziłem go na ludzi! Ja go znalazłem! Niech pan tylko pomyśli, Fandorin. Kiedy byłem generałem-gubernatorem w Charkowie, organizowałem najrozmaitsze konkursy wśród gimnazjalistów i studentów, żeby umocnić w młodym pokoleniu uczucia patriotyczne i zachęcić do pożytecznych działań. Przedstawiono mi chudego, niezgrabnego młodziana, ucznia ostatniej klasy, który napisał bardzo mądre i żarliwe wypracowanie na temat „Przyszłość Rosji”. Niech mi pan wierzy, był to istny Łomonosow: sam jak palec, ojca ani matki nie miał, jaka to tam mogła być nauka za uciułane grosze, a zdał egzaminy od razu do siódmej klasy gimnazjum. Prawdziwy samorodek! Wziąłem go pod swoją pieczę, ufundowałem stypendium, umieściłem w Petersburgu na uniwersytecie, a potem przyjąłem do siebie do pracy i dotąd nigdy tego nie żałowałem. To był najlepszy z pomocników, mój zaufany człowiek! Zrobił błyskotliwą karierę, wszystkie drogi się przed nim otwierały! Jakiż miał jasny, oryginalny umysł, jaką inicjatywę przejawiał, jaką sumienność! Boże, przecież ja córkę chciałem za niego wydać!

Generał złapał się za głowę.

Erast Pietrowicz, szanując uczucia wysokiej zwierzchności, taktownie odczekał chwilę i zakaszlał.

– Wasza ekscelencjo, właśnie pomyślałem... Punktów zaczepienia mamy oczywiście niewiele, ale jakieś mimo wszystko są.

Generał potrząsnął głową, jakby odpędzając niepotrzebne wspomnienia, i usiadł za stołem.

– Słucham. Niech pan mówi, Fandorin, niech pan mówi. Nikt lepiej od pana nie zna tej historii.

– Chodzi o taką mianowicie sprawę... – Erast Pietrowicz popatrzył na listę, podkreślając coś ołówkiem. – Mamy tu czterdziestu czterech ludzi: dwóch nie rozszyfrowaliśmy, a rzeczywisty radca stanu, to znaczy Iwan Francewicz, już się nie liczy. Spośród nich przynajmniej ośmiu nie tak trudno ustalić. No, niech ekscelencja sam powie: ilu szefów ochrony może mieć cesarz Brazylii? Albo numer 47F – belgijski dyrektor departamentu, wysłano jedenastego czerwca, otrzymano piętnastego. Dowiedzieć się, kto to taki, będzie łatwo. To już dwóch. Trzeci: numer 549F – francuski wiceadmirał, wysłano piętnastego czerwca, otrzymano siedemnastego. Czwarty: numer 1007F – świeżo upieczony angielski baronet, wysłano dziewiątego czerwca, otrzymano dziesiątego. Piąty: numer 694F – portugalski minister, wysłano dwudziestego dziewiątego maja, otrzymano siódmego czerwca.

– To na nic – przerwał generał, który słuchał z najwyższą uwagą. – W Portugalii w maju zmienił się rząd, tak że wszyscy ministrowie w gabinecie są nowi.

– Tak? – zmartwił się Erast Pietrowicz. – No dobrze, to znaczy, będzie nie ośmiu, tylko siedmiu. Wówczas piąty będzie Amerykanin: numer 852F – zastępca przewodniczącego komisji senackiej, wysłano dziesiątego czerwca, otrzymano dwudziestego ósmego, akurat przy mnie. Szósty: numer 1042F, Turcja, osobisty sekretarz księcia Abdulhamida, wysłano pierwszego czerwca, doszło dwudziestego.

Ta informacja szczególnie zainteresowała Ławrientija Arkadjewicza.

– Naprawdę? O, to bardzo ważne! Dokładnie pierwszego? Tak, tak. Trzydziestego maja w Turcji doszło do przewrotu, sułtana Abdulhamida obalono, a nowy premier Midhat-pasza wprowadził na tron Murada Piątego. I od razu następnego dnia wyznaczył nowego sekretarza przy Abdulhamidzie, młodszym bracie Murada? Niech pan powie, jaki pośpiech! To nadzwyczaj ważna wiadomość. Czy Midhat-pasza przypadkiem nie zamierza się pozbyć również Murada, a na tronie osadzić Abdulhamida? Ehe, he... Dobra, Fandorin, tym niech pan sobie nie zaprząta głowy. Sekretarza ustalimy bez zwłoki. Zaraz połączę się telegraficznie z Nikołajem Pawłowiczem Gnatjewem, naszym posłem w Konstantynopolu, a moim starym przyjacielem. Niech pan mówi dalej.

– I ostatni, siódmy: numer 1508F, Szwajcaria, prefekt policji kantonalnej, wysłano dwudziestego piątego maja, doszło pierwszego czerwca. Ustalić pozostałych jest o wiele trudniej, a niektórych nawet niepodobna. Ale jeśli poznamy przynajmniej tych siedmiu i rozpoczniemy ich dyskretną obserwację...

– Niech pan da tutaj listę. – Generał wyciągnął rękę. – Niezwłocznie rozkażę, żeby do odpowiednich ambasad wysłano szyfrowane depesze. Pewnie trzeba się będzie skontaktować z tajnymi służbami wszystkich tych krajów. Z wyjątkiem Turcji, gdzie mamy własną, znakomitą sieć... Wie pan, Eraście Pietrowiczu, byłem z panem szorstki, ale proszę się nie gniewać. Bardzo cenię pański wkład i tak dalej... Po prostu było mi przykro... Z powodu Brillinga... No, rozumie pan.

– Rozumiem, wasza ekscelencjo. Ja sam nawet, w pewnym sensie, nie mniej niż wasza...

– To świetnie, to znakomicie. Będzie pan pracował u mnie. Rozpracowywał „Azazela”. Wyznaczę specjalną grupę, przydzielę tam najbardziej doświadczonych ludzi. Bez wątpienia rozplączemy ów kłębek.

– Wasza ekscelencjo, musiałbym pojechać do Moskwy...

– Po co?

– Chciałbym porozmawiać z lady Astair. Co do niej samej, osoby nie tyle ziemskiej, co niebiańskiej – mówiąc to, Fandorin się uśmiechnął – wątpię, by wiedziała o istocie poczynań Cunninghama, ale zna tego pana od dziecka i w ogóle mogłaby wyjawić coś pożytecznego. Chyba nie należy z nią oficjalnie, poprzez żandarmerię, prawda? Mam szczęście znać trochę milady, więc jej nie wystraszę, a poza tym mówię po angielsku. A nuż znajdzie się jeszcze jakiś punkt zaczepienia? Może dojdziemy do czegoś, zgłębiając przeszłość Cunninghama?

– No cóż, ma pan rację. Proszę jechać. Ale na jeden dzień, nie dłużej. Teraz niech pan idzie spać, mój adiutant umieści pana na kwaterze. A jutro – wieczornym pociągiem do Moskwy. Jeśli się nam poszczęści, do tego czasu będziemy już mieli pierwsze depesze z ambasad. Rano dwudziestego ósmego jest pan w Moskwie, rozmawia z lady Astair, a wieczorem proszę z powrotem, i od razu do mnie z meldunkiem. O dowolnej porze, jasne?

– Jasne, wasza ekscelencjo.


W korytarzu wagonu pierwszej klasy pociągu Sankt Petersburg – Moskwa wielce dostojny starszy pan, z imponującymi, długimi wąsami i z brylantową szpilką w krawacie, palił cygaro, zerkając z nieukrywaną ciekawością na zamknięte drzwi przedziału numer jeden.

– Ej, kochany! – przywołał pulchnym palcem konduktora, który się akurat pokazał.

Ten co żywo podleciał do dostojnego pasażera i ukłonił się.

– Słucham wielmożnego pana.

Pan wziął go dwoma palcami za kołnierz i stłumionym basem zapytał:

– Ten młody człowiek, który jedzie w pierwszym – któż to taki? Znasz go? Strasznie młody.

– Sam się dziwię, proszpana – zameldował szeptem konduktor. – Przecież pierwszy przedział, wiadoma rzecz, rezerwuje się dla szczególnie ważnych osób, nie każdego generała tam wpuszczą. Tylko jak jedzie w sprawie państwowej o najwyższym znaczeniu.

– Wiem. – Starszy pan wypuścił smugę dymu. – Sam raz jechałem z tajną inspekcją do Noworosji. Ale ten to zupełny dzieciak. Może czyjś synek? Ze złotej młodzieży?

– Co to, to nie, proszę pana. Synków do pierwszego się nie sadza, z tym nie ma żartów. Chyba że z wielkich książąt. A co do tego się pofatygowałem, zajrzałem do listu podróżnego u pana kierownika pociągu. – Kolejarz jeszcze bardziej zniżył głos.

– No i? – ponaglił funkcjonariusza zaintrygowany jegomość.

Przeczuwając szczodry napiwek, konduktor uniósł palec do ust.

– Z Trzeciego Oddziału. Agent do szczególnie ważnych spraw.

– Rozumiem, że „szczególnie”. Zwyczajnie „ważnych” nie lokuje się w pierwszym przedziale. – Pasażer umilkł znacząco. – I cóż on tam?

– A jak się zamknął w przedziale, tak pewnikiem ani razu nie wyszedł. Dwa razy proponowałem herbatę – gdzie tam! Wetknął nos w papiery i siedzi, głowy, proszpana, nie podniesie. Odjazd z Pitra był opóźniony o dwadzieścia pięć minut, pamięta pan? To przez niego, proszpana. Czekali, aż nadjedzie.

– Ho, ho! – zdumiał się pasażer. – To rzecz niesłychana!

– To się zdarza, proszpana, ale rzadko.

– I nazwisko w liście nie było wymienione?

– Nie, proszpana. Ani nazwiska, ani rangi.


A Erast Pietrowicz nieustannie wczytywał się w skąpe linijki doniesień i nerwowo mierzwił włosy. Za gardło chwytało go mistyczne przerażenie.

Miał już jechać na dworzec, gdy do rządowego pokoju, gdzie spał nieprzerwanym snem prawie dobę, zawitał adiutant Mizinowa i polecił mu czekać: nadeszły trzy pierwsze depesze z ambasad, zaraz powinni je zdeszyfrować i przywieźć. Czekać trzeba było bez mała godzinę. Erast Pietrowicz przestraszył się nawet, że nie zdąży na pociąg, ale adiutant go uspokoił.

Ledwie Fandorin wszedł do ogromnego, obitego zielonym aksamitem przedziału, z biurkiem, miękką kanapą i dwoma orzechowymi krzesłami przytwierdzonymi do podłogi, zaraz otworzył pakiet i pogrążył się w lekturze.

Depesze były trzy: z Waszyngtonu, Paryża i Konstantynopola. Wszystkie miały jednakowy nagłówek: „Pilne. Do Jego Ekscelencji Ławrientija Arkadjewicza Mizinowa w odpowiedzi na depeszę N.13476-8f z 26 czerwca 1876”. Raporty podpisali sami ambasadorowie. Na tym podobieństwa się kończyły. Teksty zaś były następujące:


27 czerwca (9 lipca) 1876 r., 12.15, Waszyngton

Osoba, która Pana Interesuje, to John Pratt Dobbs, wybrany 9 czerwca br. na zastępcę przewodniczącego senackiej komisji ds. budżetu. Człowiek w Ameryce bardzo znany, milioner z tych, których tu nazywają self-made-manami. Wiek 44 lata. O najwcześniejszym okresie życia, miejscu urodzenia i pochodzeniu nic nie wiadomo. Przypuszczalnie wzbogacił się podczas kalifornijskiej gorączki złota. Uważany jest za geniusza przedsiębiorczości. W czasie wojny domowej między Północą a Południem doradzał prezydentowi Lincolnowi w sprawach finansowych. Niektórzy twierdzą, że wcale nie męstwo generałów Unii, ale właśnie starania Dobbsa zdecydowały o zwycięstwie kapitalistycznej Północy nad konserwatywnym Południem. W 1822 roku został wybrany do Senatu ze stanu Pensylwania. Z dobrze poinformowanych źródeł wiadomo, że Dobbs ma zostać ministrem finansów.


9 lipca (27 czerwca) 1876 r., godz. 16 min 45, Paryż

Dzięki znanemu Panu agentowi Coco zdołano dowiedzieć się w Ministerstwie Wojny, że 15 czerwca awans na stopień wiceadmirała otrzymał kontradmirał Jean Entrepide, niedawno mianowany dowódcą floty syjamskiej. Jest to jedna z legendarnych osobistości francuskiej marynarki wojennej. Dwadzieścia lat temu francuska fregata u brzegów Tortugi natknęła się na łódkę płynącą po otwartym morzu, a w niej na wyrostka, najwyraźniej ocalałego z katastrofy statku. Wstrząs spowodował, że biedak całkowicie stracił pamięć, nie potrafił podać ani nazwiska, ani nawet narodowości. Wzięto go na pokład jako chłopca okrętowego i nadano mu nazwisko na pamiątkę fregaty, która go znalazła. Zrobił wspaniałą karierę. Uczestniczył w wielu wojnach kolonialnych. Odznaczył się zwłaszcza podczas wojny w Meksyku. W zeszłym roku Jean Entrepide zrobił w Paryżu prawdziwą furorę, kiedy ożenił się z najstarszą córką księcia de Rohan. Przebieg kariery interesującej pana osoby opiszę szczegółowo w następnym doniesieniu.


27 czerwca 1876 r., godzina druga po południu, Konstantynopol

Drogi Ławrientiju, twoje zapytanie wielce mnie zdumiało. A to dlatego, że Anwar-efendi, który cię tak nagle zainteresował, od pewnego czasu jest przedmiotem mojej ustawicznej obserwacji. Ten osobnik, bliski Midhat-paszy i Abdulhamidowi, według posiadanych przeze mnie wiadomości stanowi jedną ze sprężyn dojrzewającego w pałacu spisku. Należy się spodziewać rychłego obalenia obecnego sułtana i wstąpienia na tron Abdulhamida. Wówczas Anwar-efendi niechybnie stanie się nadzwyczaj wpływową osobistością. Jest bardzo mądry, wykształcony po europejsku, zna niesłychanie wiele języków, wschodnich i zachodnich. Niestety, nie dysponujemy szczegółowymi wiadomościami o tym intrygującym panu. Wiadomo, że lat ma nie więcej niż 35, urodził się gdzieś w Serbii czy Bośni. Pochodzenia niewyraźnego i nie ma krewnych, co wróży Turcji duże korzyści, gdyby tak kiedyś został wezyrem. Można sobie wyobrazić: wezyr bez hordy chciwych krewniaków! Takie rzeczy się tu po prostu nie zdarzają! Anwar jest kimś w rodzaju szarej eminencji u Midhat-paszy, aktywnym członkiem partii Nowych Osmanów. Czy zaspokoiłem twoją ciekawość? Teraz więc ty zaspokój moją. Do czego jest Ci potrzebny mój Anwar-efendi? Co o nim wiesz? Niezwłocznie mi donieś, to może okazać się ważne.


Erast Pietrowicz któryś już raz czytał depesze. Podkreślił w pierwszej: „O najwcześniejszym okresie życia, miejscu urodzenia i pochodzeniu nic nie wiadomo”; w drugiej: „nie potrafił podać ani nazwiska, ani nawet narodowości”; w trzeciej: „Pochodzenia niewyraźnego i nie ma krewnych”. Robiło się jakoś niesamowicie. Wychodziło na to, że wszyscy trzej wzięli się jak gdyby znikąd! Nagle w pewnym momencie wyłonili się z niebytu i natychmiast zaczęli piąć się w górę z iście nieludzkim uporem. Cóż to – członkowie jakiejś tajemniczej sekty? Oj, a może to wcale nie ludzie, tylko mieszkańcy jakiegoś innego świata? Powiedzmy, przybysze z Marsa? Albo jeszcze gorzej, istoty z piekła rodem? Fandorin się skulił, wspomniał swoje nocne spotkanie z „widmem Amalii”. Owa Bieżecka to przecież też osoba nieznanego pochodzenia. I jeszcze szatańskie zaklęcie „Azazel”. Oj, zapach siarki się nad tym unosi...

Do drzwi ktoś delikatnie zastukał. Erast Pietrowicz wzdrygnął się, wsunął rękę za plecy, do ukrytej kabury, namacał rowkowaną rękojeść gerstala.

W szczelinie drzwi pojawiła się przymilna twarz konduktora.

– Wasza ekscelencjo, dojeżdżamy do stacji. Nie życzyłby pan sobie nóżek rozprostować? Bufet też będzie.

Przy „ekscelencji” Erast Pietrowicz się wyprostował i ukradkiem zerknął do lustra. Czyżby naprawdę można go wziąć za generała? Cóż, nieźle by było „rozprostować nóżki”, a i spacerując, lepiej się myśli. Po głowie Fandorina krążył jakiś mglisty pomysł, na razie ciągle znikał, nie dawał się odnaleźć, ale budził nadzieję – ciepło, kochany, ciepło.

– No, może. Jak długo stoimy?

– Dwadzieścia minut. Niech pan się, proszpana, nie martwi, niech pan sobie spaceruje – zachichotał konduktor. – Bez pana nie pojedziemy.

Erast Pietrowicz zeskoczył ze schodków na zalany światłem peron. Za to w niektórych oknach pociągu już się nie świeciło – oczywiście pasażerowie położyli się spać. Fandorin z rozkoszą się przeciągnął i przed spacerem, który miał odświeżyć jego umysł, splótł ręce za plecami. Wówczas jednak z tego samego wagonu wyszedł postawny, wąsaty pan w cylindrze, rzucił w stronę młodego człowieka pełne ciekawości spojrzenie, po czym podał rękę młodej towarzyszce. Erast Pietrowicz zamarł na widok jej rozkosznej, świeżej twarzyczki, a panna rozpromieniła się i dźwięcznie zawołała:

Papa, to on, ten pan z policji! Pamiętasz? No, ten, który przesłuchiwał mnie i fräulein Pfuhl!

Ostatni czasownik wypowiedziała z wyraźnym zadowoleniem, a jej jasnoszare oczy patrzyły na Fandorina z nieukrywaną ciekawością. Należy stwierdzić, że nieprawdopodobne wydarzenia ostatnich tygodni nieco przytłumiły wspomnienie tej, którą Erast Pietrowicz nazywał w duchu wyłącznie Lizetką, a w chwilach szczególnego rozmarzenia, nawet pięknym aniołem. Jednakże na widok tej miłej istoty płomyczek, który oparzył kiedyś serce biednego rejestratora kolegialnego, momentalnie zmienił się w prawdziwy płomień.

– Właściwie nie jestem z policji. – Fandorin poczerwieniał i wymamrotał: – Fandorin, urzędnik do specjalnych poruczeń przy...

– Wszystko wiem, je vous le dis tout cru – powiedział wąsacz z tajemniczą miną, błyskając brylantem w krawacie. – Sprawa państwowa, może pan pominąć szczegóły. Entre nous sois dit, sam niejednokrotnie z racji swoich obowiązków miałem z tym do czynienia, tak że wszystko doskonale rozumiem. – Uchylił cylindra. – Pozwoli pan wszakże, że się przedstawię. Rzeczywisty tajny radca Aleksandr Apołłodorowicz Evert-Kołokolcew, prezes izby sądowej guberni moskiewskiej. Moja córka Liza.

– Tylko niech pan mówi do mnie „Elise” – poprosiła panna. – Liza mi się nie podoba, kojarzy się z lizaniem. – Po czym naiwnie się przyznała: – A ja pana często wspominałam. Spodobał się pan Emmie. I jak się pan nazywa, też pamiętam: Erast Pietrowicz. Ładne imię – Erast.

Fandorinowi zdawało się, że zasnął i że śni mu się coś pięknego. Teraz najważniejsza rzecz to nie ruszać się, bo jeszcze, nie daj Boże, człowiek się obudzi.

Rozdział piętnasty,

w którym znaczenie prawidłowego oddychania zostaje dowiedzione w sposób nader przekonujący

W towarzystwie Lizetki (do „Elise” jakoś się Erast Pietrowicz nie przekonał) równie dobrze się mówiło, jak milczało.

Miarowo kołysząc się na szynach i wydając od czasu do czasu przeciągły gwizd, pociąg mknął z zawrotną prędkością przez senne, spowite przedranną mgłą lasy Wałdaju, a Lizetka i Erast Pietrowicz siedzieli w pierwszym przedziale na miękkich krzesłach i nic nie mówili. Patrzyli przeważnie przez okno, ale też czasem na siebie, a jeśli przypadkiem zetknęli się wzrokiem, to nie było im wcale wstyd, ale przeciwnie, wesoło i miło. Fandorin specjalnie już starał się odwracać od okna tak szybko, jak można, i za każdym razem, kiedy udało mu się złowić wzrok Lizetki, ta parskała cichutkim śmiechem.

Mówić nie należało także dlatego, by nie zbudzić pana barona, spokojnie drzemiącego na kanapie. Jeszcze nie tak dawno Aleksandr Apołłodorowicz z zapałem omawiał z Erastem Pietrowiczem problem bałkański, a potem nagle, prawie w pół słowa, zachrapał i głowa opadła mu na pierś. Teraz kołysała się sympatycznie w takt stukotu kół wagonu: ta dam, ta dam (i tu, i tam, i tu, i tam); ta dam, ta dam (i tu, i tam, i tu, i tam).

Lizetka cicho się zaśmiała do jakichś swoich myśli, a kiedy Fandorin spojrzał na nią pytająco, wyjaśniła:

– Pan jest taki mądry, wszystko wie. Opowiadał pan papie i o Midhat-paszy, i o Abdulhamidzie. A ja jestem taka głupia, że nawet pan sobie nie wyobraża.

– Nie może pani być głupia – wyszeptał z głębokim przekonaniem Fandorin.

– Powiedziałabym panu, ale się wstydzę... A zresztą powiem... Nie wiem czemu, ale myślę, że pan nie będzie się ze mnie śmiał. To znaczy, będzie pan się śmiał razem ze mną, a beze mnie – nie. Prawda?

– Prawda! – zawołał Erast Pietrowicz, ale baron poruszył brwiami przez sen, toteż młody człowiek znowu wrócił do szeptu. – Z pani nigdy nie będę się śmiał.

– Proszę uważać, obiecał pan. Po pańskiej wizycie wyobrażałam sobie najrozmaitsze rzeczy. Wszystko tak ładnie mi się układało. Tylko że bardzo smutno i nieodmiennie z tragicznym zakończeniem. To z powodu Biednej Lizy Karamzina. Liza i Erast, pamięta pan? Erast – to imię zawsze mi się strasznie podobało. Wyobrażam sobie: leżę w trumnie piękna i blada, cała w białych różach, czy to utonęłam, czy to umarłam na suchoty, a pan szlocha, tato z mamusią szlochają i Emma też chlipie. Śmieszne, prawda?

– Śmieszne – przytaknął Fandorin.

– To po prostu cud, że się spotkaliśmy na stacji. Przyjechaliśmy w gości do ma tante i planowaliśmy już wczoraj wracać, ale papę zatrzymały jakieś sprawy w ministerstwie i musieliśmy zmienić datę na biletach. No, czyż to nie cud?

– Jaki znowu cud? – zdziwił się Erast Pietrowicz. – Los tak zrządził.

Niebo za oknem było dziwne: całe czarne, a u dołu, na horyzoncie, wykończone czerwonym szlaczkiem. Na stole smętnie bielały zapomniane depesze.


Rankiem fiakier wiózł Fandorina przez całą Moskwę z Dworca Nikołajewskiego do Chamowników. Dzień był czysty i radosny, a Erastowi Pietrowiczowi nadal dźwięczało w uszach pożegnalne wołanie Lizetki:

– Proszę koniecznie nas dzisiaj odwiedzić! Obiecuje pan?

Spojrzał na zegarek. Wszystko się układa znakomicie. Teraz do esternatu, do milady. Do wydziału żandarmerii lepiej pojechać potem – porozmawiać z szefem, a jeśli uda się wyjaśnić coś ważnego u lady Astair, to nawet wysłać depeszę do Ławrientija Arkadjewicza. Choć z drugiej strony w nocy mogły nadejść z ambasad pozostałe depesze... Z nowiutkiej srebrnej papierośnicy Fandorin wyjął papierosa i niezbyt wprawnie go zapalił. Czy jednak nie warto by pojechać najpierw na żandarmerię? Ale koń już pędził Ostożenką i głupio byłoby zawracać. A zatem: milady, później wydział, potem do domu – wziąć rzeczy i przenieść się do przyzwoitego hotelu, następnie się przebrać, kupić kwiaty i przed szóstą wyruszyć na Małą Nikicką, do Evert-Kołokolcewów. Erast Pietrowicz uśmiechnął się błogo i zanucił: „On był radcą tytularnym, ona córką generała, on jej miłość wyznał szczerze, ona precz iść mu kazała”.

A oto znajomy budynek z żelazną bramą i stróż w granatowym mundurze przy pasiastej budce.

– Gdzie mogę znaleźć lady Astair?! – zawołał Fandorin, wychylając się do przodu. – W esternacie czy u siebie?!

– O tej porze pani zwykle bywa u siebie – zaraportował dziarsko odźwierny, toteż kolaska, dudniąc, skręciła w cichą boczną uliczkę.

Koło piętrowego domku dyrekcji Fandorin kazał fiakrowi zaczekać, uprzedzając, że sprawa może się przeciągnąć.

Przy drzwiach leniuchował ciągle ten sam nadęty szwajcar, którego milady nazwała Timofejem, ale tym razem ukrył się w cieniu, bo czerwcowe słońce przypiekało znacznie mocniej niż majowe.

Teraz „Timofej” zachował się całkiem inaczej, przejawiając niepośledni talent psychologiczny: zdjął czapkę, ukłonił się i słodkim głosem spytał, kogo ma zameldować. Przez ostatni miesiąc widocznie musiało się coś zmienić w wyglądzie Erasta Pietrowicza, bo szwajcarskie plemię jakoś wyzbyło się cerberskich odruchów na jego widok.

– Nie melduj, sam pójdę.

„Timofej” zgiął się w pałąk i bez szemrania otworzył drzwi na oścież, wpuszczając gościa do obitego adamaszkiem przedpokoju, skąd jasno oświetlonym korytarzem Erast Pietrowicz dotarł do znajomych biało-złotych drzwi. Te otworzyły się na jego powitanie, a jakiś tyczkowaty osobnik, w takiej samej jak u „Timofeja” granatowej liberii i w takich samych białych pończochach, spojrzał pytająco na przybysza.

– Urzędnik Trzeciego Oddziału, Fandorin, w pilnej sprawie – rzekł surowo Erast Pietrowicz, że zaś końska fizjonomia lokaja pozostała nieprzenikniona, musiał przedstawić się po angielsku: – State police, inspector Fandorin, on urgent official business.

Znowu ani jeden muskuł nie drgnął na kamiennej twarzy, aczkolwiek sens wypowiedzi został zrozumiany – lokaj sztywno skłonił głowę i zniknął za drzwiami, starannie je za sobą zamykając.

Ponownie otworzyły się pół minuty później. Na progu stała sama lady Astair. Kiedy zobaczyła starego znajomego, uśmiechnęła się radośnie.

– A, to pan, mój chłopcze! Andrew powiedział mi, że przyszła jakaś ważna figura z tajnej policji. Niech pan wejdzie, proszę. Jak się pan miewa? Wygląda pan na bardzo zmęczonego, dlaczego?

– Dopiero co przyjechałem pociągiem z Petersburga, milady – zaczął tłumaczyć Fandorin, wchodząc do gabinetu. – Prosto z dworca idę do pani, bo sprawa jest bardzo pilna.

– O tak! – Baronowa ze smutkiem pokiwała głową, sadowiąc się w fotelu i dając znak gościowi, by usiadł naprzeciw. Pan oczywiście chce pomówić ze mną o kochanym Geraldzie Cunninghamie. To jakiś koszmarny sen, nic nie rozumiem... Andrew, odbierz kapelusz od pana policjanta... To mój dawny służący, dopiero co przyjechał z Anglii. Miły Andrew, stęskniłam się za nim. Idź, Andrew, mój przyjacielu, na razie nie jesteś mi potrzebny.

Kościsty Andrew, który Erastowi Pietrowiczowi wcale nie wydał się miły, złożył ukłon i odszedł, Fandorin zaś jął wiercić się na twardym fotelu, próbując usiąść wygodniej, bo zapowiadało się na długą rozmowę.

– Milady, bardzo jestem zasmucony tym, co się zdarzyło, ale wyszło na jaw, że pan Cunningham, pani najbliższy i długoletni pomocnik, zamieszany był w bardzo poważną sprawę kryminalną.

– I teraz zamkniecie moje rosyjskie esternaty? – spytała cicho milady. – Boże, co się stanie z dziećmi... Dopiero co zaczęły się przyzwyczajać do normalnego życia. A ileż wśród nich talentów! Zwrócę się z prośbą do najwyższej instancji; być może pozwolą mi wywieźć podopiecznych za granicę.

– Obawy pani są zbyteczne – rzekł łagodnie Erast Pietrowicz. – Esternatom nic się nie stanie. Prawdę mówiąc, byłoby to po prostu zbrodnią. Chciałbym panią zapytać wyłącznie o Cunninghama.

– Oczywiście! Wszystko, co pan sobie życzy. Biedaczek Gerald! Wie pan, pochodził wprawdzie z bardzo dobrej rodziny, był wnukiem baroneta, ale jego rodzice utonęli, wracając z Indii, tak więc chłopiec w wieku jedenastu lat został sierotą. W Anglii dziedziczenie regulują bardzo surowe prawa, wszystko przejmuje najstarszy syn – i tytuł, i majątek, a młodsi często zostają bez grosza przy duszy. Gerald był najmłodszym synem najmłodszego syna, nie miał ani pieniędzy, ani domu, krewni się nim nie interesowali... Właśnie piszę teraz list kondolencyjny do jego wuja, absolutnie nic niewartego dżentelmena, który Geraldem w ogóle się nie zajmował. Cóż robić! My, Anglicy, przywiązujemy dużą wagę do form. – Lady Astair wskazała kartkę zapisaną wielkimi, staromodnymi, wymyślnie kaligrafowanymi literami. – Krótko mówiąc, wzięłam chłopaka do siebie. Gerald wykazywał wybitne zdolności matematyczne. Myślałam, że zostanie profesorem, ale żywość umysłu i żądza władzy niezbyt sprzyjają karierze naukowej. Szybko zauważyłam, że chłopiec cieszy się autorytetem u innych dzieci, lubi przewodzić. Miał wrodzony talent przywódczy: rzadką siłę woli, zdyscyplinowanie, umiejętność bezbłędnego dostrzegania w człowieku słabych i mocnych stron. W Manchesterze wybrano go na starostę esternatu. Sądziłam, że Gerald zechce wstąpić do służby państwowej albo zająć się polityką; byłby zeń świetny urzędnik kolonialny, a z czasem może nawet gubernator. Jakież było moje zdumienie, kiedy wyraził chęć pozostania u mnie i podjęcia działalności wychowawczej!

– Nic dziwnego. – Fandorin kiwnął głową. – Tym samym zyskał możność podporządkowania sobie nieokrzepłych dziecięcych umysłów, a później podtrzymywania kontaktu z absolwentami... – Erast Pietrowicz nie dokończył, uderzony nagłym domysłem. Boże, jakie to wszystko proste! Zdumiewające, że wcześniej na to nie wpadł!

– Bardzo szybko Gerald został moim niezastąpionym pomocnikiem – ciągnęła milady, nie zauważywszy zmiany w wyrazie twarzy rozmówcy. – Jakiż to był oddany, niezmordowany pracownik! I jakie miał zdolności językowe! Bez Geralda po prostu nie mogłabym kontrolować pracy filii w tylu krajach. Wiem, jego wrogiem była zawsze niezmierna pycha. To dziecięca trauma psychiczna, chęć udowodnienia rówieśnikom, że osiągnie wszystko i obejdzie się bez ich pomocy. Czułam, czułam tę dziwną dysproporcję: ze swoimi zdolnościami i ambicjami nigdy nie powinien był się zadowalać skromną rolą pedagoga, choćby nawet pobierał bardzo przyzwoitą pensję.

Ale Erast Pietrowicz już nie słuchał. W jego głowie, rzekłbyś, zapaliła się lampa elektryczna i oświetliła to, co przedtem tonęło w mroku. Wszystko się zgadzało! Senator Dobbs, który wziął się nie wiadomo skąd, francuski admirał z „utratą pamięci”, turecki efendi niewiadomego pochodzenia, a i nieboszczyk Brilling – tak, tak, on też! Nieludzie? Marsjanie? Przybysze z tamtego świata? Gdzie tam! Wszyscy byli po prostu wychowankami esternatów! Same podrzutki, tyle że to przytułki podrzuciły ich społeczeństwu. Każdego odpowiednio przygotowano, w każdym umiejętnie odkryto talent i troskliwie nad nim czuwano! Nie przypadkiem Jean Entrepide znalazł się na kursie francuskiej fregaty – ponad wszelką wątpliwość chłopak miał zadatki na świetnego marynarza. Tylko nie wiadomo, czemu ukryto, skąd wziął się taki talent. Chociaż nie, wiadomo! Gdyby świat dowiedział się, ile błyskotliwych karier ma swój początek w przytułkach lady Astair, z pewnością nabrałby podejrzeń. A tak wszystko działo się niby samorzutnie. Wystarczy pchnąć w odpowiednim kierunku i talent niezawodnie się objawi. Dlatego właśnie każdy z kohorty sierot osiągnął takie znakomite sukcesy! Dlatego wszyscy tak bardzo chcieli powiadomić Cunninghama o postępach w pracy: przecież tym samym potwierdzali swoją przydatność, słuszność dokonanego wyboru! Całkiem więc naturalne, że ci geniusze naprawdę są oddani tylko swojej społeczności przecież to ich jedyna rodzina, rodzina, która obroniła ich przed okrutnym światem, wychowała, odkryła w każdym jego niepowtarzalne „ja”. Niezła rodzinka – prawie cztery tysiące geniuszy rozrzuconych po całym świecie! Macie Cuninghama, macie „talent przywódczy”! Chociaż zaraz...

– Milady, a ile lat miał Cunningham? – spytał zasępiony Erast Pietrowicz.

– Trzydzieści trzy – odrzekła ochoczo lady Astair. – A szesnastego października skończyłby trzydzieści cztery. Na swoje urodziny Gerald zawsze urządzał dla dzieci przyjęcie, na którym nie jemu dawano prezenty, tylko on sam każdemu coś wręczał. Myślę, że to pochłaniało prawie całe jego pobory...

– Nie, nie zgadza się! – zawołał zrozpaczony Fandorin.

– Co się nie zgadza, mój chłopcze? – zdziwiła się milady.

– Entrepide’a znaleziono na morzu dwadzieścia lat temu! Cunningham miał wtedy ledwie trzynaście lat. Dobbs wzbogacił się ćwierć wieku temu, Cunningham wówczas nie był nawet sierotą! Nie, to nie on!

– O czym pan mówi? – starała się dociec Angielka, z zakłopotaniem mrugając błękitnymi oczkami.

A Erast Pietrowicz w milczeniu wlepił w nią wzrok, porażony strasznym domysłem.

– A więc to nie Cunningham... – wyszeptał. – To wszystko pani... Pani sama! Pani była i dwadzieścia, i dwadzieścia pięć, i czterdzieści lat temu! No, oczywiście, któż by inny? A Cunningham był w rzeczywistości jedynie pani prawą ręką! Cztery tysiące pani wychowanków, a tak naprawdę dzieci! I dla każdego pani jest jak matka! To o pani, a nie o Amalii, mówili Morbid i Franz! Każdemu wyznaczyła pani cel w życiu, każdemu „wskazała drogę”! Ale to przecież straszne, straszne! – Erast Pietrowicz zajęczał jakby z bólu. – Od samego początku zamierzała pani wykorzystać swoją teorię pedagogiczną, żeby zawiązać ogólnoświatowy spisek.

– No, nie od samego – zaoponowała spokojnie lady Astair, w której zaszła jakaś nieuchwytna, choć całkiem wyraźna zmiana. Teraz już nie wydawała się sympatyczną, dobrotliwą staruszką. Z jej oczu biły mądrość, władczość i nieugięta siła. – Najpierw po prostu chciałam uratować biedne, skrzywdzone ludzkie istotki. Chciałam uszczęśliwić tyle dzieci, ile zdołam. Bodaj sto, bodaj tysiąc. Ale to była kropla w morzu. Ratowałam jedno dziecko, a tymczasem srogi Moloch społeczeństwa druzgotał tysiąc, milion małych ludzi, którzy przecież wszyscy mieli w sobie iskrę bożą. Wtedy zrozumiałam, że mój trud jest bezsensowny. Morza nie wyczerpie się łyżką. – Głos lady Astair nabrał siły, zgarbione plecy się wyprostowały. – Zrozumiałam też, że Stwórca dał mi siły, bym spełniła znacznie większe zamiary. Mogę ocalić nie garstkę sierot, mogę ocalić ludzkość. Choćby nawet miało to nastąpić nie za mojego życia, ale dwadzieścia, trzydzieści, pięćdziesiąt lat po śmierci. To jest moje powołanie, moja misja. Każde z moich dzieci jest czymś bezcennym, koroną stworzenia, rycerzem jutra. Wszystkie przyniosą niezmierzone dobro, swoim życiem zmienią świat na lepsze. Napiszą mądre prawa, odkryją tajemnice przyrody, stworzą arcydzieła sztuki. Z roku na rok jest ich coraz więcej i w końcu przekształcą ten obrzydły, niesprawiedliwy, zbrodniczy świat!

– Jakie tajemnice przyrody, jakie arcydzieła? – zapytał z goryczą Fandorin. – Przecież panią interesuje tylko władza. Widziałem przecież: ma tam pani samych generałów i przyszłych ministrów.

Milady uśmiechnęła się z politowaniem.

– Mój przyjaciel Cunningham zarządzał tylko kategorią „F”, bardzo ważną, ale bynajmniej nie jedyną. „F” – to Force, to znaczy wszystko, co ma bezpośredni związek z władzą: polityka, aparat państwowy, siły zbrojne, policja i tak dalej. A jest jeszcze kategoria „S” – Science, kategoria „A” – Art, „B” – Business. Są i inne. Przez czterdzieści lat działalności pedagogicznej wyprowadziłam na właściwą drogę szesnaście tysięcy osiemset dziewięćdziesięciu trzech ludzi. Czyż pan nie widzi, jak szybko w ostatnich dziesięcioleciach rozwijają się nauka, technika, sztuka, prawodawstwo, przemysł? Czy pan nie widzi, że od połowy naszego dziewiętnastego wieku świat stał się jakiś lepszy, rozumniejszy, piękniejszy? Dokonuje się prawdziwa pokojowa rewolucja. Jest ona absolutnie niezbędna, inaczej niesprawiedliwy ustrój doprowadzi do innej, krwawej rewolucji, która odrzuci ludzkość kilka wieków wstecz. Każdego dnia moje dzieci ratują świat. A zobaczy pan, co będzie w przyszłości. Nawiasem mówiąc, pamiętam, że pytał pan, dlaczego nie biorę dziewczynek. Tamtym razem, proszę mi wybaczyć, okłamałam pana. Biorę dziewczynki. Bardzo niewiele, ale biorę. W Szwajcarii mam specjalny esternat, gdzie wychowuję swoje drogie córki. To materiał całkiem szczególny, możliwe, że jeszcze cenniejszy niż synowie. Z jedną z moich wychowanek już się pan chyba zaznajomił. – Milady chytrze się uśmiechnęła. – Teraz, co prawda, zachowuje się nierozsądnie i chwilowo zapomniała o obowiązkach. Z młodymi kobietami to się zdarza. Ale niezawodnie wróci do mnie, znam swoje dziewczęta.

Te słowa wyraźnie dowodziły, że Ipolit mimo wszystko nie zabił Amalii, tylko dokądś wywiózł. Jednakże wzmianka o Bieżeckiej rozjątrzyła stare rany i osłabiła trochę wrażenie (trzeba przyznać, niemałe), jakie na młodym człowieku zrobiły wywody baronowej.

– Szczytny cel to oczywiście wspaniała rzecz! – zawołał zapalczywie. – Ale co ze środkami? Przecież dla pani zabić człowieka to jak rozgnieść komara.

– Nieprawda! – zaprzeczyła gorąco milady. – Szczerze żałuję każdego straconego życia. Ale nie można oczyścić stajni Augiasza, nie brudząc rąk. Jeden zabity ratuje tysiąc, milion innych ludzi.

– No i kogo uratował Kokorin? – spytał zjadliwie Erast Pietrowicz.

– Za pieniądze tego nędznego utracjusza wychowuję nie tylko dla Rosji tysiące światłych umysłów. Nic nie poradzę, mój chłopcze, nie ja urządziłam ten okrutny świat, na którym wszystko ma swoją cenę. Myślę, że w tym wypadku cena jest całkiem rozsądna.

– No, a śmierć Achtyrcewa?

– Po pierwsze, za dużo gadał. Po drugie, zanadto dokuczał Amalii. A po trzecie, przecież sam pan tłumaczył Iwanowi Brillingowi: bakijska nafta. Nikt nie może oprotestować testamentu napisanego przez Achtyrcewa; pozostaje w mocy.

– A ryzyko policyjnego śledztwa?

– To błahostka. – Milady wzruszyła ramionami. – Wiedziałam, że mój kochany Iwan wszystko zatuszuje. Od dziecka odznaczał się błyskotliwym umysłem analitycznym i talentem organizatorskim. Co za tragedia, że go już nie ma...! Brilling idealnie by wszystko załatwił, gdyby nie pewien nadzwyczaj uparty młody dżentelmen. Wszyscy, wszyscy mieliśmy pecha.

– Chwileczkę, milady. – Fandorin znowu stał się czujny. – Skąd taka szczerość w stosunku do mnie? Czyżby miała pani nadzieję przeciągnąć mnie do swojego obozu? Gdyby nie przelana krew, byłbym całkowicie po pani stronie, ale te metody...

Lady Astair przerwała mu ze spokojnym uśmiechem.

– Nie, mój przyjacielu, nie mam nadziei, że pana zaagituję. Niestety, poznaliśmy się zbyt późno; pański umysł, charakter, system wartości moralnych zdążyły się już uformować i trudno liczyć na ich zmianę. A szczera jestem z panem z trzech przyczyn. Po pierwsze, jest pan bardzo rozgarniętym młodzieńcem i budzi moją autentyczną sympatię. Nie chcę, żeby uważał mnie pan za potwora. Po drugie, był pan bardzo nieostrożny, przyjeżdżając tu prosto z dworca i nie powiadamiając o tym przełożonych. No, a po trzecie, nie przypadkiem usadziłam pana w tym wielce niewygodnym fotelu z dziwacznie wygiętym oparciem.

Zrobiła ręką jakiś nieuchwytny ruch, a wtedy z wysokich podłokietników wyskoczyły dwa podłużne kawałki stali i przykuły Erasta Pietrowicza do fotela. Zanim jeszcze uświadomił sobie, co zaszło, szarpnął się, żeby wstać, ale nie mógł się nawet ruszyć, a nogi fotela, zdawało się, przyrosły do podłogi.

Milady brzęknęła dzwonkiem i w tejże sekundzie wszedł Andrew, zupełnie jakby podsłuchiwał pod drzwiami.

– Mój miły Andrew, sprowadź mi co żywo profesora Blancka – rozkazała lady Astair. – Po drodze wyjaśnij mu, o co chodzi. Tak, i niech weźmie chloroform. A Timofejowi powierz dorożkarza. – Westchnęła ze smutkiem. – Tu już nic się nie da zrobić...

Andrew ukłonił się i wyszedł. W gabinecie zapadło milczenie: Erast Pietrowicz miotał się w stalowej pułapce, starając się tak obrócić, by wyciągnąć zza pleców zbawczego gerstala, przeklęte obręcze przyciskały go jednak na tyle mocno, że musiał porzucić ten pomysł. Milady ze współczuciem obserwowała młodego człowieka, od czasu do czasu kiwając głową.

Wkrótce w korytarzu rozległy się szybkie kroki, po czym weszło dwóch ludzi: geniusz fizyki, profesor Blanek, i niemowa Andrew.

Profesor rzucił na jeńca przelotne spojrzenie.

– To na serio, milady? – zapytał po angielsku.

– Raczej tak – westchnęła. – Ale rzecz jest do naprawienia. Oczywiście należy trochę się postarać. Nie chcę bez potrzeby uciekać się do skrajnego środka. Właśnie sobie przypomniałam, że pan, mój chłopcze, dawno marzył o eksperymencie z materiałem ludzkim. Wygląda na to, że nadarzyła się okazja.

– Wprawdzie nie jestem jeszcze w pełni gotowy do pracy z mózgiem człowieka – rzekł niepewnie Blanek, przypatrując się znieruchomiałemu Fandorinowi – z drugiej jednak strony byłoby lekkomyślnością przegapić taką szansę...

– W każdym razie trzeba go uśpić – stwierdziła baronowa. – Przyniósł pan chloroform?

– Tak, proszę pani, zaraz. – Profesor wyjął z przepastnej kieszeni butelkę i jej zawartością obficie zmoczył chusteczkę.

Erast Pietrowicz poczuł ostry szpitalny zapach i chciał krzyknąć, lecz Andrew błyskawicznie dopadł fotela i z niewiarygodną siłą chwycił więźnia za gardło.

– Żegnaj, biedny chłopcze – powiedziała milady i odwróciła się.

Blanek wyjął z kieszeni kamizelki złoty zegarek, spojrzał na niego znad okularów i całkowicie zasłonił twarz Fandorina pachnącą białą szmatką. Teraz przydała się Erastowi Pietrowiczowi zbawcza nauka niezrównanego Chandry Johnsona! Młody człowiek nie zamierzał wdychać zdradzieckich oparów, wyraźnie niezawierających prany. Najwyższa pora była przystąpić do ćwiczenia ze wstrzymaniem oddechu.

– Jedna minuta wystarczy aż nadto – oświadczył uczony, mocno przyciskając chusteczkę do ust i nosa skazańca.

I osiem, i dziewięć, i dziesięć – liczył w myśli Erast Pietrowicz, nie zapominając rozwierać kurczowo ust, wytrzeszczać oczu i udawać konwulsji. Nawiasem mówiąc, gdyby zapragnął zaczerpnąć powietrza, nie byłoby to wcale łatwe, bo Andrew dławił jego gardło stalowym uchwytem.

Przekroczył liczbę osiemdziesiąt, płuca ostatkiem sił walczyły z brakiem tlenu, a paskudna szmata ciągle chłodziła płonącą twarz. Osiempięć, osiemsześć, osiemsiedem – przyspieszył Fandorin, resztką sił starając się oszukać nieznośnie powolny sekundnik. Nagle uświadomił sobie, że dosyć tej szarpaniny, że już trzeba stracić przytomność: oklapł, zamarł, a dla większej pewności opuścił jeszcze dolną szczękę. Przy liczbie dziewięćdziesiąt trzy Blanek cofnął rękę.

– To dopiero wytrzymały organizm! – zawyrokował. – Prawie siedemdziesiąt pięć sekund.

„Leżący bez czucia” odchylił na bok głowę i udawał, że oddycha miarowo i głęboko, chociaż jego ustom strasznie chciało się łapać powietrze haustami.

– Gotowe, milady – oświadczył profesor. – Można przystąpić do eksperymentu.

Rozdział szesnasty,

w którym elektryczności wróży się wielką przyszłość

Przenieście go do laboratorium – powiedziała milady. – Ale musicie się spieszyć. Za dwanaście minut przerwa. Dzieci nie powinny tego oglądać.

Rozległo się pukanie do drzwi.

– Timofej, to pan? – spytała baronowa po rosyjsku. – Come in!

Erast Pietrowicz nie chciał patrzeć nawet spod przymkniętych powiek; gdyby ktoś się spostrzegł, to koniec, byłoby po wszystkim. Usłyszał ciężkie kroki szwajcara i donośny, jak gdyby skierowany do głuchego głos:

– No, wszystko w porządeczku, jaśnie pani baronowo. Ol rajt. Zaprosiłem dorożkarza, żeby się napił herbatki. Herbata! Ti! Drink! Ale żywotny się, psiajucha, trafił. Pije, pije i nic mu nie jest. Drink, drink i nasing. Ale w końcu go zemgliło. A powozik żem za dom odprowadził. Bihajnd nasz haus. Niby tego, na podwórze. Na razie postoi, a potem już się zatroszczę, niech się jaśnie pani nie martwi.

Blanek przełożył tę wypowiedź baronowej.

Fine – odezwała się i półgłosem dodała: – Andrew, just make sure that he doesn’t try to make a profit selling the horse and the carriage.

Fandorin nie usłyszał odpowiedzi. Widocznie milczek Andrew tylko skinął głową.

No, dalej, dranie, rozwiążcie mnie – pogonił w myślach złoczyńców Erast Pietrowicz. Już niedługo przerwa. Zaraz urządzę wam eksperyment. Żeby tylko nie zapomnieć o bezpieczniku.

Fandorina czekało jednak poważne rozczarowanie – nikt nie zaczął go rozwiązywać. Tuż przy uchu rozległo się sapanie i zapachniało cebulą („Timofej” – bezbłędnie odgadł więzień), coś cicho zazgrzytało raz, drugi, trzeci, czwarty.

– Gotowe. Odkręciłem – zameldował szwajcar. – Bierz, Andriusza, niesiemy.

Podnieśli Erasta Pietrowicza razem z fotelem i ruszyli. Kiedy troszeczkę rozwarł powieki, zobaczył zalaną słońcem galerię z holenderskimi oknami. Wszystko jasne: niosą go do głównego korpusu, do laboratorium.

Kiedy tragarze weszli po ciemku do sali rekreacyjnej, Erast Pietrowicz zaczął rozważać, czy się nie „obudzić” i rozdzierającym krzykiem nie zakłócić procesu dydaktycznego. Niech dziatwa popatrzy, jakimi sprawami zajmuje się ich dobra pani. Ale z klas dobiegały takie spokojne, swojskie dźwięki miarowy bas nauczyciela, wybuch chłopięcego śmiechu, śpiew chóru – że Fandorinowi nie starczyło odwagi. To nic, jeszcze nie czas na odkrycie kart – usprawiedliwił swoje niezdecydowanie.

Potem było już za późno: szkolny gwar został za nimi. Erast Pietrowicz podpatrzył, że niosą go po jakichś schodach, skrzypnęły drzwi, klucz się obrócił.

Nawet przez zamknięte powieki widać było, że zapalono bardzo mocne światło elektryczne. Fandorin jednym spojrzeniem przymrużonego oka ocenił sytuację. Zdążył rozpoznać jakieś porcelanowe naczynia, przewody, metalowe szpulki. Wszystko to bardzo mu się nie spodobało. W oddali zabrzęczał przytłumiony dzwonek – widocznie lekcja się skończyła, i prawie jednocześnie rozległy się dźwięczne głosy.

– Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze – westchnęła lady Astair. – Nie chciałabym śmierci młodzieńca.

– Ja też mam nadzieję, milady – odrzekł wyraźnie podekscytowany profesor i brzęknął czymś żelaznym – ale bez ofiar, niestety, nie ma nauki. Za każdy nowy kroczek wiedzy trzeba płacić wysoką cenę. Na sentymentach daleko się nie zajedzie. A jeśli ten młody człowiek jest pani tak drogi, lepiej by było, gdyby nasz niedźwiedź nie truł fiakra, tylko dał mu środek nasenny. Wtedy zacząłbym właśnie od niego, a młodzieńca zostawił na potem. Dostałby dodatkową szansę.

– Ma pan rację, przyjacielu. Absolutną rację. To był niewybaczalny błąd. – W głosie milady dźwięczał szczery żal. – Ale mimo to niech się pan postara. Proszę mi jeszcze raz wyjaśnić, co właściwie ma pan zamiar zrobić?

Erast Pietrowicz nadstawił uszu – również jego bardzo to interesowało.

– Zna pani moją ogólną ideę – powiedział z zapałem Blanek i nawet przestał brzęczeć. – Uważam, że opanowanie żywiołu elektryczności jest kluczem do przyszłego stulecia. Tak, tak, milady! Do dwudziestego wieku zostały dwadzieścia cztery lata, to już nie tak dużo. W nowym stuleciu świat przeobrazi się nie do poznania, a owa wielka zmiana dokona się dzięki elektryczności. Elektryczność to nie tylko sposób oświetlenia, jak sądzą profani. Zdolna jest tworzyć i wielkie, i małe cuda. Proszę sobie wyobrazić karetę bez konia, która jedzie dzięki elektromotorowi! Proszę sobie wyobrazić pociąg bez parowozu: szybki, czysty, cichy! A potężne armaty, rażące wroga skierowanymi nań błyskawicami! A miejski dyliżans bez konnego zaprzęgu!

– Wszystko to już nieraz omawialiśmy. – Baronowa łagodnie przerwała entuzjaście. – Niech mi pan wyjaśni medyczne zastosowanie elektryczności.

– O, to jest najciekawsze. – Profesor jeszcze bardziej się zapalił. – Właśnie tej części nauki o elektryczności zamierzam poświęcić życie. Makroelektryczność – turbiny, silniki, potężne dynamomaszyny – zmienią otaczający nas świat, a mikroelektryczność zmieni samego człowieka, uzupełni naturalne braki gatunku homo sapiens. Elektrofizjologia i elektroterapia oto co zbawi ludzkość, nie zaś pani mądrale, którzy bawią się w wielkich polityków czy też, wstyd powiedzieć, malują obrazki.

– Nie ma pan racji, mój chłopcze. Oni też wykonują ważną i pożyteczną pracę. Ale niech pan mówi dalej.

– Dzięki mnie będzie pani w stanie zmienić człowieka, każdego człowieka, w ideał, uwolnić go od wad. Wszystko, co sprawia, że ludzie źle postępują, znajduje się tutaj, w substancji podkorowej mózgu. – Twardy palec boleśnie postukał Erasta Pietrowicza po ciemieniu. – Mówiąc w sposób uproszczony, w mózgu mieszczą się ośrodki zawiadujące logiką, rozkoszą, strachem, okrucieństwem, popędem płciowym, i tak dalej, i tak dalej. Człowiek mógłby być harmonijną osobowością, gdyby wszystkie ośrodki funkcjonowały równomiernie, ale to prawie nigdy się nie zdarza. U jednego nadmiernie rozwinięty jest ośrodek odpowiadający za instynkt samozachowawczy, wskutek czego ów człowiek staje się patologicznym tchórzem. U innego niedostatecznie działa sfera logiki i w efekcie mamy beznadziejnego głupca. Moja teoria polega na tym, że za pomocą elektroforezy, czyli ukierunkowanych i ściśle dawkowanych impulsów elektrycznych, będzie można stymulować jedne ośrodki i tłumić inne, niepożądane.

– To bardzo, bardzo ciekawe – powiedziała baronowa. – Zdaje sobie pan sprawę, kochany Gebhardcie, że do tej pory nie ograniczałam pana finansowo, ale skąd pewność, że podobna korekta psychiki jest w ogóle możliwa?

– Możliwa! Co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości! Czy wie pani, że w grobowcach inkaskich znaleziono czaszki z jednakowym otworem, o, w tym miejscu? – Palec znowu dwukrotnie dźgnął Erasta Pietrowicza w głowę. – Tutaj znajduje się ośrodek zawiadujący strachem. Inkowie o tym wiedzieli i za pomocą swoich prymitywnych narzędzi zmieniali chłopców z kasty wojowników w nieustraszonych żołnierzy. A mysz? Pamięta pani?

– Tak, pańska „nieustraszona mysz” rzucająca się na kota zrobiła na mnie wrażenie.

– O, to dopiero początek! Proszę sobie wyobrazić społeczeństwo, w którym nie ma przestępców! Okrutnego mordercę, maniaka, złodzieja aresztuje się, ale nie traci ani nie posyła na katorgę; robi mu się tylko drobną operację, przez co ów nieszczęśnik na zawsze pozbywa się chorobliwego okrucieństwa, chciwości albo nadmiernej chuci, stając się pożytecznym członkiem społeczeństwa. A proszę pomyśleć, że któregoś z pani chłopców, i tak bardzo zdolnego, poddano mojej elektroforezie, która jeszcze wzmocni jego talent?

– No, swoich chłopców to już panu nie oddam – ucięła sprawę baronowa. – Od zbyt wielkiego talentu się wariuje. Lepiej niech pan eksperymentuje na przestępcach. Co to jest „czysty człowiek”?

– To stosunkowo prosta operacja. Do niej, jak sądzę, jestem już gotowy. Można potraktować prądem ośrodek gromadzący pamięć, a wtedy mózg człowieka stanie się czystą kartą, tak jakby pani wytarła go gumką. Zachowane zostają wszystkie zdolności intelektualne, ale nabyte odruchy i wiedza – znikają. Dostaje pani człowieka czyściutkiego, jakby nowo narodzonego. Pamięta pani doświadczenie z żabą? Po operacji oduczyła się skakać, ale odruchów ruchowych nie straciła. Teoretycznie można byłoby nauczyć ją tego wszystkiego od nowa. Teraz weźmy naszego pacjenta... Ej, wy dwaj, co się gapicie?! Bierzcie go i kładźcie na stół. Macht schnell!

No, wreszcie, teraz! Fandorin się przygotował. Jednakże podły Andrew tak mocno chwycił go za ramiona, że próba sięgnięcia po rewolwer nie miała najmniejszego sensu. „Timofej” czymś szczęknął i stalowe obręcze, które ściskały pierś więźnia, gdzieś się podziały.

– Raz, dwa, dalej! – wydał komendę „Timofej”, biorąc Erasta Pietrowicza za nogi, a Andrew, ciągle tak samo silnie ściskający ramiona jeńca, łatwo podniósł go z fotela.

Delikwenta przeniesiono na stół i ułożono na wznak, przy czym Andrew tak jak przedtem trzymał go za łokcie, a szwajcar za kostki. Kabura niemiłosiernie uciskała Fandorinowi krzyże. Znowu rozległ się dźwięk dzwonka – przerwa się skończyła.

– Kiedy synchronicznie poddam wstrząsom elektrycznym dwa odcinki mózgu, pacjent wyzbędzie się wszelkich doświadczeń życiowych i, że tak powiem, zmieni w niemowlę. Trzeba go będzie znowu uczyć wszystkiego – chodzenia, łykania, korzystania z toalety, a później czytania, pisania i tak dalej. Przypuszczam, że pani pedagogów to zainteresuje, zwłaszcza że ma już pani niejakie wyobrażenie o skłonnościach tego osobnika.

– Tak. Odznacza się znakomitym refleksem, jest śmiały, ma wyjątkową intuicję i potrafi myśleć bardzo logiczne. Spodziewam się, że wszystko to uda się odtworzyć.

W innych okolicznościach Erast Pietrowicz poczułby się mile połechtany powyższą charakterystyką, ale teraz wzdrygnął się z przerażenia; wyobraził sobie, jak leży w różowej kołysce, ze smoczkiem w buzi, i bezmyślnie gaworzy, a nad nim pochyla się lady Astair i z naganą w głosie mówi: „Oj niedoble dziecko, znowu się źmociło”. Nie, już lepsza śmierć!

– Ma konwulsje, sir. – Andrew po raz pierwszy otworzył usta. – Żeby się nam nie obudził.

– To niemożliwe – uciął profesor. – Narkoza wystarczy na minimum dwie godziny. Lekkie konwulsyjne ruchy to rzecz normalna. Niebezpieczeństwo jest jedno: nie miałem dość czasu, żeby dokładnie obliczyć potrzebny ładunek. Jeśli dam więcej, niż trzeba, to zabiję pacjenta albo uczynię go idiotą. Jeśli dam za mało, w substancji podkorowej pozostaną niewyraźne, szczątkowe obrazy, które pod wpływem zewnętrznego impulsu mogą się kiedyś ułożyć w określone wspomnienie.

Baronowa umilkła na chwilę i powiedziała z wyraźnym żalem:

– Nie możemy ryzykować. Niech pan daje silniejszy ładunek.

Rozległo się dziwne brzęczenie, a potem trzaski, od których Fandorinowi mróz przebiegł po skórze.

– Andrew, wytnijcie dwa kółka: o, tutaj i tutaj – nakazał Blanek, dotykając włosów leżącego. – Będę musiał podłączyć elektrody.

– Nie, tym niech się zajmie Timofej – oświadczyła zdecydowanie lady Astair. – A ja odchodzę. Nie chcę tego oglądać; potem w nocy nie będę mogła spać. Andrew, pójdziesz ze mną. Napiszę parę pilnych depesz, a ty zawieziesz je do telegrafu. Trzeba podjąć środki ostrożności, przecież zniknięcie naszego przyjaciela zostanie prędko zauważone.

– Tak, tak, milady, będzie mi pani tylko przeszkadzać – odrzekł zajęty przygotowaniami profesor. – Niezwłocznie powiadomię panią o wyniku.

Żelazne kleszcze, ściskające łokcie Erasta Pietrowicza, w końcu się rozwarły.

Ledwie za drzwiami ucichły kroki, Fandorin otworzył oczy, jednym ruchem uwolnił nogi i kopnął „Timofeja” w pierś. Tamten odleciał w kąt. Już w następnej chwili Erast Pietrowicz zeskoczył ze stołu na podłogę i mrużąc oczy od światła, wyszarpnął drogocennego gerstala.

– Nie ruszać się! Bo zabiję! – mściwie zasyczał zmartwychwstały.

W tej chwili rzeczywiście miał ochotę zastrzelić obu: i tępo mrugającego oczami „Timofeja”, i szalonego profesora, który stał jak wryty z dwoma stalowymi szpikulcami w ręku. Cienkie przewody ciągnęły się od szpikulców do jakiejś zmyślnej, mrugającej światełkami machiny. W laboratorium znajdowało się mnóstwo różnych ciekawych rzeczy, ale nie było czasu się im przyglądać.

Szwajcar nawet nie próbował się podnieść i tylko szybko żegnał się. Wobec Blancka jednak należało zachować czujność. Uczony najwyraźniej wcale się nie przestraszył, tylko rozzłościł się na widok nieoczekiwanej przeszkody. Zaraz się rzuci! – pomyślał Fandorin i natychmiast odeszła go chęć zabicia profesora.

– Stać! Bez żartów! – wykrzyknął lekko drżącym głosem.

W tejże sekundzie Blanek zaryczał:

Mistkerl! Du hast alles verdorben! – I rzucił się naprzód, zawadzając bokiem o kant stołu.

Erast Pietrowicz nacisnął na spust. Nic. Bezpiecznik! Szczęknął guzikiem. Nacisnął dwa razy z rzędu. Ba-bach! – huknął podwójny grom, a uczony upadł na wznak, głową prosto pod nogi strzelca.

Obawiając się ataku z tyłu, Fandorin gwałtownie się obrócił, gotów strzelać dalej, ale „Timofej” przycisnął się plecami do ściany i zaczął lamentować:

– Wasza wielmożność, nie zabijajcie! Ja tu niewinny! Jak Boga kocham! Wasza wielmożność!

– Wstawaj, łajdaku! – zawył na wpół ogłuszony, rozwścieczony Erast Pietrowicz. – Ruszaj się!

Szturchając szwajcara rewolwerem w plecy, popędził go korytarzem, a potem w dół po schodach. „Timofej” drobił nogami, jojcząc za każdym razem, kiedy lufa uciskała mu kręgosłup.

Szybko przebiegli przez salę rekreacyjną, przy czym Fandorin starał się nie patrzeć na otwarte drzwi do klas, skąd wyglądali nauczyciele. Zza ich pleców wysuwali się milczący chłopcy w granatowych mundurkach.

– Policja! – krzyknął w przestrzeń Erast Pietrowicz. – Panowie nauczyciele, proszę nie wypuszczać dzieci z klas! Sami też nie wychodźcie!

Długą galerią, ciągle tak samo na wpół idąc, na wpół biegnąc, dotarli do bocznego skrzydła. Pod biało-złotymi drzwiami Erast Pietrowicz pchnął „Timofeja” z całej siły – szwajcar czołem otworzył drzwi i ledwo utrzymał się na nogach. Nikogo. Pusto!

– Dalej marsz! Otwieraj wszystkie drzwi! – rozkazał Fandorin. – A nie próbuj mi skrewić, bo zabiję jak psa.

Szwajcar tylko klasnął w ręce i pokłusował z powrotem na korytarz. W pięć minut zajrzeli do wszystkich pokoi na parterze. Ani żywej duszy, tylko w kuchni, ciężko zwaliwszy się na stół i wykręciwszy w bok głowę, spał snem wiecznym nieszczęsny fiakier. Erast Pietrowicz tylko rzucił okiem na kawałki cukru w brodzie, na kałużę rozlanej herbaty i kazał „Timofejowi” ruszać dalej.

Na pierwszym piętrze mieściły się dwie sypialnie, szatnia i biblioteka. Tam również nie było baronowej i jej lokaja. Gdzież więc są? Usłyszeli strzały i schowali się w esternacie? Czy może w ogóle uciekli?

Erast Pietrowicz ze złością machnął rewolwerem i nagle gruchnął strzał. Kula odbiła się rykoszetem od ściany i ze świstem wyleciała przez okno, zostawiając na szybie regularną gwiazdkę z rozchodzącymi się promykami. Niech to licho, bezpiecznik zdjęty, a spust słaby – przypomniał sobie Fandorin i potrząsnął głową, żeby uwolnić się od dzwonienia w uszach.

Na „Timofeja” strzał podziałał jak różdżka magiczna; szwajcar runął na kolana i zaskomlał:

– Wasza ekscele... jaśnie oświecony... Oszczędźcie biedaka! Diabeł mnie skusił! Wszystko powiem, wszystko jak na spowiedzi! Dziateczki małe mam, chorą żonę! Pokażę! Jak Bóg miły, pokażę! W tajnym lochu są, w piwnicy! Pokażę, tylko nie gubcie duszy nieszczęsnej!

– W jakim znowu lochu? – zapytał groźnie Erast Pietrowicz i podniósł pistolet, jakby rzeczywiście zamierzał rozprawić się z łajdakiem.

– A dyć pozwólcie, panie, za mną, za mną.

Szwajcar zerwał się na równe nogi i co chwila się oglądając, zaprowadził Fandorina znowu na parter, do gabinetu baronowej.

– Kiedyś przypadkiem żem podpatrzył... Oni nas tam nie dopuszczali. Nie ufali nam. Przecie ja ruski człowiek, dusza prawosławna, nie angielskiej krwi. – „Timofej” się przeżegnał. – Tylko ichniemu Andriejowi wolno było, a my – gdzie tam!

Pobiegł za biurko, przekręcił uchwyt na sekreterze, a ta nagle odjechała w bok, ukazując nieduże spiżowe drzwi.

– Otwieraj! – rozkazał Erast Pietrowicz.

„Timofej” jeszcze trzykrotnie się przeżegnał i pchnął drzwi. Otworzyły się bezdźwięcznie, odsłaniając schody, które prowadziły w dół, w ciemność.

Popychając szwajcara, Fandorin zaczął ostrożnie schodzić. Dotarł do ściany; w prawo skręcał niski korytarz.

– Dalej, dalej! – syknął Erast Pietrowicz na „Timofeja”, który się zatrzymał.

W korytarzu było już całkiem ciemno. Przydałaby się świeca – pomyślał Fandorin i lewą ręką sięgnął do kieszeni po zapałki; wtedy przed nimi coś jaskrawo błysnęło i huknęło. Szwajcar jęknął i osunął się na podłogę, a Erast Pietrowicz wystawił do przodu gerstala, naciskając na spust, dopóki iglica nie zastukała po pustych gilzach. Zapadła głucha cisza. Trzęsącymi się palcami Fandorin wyciągnął pudełko i potarł zapałkę. „Timofej” siedział bez ruchu pod ścianą, wyglądał jak bezkształtna masa. Erast Pietrowicz zrobił kilka kroków do przodu i zobaczył leżącego na wznak Andrew. Światełko przez chwilę poigrało w szklanych oczach i zgasło.

Kiedy znajdziesz się w ciemności – uczy wielki Fouché musisz zamknąć oczy i policzyć do trzydziestu, żeby źrenice się zwęziły; wtedy zobaczysz choćby najwątlejsze źródło światła. Erast Pietrowicz policzył dla pewności do czterdziestu, otworzył oczy i rzeczywiście dostrzegł mizerną smużkę światła. Wystawił rękę z bezużytecznym gerstalem, zrobił jeden krok, drugi i trzeci; w końcu zobaczył przed sobą lekko uchylone drzwi; przez szparę sączyło się słabe światło. Baronowa mogła znajdować się tylko tam. Fandorin ruszył naprzód i mocno popchnął drzwi.

Jego oczom ukazał się nieduży pokoik z jakimiś stelażami wzdłuż ścian. Pośrodku stał stół, na nim, w lichtarzu z brązu, paliła się świeca, zdobiąc światłocieniami twarz lady Astair.

– Niech pan wejdzie, mój chłopcze – powiedziała spokojnie milady. – Oczekuję pana.

Erast Pietrowicz przekroczył próg, a drzwi nagle zatrzasnęły się za jego plecami. Wzdrygnął się, odwrócił i zobaczył, że na drzwiach nie ma skobla ani klamki.

– Niech pan podejdzie bliżej – poprosiła cicho lady Astair. – Chciałabym lepiej przyjrzeć się pańskiemu obliczu, jest to bowiem oblicze losu. Pan jest kamyczkiem, który napotkałam na swojej drodze. Małym kamyczkiem, o który sądzone mi było się potknąć.

Urażony takim porównaniem, Fandorin zbliżył się do biurka i zobaczył gładką metalową szkatułkę stojącą przed baronową.

– Co to jest? – zapytał.

– O tym później. Co pan zrobił z Gebhardtem?

– Nie żyje. Sam był sobie winien, po co pchał się pod kulę? – odpowiedział szorstko Fandorin, starając się nie myśleć o tym, że w ciągu kilku minut zabił dwóch ludzi.

– To wielka strata dla ludzkości. Dziwny był to człowiek, maniak, ale wielki uczony. Będzie o jednego Azazela mniej...

– Co to jest „Azazel”? – Fandorin drgnął. – Jakiż ten szatan ma związek z pani sierotami?

– Azazel to nie szatan, mój chłopcze. To zbawca niosący ludziom światło. Bóg stworzył ten świat, stworzył ludzi i zostawił ich samym sobie. Oni jednak są tacy słabi i ślepi, że zmieniliby świat w piekło. Dawno by wyginęli, gdyby nie szczególne postacie, które od czasu do czasu pośród nich się pojawiają. Nie są to demony ani bogowie, nadaję im miano héros civilisateur. Dzięki każdemu z nich ludzkość zrobiła duży krok do przodu. Prometeusz dał nam ogień. Mojżesz – prawo. Chrystus – kościec moralny. Ale największy z tych bohaterów to judejski Azazel, który obdarzył człowieka poczuciem godności. Powiedziane jest w Księdze Henocha: „I przeniknął miłością ku ludziom i odkrył im tajemnice, które są niebu wiadome”. Podarował człowiekowi zwierciadło, żeby widział także to, co znajduje się z tyłu – a zatem miał pamięć i rozumiał przeszłość. Dzięki Azazelowi mężczyzna może zajmować się rzemiosłem i bronić swego domu. Dzięki Azazelowi kobieta z płodnej, potulnej samicy zmieniła się w równoprawną istotę ludzką, posiadającą wolność wyboru – może być szpetna albo piękna, być matką albo amazonką, żyć dla rodziny albo dla całej ludzkości. Bóg tylko dał człowiekowi karty, Azazel naucza, jak trzeba grać, żeby wygrać. Każdy z moich podopiecznych jest Azazelem, chociaż nawet nie wszyscy o tym wiedzą.

– Jak to „nie wszyscy”? – przerwał Fandorin.

– Tajemny cel znają nieliczni, tylko najwierniejsi i nieustraszeni – wyjaśniła milady. – Oni to właśnie biorą na siebie całą brudną robotę, żeby reszta moich dzieci pozostała niesplamiona. „Azazel” to moja straż przednia, która winna powoli, stopniowo przejąć ster tego świata. O, jakże rozkwitnie nasza planeta, kiedy na jej czele staną moi Azazelowie! I to mogłoby się dokonać tak szybko – za jakieś dwadzieścia lat. Pozostali wychowankowie esternatów, nieznający sekretu „Azazela”, po prostu idą w życiu swoją drogą, przynosząc ludzkości nieocenioną korzyść. A ja tylko śledzę ich sukcesy, cieszę się z osiągnięć i wiem, że jeśli zajdzie potrzeba, żaden z nich nie odmówi pomocy swojej matce. Ach, co się beze mnie z nimi stanie? Co będzie ze światem?... Ale to nic, „Azazel” żyje i doprowadzi moje dzieło do końca.

Erast Pietrowicz oburzył się.

– Widziałem pani Azazelów, pani „wiernych i nieustraszonych”! Morbida z Franzem, Andrew i tego z rybimi oczami, który zabił Achtyrcewa! To oni są pani gwardią, milady? To są ci najgodniejsi?

– Nie tylko oni. Pamięta pan, przyjacielu, jak mówiłam, że niektórym z moich dzieci nie udaje się znaleźć własnej drogi w dzisiejszym świecie, ich talent bowiem pozostał W odległej przeszłości albo przyda się w przyszłości? No więc tacy wychowankowie stają się najwierniejszymi i najbardziej oddanymi wykonawcami. Jedne moje dzieci są mózgiem, inne – rękami. A człowiek, który usunął Achtyrcewa, nie był moim dzieckiem. To nasz chwilowy sojusznik.

Palce baronowej pogładziły z roztargnieniem polerowaną powierzchnię szkatułki i jak gdyby przypadkowo nacisnęły wypukły guziczek.

– To wszystko, kochany młodzieńcze. Zostały nam dwie minuty. Odejdziemy razem z tego świata. Niestety, nie mogę zostawić pana wśród żywych. Będzie pan szkodził moim dzieciom.

– Co to jest?! – krzyknął Fandorin i złapał szkatułkę, która okazała się dość ciężka. – Bomba?

– Tak. – Lady Astair uśmiechnęła się współczująco. – Mechanizm zegarowy. Wynalazek jednego z moich utalentowanych chłopców. Takie szkatułki bywają trzydziestosekundowe, dwugodzinne, nawet dwunastogodzinne. Nie można ich otworzyć i zatrzymać mechanizmu. Ta obliczona jest na sto dwadzieścia sekund. Zginę razem ze swoim archiwum. Moje życie się skończyło, ale sporo zdążyłam w nim zrobić. Dzieło będzie kontynuowane i świat wspomni mnie jeszcze dobrym słowem.

Erast Pietrowicz spróbował oderwać guziczek paznokciami, ale nic z tego nie wyszło. Wówczas rzucił się do drzwi i zaczął macać je palcami, tłuc w nie pięściami. Krew pulsowała mu w uszach, odliczając upływ czasu.

– Lizetka! – zajęczał w rozpaczy Fandorin. – Milady! Nie chcę umierać! Jestem młody! Zakochany!

Lady Astair patrzyła na niego ze współczuciem. Wyraźnie toczyła ze sobą jakąś walkę.

– Niech pan obieca, że polowanie na moje dzieci nie stanie się celem pańskiego życia – powiedziała cicho, patrząc Erastowi Pietrowiczowi w oczy.

– Przysięgam! – wykrzyknął, gotów w tej chwili obiecać wszystko, czego się od niego zażąda.

Po męczącej, nieskończenie długiej pauzie milady posłała mu łagodny matczyny uśmiech.

– Dobrze. Niech pan sobie żyje, mój chłopcze. Ale proszę się spieszyć, ma pan czterdzieści sekund.

Wsunęła rękę pod stół, a mosiężne drzwi zaskrzypiały i otworzyły się do wewnątrz.

Fandorin rzucił ostatnie spojrzenie na nieruchomą siwą kobietę i chwiejący się płomień świecy, po czym olbrzymimi susami pognał ciemnym korytarzem. Uderzył w pędzie o mur, na czworakach pokonał schody, po czym wyprostował się i dwoma skokami przebył gabinet.


W dziesięć sekund później dębowe drzwi bocznego skrzydła esternatu o mało nie wypadły z zawiasów, uderzone potężnym pchnięciem. Jak strzała wyleciał z nich młody człowiek z wykrzywioną twarzą, zbiegł po schodach, pogonił cichą, cienistą ulicą do narożnika i dopiero tam się zatrzymał, ciężko zadyszany. Obejrzał się i zamarł.

Chwycił się za serce, które waliło jak oszalałe. Oszukała go! Wywiodła w pole jak dzieciaka! A sama uciekła tylnym wyjściem!

Zaryczał z bezsilnej złości, ale wtedy, jakby w odpowiedzi, skrzydło odezwało się takim samym rykiem. Ściany drgnęły, dach ledwie dostrzegalnie się zakołysał i z trzewi budynku, niby spod ziemi, wydobył się głuchy odgłos eksplozji.

Rozdział ostatni,

w którym bohater żegna się z wiekiem młodzieńczym

Spytajcie któregokolwiek mieszkańca pierwszej stolicy, jaka jest najlepsza pora na ożenek, a w odpowiedzi bez wątpienia usłyszycie, że człowiek poważny, który szczęście swej rodziny pragnie oprzeć na trwałym fundamencie, nieodzownie musi się ożenić w końcu września, miesiąc ów bowiem idealnie nadaje się do tego, by wypłynąć razem w długi rejs po oceanie życia. Wrzesień w Moskwie jest syty i leniwy, pyszni się purpurą klonów i przechadza w złotogłowiu jak wystrojona kupcowa z Zamoskworieczja. Jeśli się człowiek ożeni w ostatnią wrześniową niedzielę, niebo będzie niezawodnie czyste, lazurowe, a dzień wypadnie niezbyt gorący – pan młody nie spoci się w sztywnym kołnierzyku i obcisłym czarnym fraku, panna młoda zaś nie zmarznie w tym czymś cudownym, zwiewnym, dla czego trudno nawet znaleźć odpowiednią nazwę.

Niemałej wiedzy potrzeba, ażeby wybrać właściwą cerkiew. Wybór w naszej złotogłowej Moskwie jest, chwalić Boga, wielki, tym większej jednak wymaga odpowiedzialności. Starzy mieszkańcy wiedzą, że dobrze jest żenić się na Srietience, w cerkwi Uspienija w Pieczatnikach: małżonkowie pożyją długo i umrą oboje tego samego dnia. O to jednak, by dochowali się licznego potomstwa, najlepiej zadba święty Mikołaj, patron cerkwi Wielkiego Krzyża w Kitaj-grodzie, zajmującej obszar całego kwartału. Kto w małżeństwie szuka cichej przystani, niech bierze ślub u Pimena Wielkiego w Starych Worotnikach. Jeśli narzeczony służy w wojsku, ale pragnie dokonać żywota nie na polu bitwy, tylko w gronie domowników, najrozsądniej postąpi, składając przysięgę w cerkwi Świętego Jerzego na Wspolju. No i oczywiście żadna kochająca matka nie pozwoli córce ślubować na Warwarce, w cerkwi świętej męczennicy Barbary, żeby potem biedaczka nie musiała reszty życia pędzić w udręce.

Atoli osoby z wyższych sfer i piastujące wysokie godności mają wybór poniekąd ograniczony, bo cerkiew winna być okazała i przestronna w środku; jakże inaczej pomieściliby się goście, kwiat moskiewskiego towarzystwa? A na ślubie, który właśnie odbywał się w pięknej cerkwi Złatoustinskiej, zebrała się „cała Moskwa”. Gapie, którzy stanęli przy wejściu, gdzie długim sznurem ustawiły się ekwipaże, pokazywali sobie karetę samego generała-gubernatora, księcia Władimira Dołgorukiego, co oznaczało, że jest to ślub najwyższej rangi.

Do cerkwi wpuszczano za specjalnymi zaproszeniami, a mimo to osób zebrało się ze dwieście. Było wiele błyszczących mundurów, zarówno wojskowych, jak i cywilnych, wiele obnażonych damskich ramion i wysokich koafiur, wstęg, gwiazd, brylantów. Paliły się wszystkie kandelabry i świece. Uroczystość trwała już długo, więc zaproszeni się zmęczyli. Kobiety, niezależnie od wieku i stanu rodzinnego, były wzruszone i rozrzewnione, ale mężczyźni wyraźnie się nudzili i rozprawiali półgłosem o swoich sprawach. Młodych już dawno obgadano. Ojca narzeczonej, rzeczywistego tajnego radcę Aleksandra von Evert-Kołokolcewa znała cała Moskwa, śliczniutką Jelizawietę Aleksandrównę nieraz widywano na balach, zaczęła bywać jeszcze w ubiegłym roku – dlatego ciekawość budził głównie narzeczony, Erast Pietrowicz Fandorin. Wiedziano o nim niewiele: ze stolicy, karierowicz, obraca się w najwyższych sferach politycznych, do Moskwy przyjeżdża tylko od czasu do czasu w ważnych sprawach, kręci się blisko steru władzy państwowej. Rangę ma co prawda na razie niewielką, ale jest jeszcze bardzo młody i szybko idzie w górę. Nie żarty przecie – w takim wieku już z Krzyżem Świętego Włodzimierza. Przewidujący ten Aleksandr Apołłodorowicz, daleko naprzód patrzy.

Kobiety zaś bardziej rozczulał młody wiek i uroda narzeczonych. Pan młody był wielce przejęty, to czerwienił się, to bladł, mylił słowa przysięgi. Krótko mówiąc, był po prostu uroczy. No, a narzeczona, Lizetka Evert-Kołokolcew, w ogóle wydawała się jakąś nieziemską istotą, serce dosłownie zamierało na jej widok. I suknia biała jak obłok, i leciutka woalka, i wianek z róż saskich – wszystko było właśnie takie, jakie powinno być. Kiedy nowożeńcy wypili czerwonego wina z kielicha i wymienili pocałunki, narzeczona wcale się nie zawstydziła, lecz przeciwnie – wesoło uśmiechnęła i szepnęła narzeczonemu coś takiego, że też się rozpromienił.

A szepnęła Erastowi Pietrowiczowi rzecz następującą:

– Biedna Liza nie topi się, tylko wychodzi za mąż.

Erasta Pietrowicza przez cały dzień okropnie męczyło to, że jest przedmiotem powszechnej uwagi i całkowicie zależy od otoczenia. Przybyło mnóstwo dawnych kolegów z gimnazjum i „starych przyjaciół” ojca (którzy w ciągu ostatniego roku gdzieś przepadli, a teraz nagle jakby spod ziemi wyrośli). Najpierw zabrano Fandorina na wieczór kawalerski do traktierni „Praga” na Arbacie, gdzie często szturchano go w bok, mrugano doń i nie wiedzieć czemu wyrażano mu współczucie. Potem zawieziono z powrotem do hotelu, gdzie fryzjer Pierre boleśnie wytargał go za włosy, układając piękne loki. Lizetki przed uroczystością nie należało oglądać i to też było bardzo męczące. Przez trzy dni po przyjeździe z Petersburga, gdzie teraz pracował, oblubieniec w ogóle nie widział narzeczonej; cały ten czas Lizetka była zajęta ważnymi przygotowaniami weselnymi.

Purpurowy po wieczorze kawalerskim Ksawierij Gruszyn przybył we fraku z białą wstęgą drużby, wpakował pana młodego do otwartego ekwipażu i zawiózł do cerkwi. Potem Erast Pietrowicz stał na schodach, czekając na narzeczoną, a z tłumu coś do niego wołano, jakaś panna rzuciła w niego różą i zadrapała mu policzek. W końcu przywieziono Lizetkę, której prawie nie było widać spod fal przezroczystej materii. Oboje stali ramię w ramię przed pulpitem, chór śpiewał, kapłan mówił: „Jakoś jest Bóg łaskawy i człeka miłujący”, i coś jeszcze, narzeczeni wymieniali się obrączkami, stawali na dywanie, potem Lizetka wspomniała biedną Lizę, a Erast Pietrowicz nagle się uspokoił, rozejrzał dokoła, zobaczył twarze ludzi, wysoką kopułę cerkwi – i wreszcie dobrze się poczuł.

Dobrze było również potem, kiedy wszyscy podchodzili i składali życzenia, bardzo serdeczne i szczere. Szczególnie spodobał mu się generał-gubernator Władimir Andriejewicz Dołgoruki – dobrotliwy, korpulentny, krągłolicy, z sumiastymi wąsami. Powiedział, że wiele pochlebnych rzeczy słyszał o Eraście Pietrowiczu i że z całego serca życzy szczęścia w małżeństwie.

Kiedy młodzi wyszli na plac, wszyscy dookoła krzyczeli, ale mało co było widać, bo słońce świeciło oślepiająco.

Wsiedli z Lizetką do otwartego powozu, kwiaty mocno pachniały.

Lizetką zdjęła długą białą rękawiczkę i mocno ścisnęła rękę Erasta Pietrowicza. Ten ukradkiem zbliżył twarz do jej woalki i wciągnął aromat włosów, perfum i ciepłej skóry. W tej chwili (mijali Bramę Nikicką) spojrzenie Fandorina przypadkowo spoczęło na schodach cerkwi Wozniesienskiej i jakby zimna ręka ścisnęła jego serce.

Zobaczył dwóch ośmio – czy dziewięcioletnich chłopców w obdartych granatowych mundurkach. Zgnębieni, siedzieli pośród dziadów i cienkimi głosikami śpiewali coś żałosnego. Teraz, kręcąc chudymi szyjami, maleńcy żebracy z uwagą odprowadzali wzrokiem orszak weselny.

– Co z tobą, kochany – przestraszyła się Lizetką, widząc, jak zbladła twarz jej męża.

Fandorin nie odpowiedział.


Przeszukanie tajnej piwnicy w skrzydle esternatu nie dało żadnych rezultatów. Potężny wybuch bomby nieznanej konstrukcji prawie nie uszkodził domu, lecz całkowicie zniszczył podziemie. Z archiwum nie pozostało nic. Z lady Astair także, jeśli nie liczyć zakrwawionego kawałka jedwabnej sukni.

Międzynarodowy system esternatów rozpadł się, pozbawiony kierownictwa i źródeł finansowania. W niektórych krajach przytułki przeszły pod zarząd państwa albo towarzystw dobroczynnych, ale przeważnie po prostu przestały istnieć. W każdym razie oba rosyjskie esternaty zostały rozkazem ministerstwa oświaty ludowej zamknięte jako rozsadniki bezbożnictwa i szkodliwych idei. Nauczyciele się rozjechali, dzieci przeważnie rozbiegły.

Na podstawie odkrytej u Cunninghama listy udało się ustalić nazwiska osiemnastu byłych wychowanków esternatów, jednak niewiele to dało, ponieważ nie sposób było określić, którzy z nich należą do organizacji „Azazel”, a którzy nie. Mimo to pięciu (w tej liczbie portugalski minister) zostało zdymisjonowanych, dwóch odebrało sobie życie, a jednego (brazylijskiego gwardzistę przybocznego) nawet stracono. Międzynarodowe śledztwo wykryło mnóstwo znanych i szanowanych osób, które w swoim czasie ukończyły esternaty. Wiele z nich wcale się tego nie wypierało, szczycąc się otrzymanym wykształceniem. Wprawdzie niejedno „dziecko lady Astair” wolało się ukryć, uciec od natręctwa policji i tajnych służb, większość jednak została na swoich miejscach, ponieważ nie było żadnych podstaw do oskarżeń. Tyle że droga do najwyższych stanowisk państwowych była dla nich odtąd zamknięta, a przy nominacjach znowu, jak w epoce feudalnej, zaczęto zwracać uwagę na urodzenie – jeszcze, nie daj Boże, na szczyt wdrapie się jaki „podrzutek” (takim terminem w kompetentnych kręgach ochrzczono wychowanków lady Astair). Zresztą opinia publiczna nie zauważyła dokonanej czystki, ponieważ rządy działały w tej sprawie ostrożnie i dyskretnie. Przez jakiś czas krążyły słuchy o wszechświatowym spisku masonów czy też Żydów, albo jednych i drugich do spółki, wymieniano pana Disraeli, ale potem wszystko jakoś ucichło, tym bardziej że na Bałkanach dojrzewał nie lada kryzys, który miał przyprawić o gorączkę całą Europę.

Z racji obowiązków Fandorin zmuszony był uczestniczyć w śledztwie w „sprawie Azazela”, jednakże okazywał tak niewielki zapał, że generał Mizinow uznał za rozsądne dać młodemu, zdolnemu współpracownikowi inne zadanie, którego Erast Pietrowicz podjął się ze znacznie większą ochotą. Czuł, że w historii z „Azazelem” odegrał dość dwuznaczną rolę, i sumienie nie dawało mu spokoju. Przysięga złożona baronowej (i mimo woli naruszona) zepsuła mu przedślubne tygodnie.


No i musiało się zdarzyć, że akurat tego weselnego dnia w zasięgu wzroku Erasta Pietrowicza znalazły się ofiary jego „samozaparcia, ofiarności i chwalebnego zapału” (takie słowa widniały w rozkazie Najjaśniejszego Pana, dotyczącym odznaczenia detektywa Orderem Świętego Włodzimierza).

Fandorin spochmurniał. Kiedy więc przybyli do rodzicielskiego domu na Małej Nikickiej, Lizetka energicznie wzięła sprawę w swoje ręce: udała się z ponurym mężem do garderoby, znajdującej się w sąsiedztwie przedpokoju, i jak najsurowiej zabroniła innym wchodzić tam bez pozwolenia. Na szczęście domownicy dość mieli kłopotów z przyjezdnymi gośćmi, których trzeba było zabawiać przed ucztą. Z kuchni dolatywały boskie zapachy, specjalnie sprowadzeni kucharze ze „Słowiańskiego Bazaru” od samego świtu mieli pełne ręce roboty; za zamkniętymi drzwiami sali tanecznej orkiestra po raz ostatni próbowała walce wiedeńskie – krótko mówiąc, wszystko szło swoim trybem. Pozostawało tylko doprowadzić do porządku pana młodego.

Upewniwszy się, że przyczyną nagłej melancholii nie jest jakieś porzucone i nie w porę wspomniane dziewczę, młoda żona całkiem się uspokoiła i energicznie wzięła do rzeczy. Na konkretne pytania Erast Pietrowicz odpowiadał nieartykułowanymi pomrukami i unikał jej wzroku, dlatego trzeba było zmienić taktykę. Lizetka pogłaskała swego wybranego po policzku, pocałowała najpierw w czoło, potem w usta i jeszcze w oczy, on zaś zmiękł, złagodniał i znowu dał sobą powodować. Jednakże młodej parze wcale nie było spieszno do gości. Baron już kilka razy wychodził do przedpokoju i zbliżał się do zamkniętych drzwi, a nawet delikatnie pokasływał, ale nie ważył się zastukać.

W końcu jednak musiał to zrobić.

– Eraście! – zawołał Aleksandr Apołłodorowicz, który od dzisiejszego dnia zaczął mówić zięciowi „ty”. – Wybacz, przyjacielu, ale jest tu do ciebie feldjeger z Petersburga. W pilnej sprawie!

Obejrzał się na młodego oficera w kasku z pióropuszem, nieruchomo zastygłego przy wejściu. Kurier trzymał pod pachą kwadratową paczkę, zawiniętą w szary rządowy papier z orłami na łąkowych pieczęciach.

Zza drzwi wyjrzał zaczerwieniony nowożeniec.

– Pan do mnie, poruczniku?

– Pan Fandorin? Erast Pietrowicz? – upewnił się oficer jasnym, z gwardyjska modulowanym głosem.

– Tak, to ja.

– Pilna tajna przesyłka z Trzeciego Oddziału. Dokąd mam zanieść?

– A choćby tutaj. – Erast Pietrowicz zrobił przejście. – Proszę wybaczyć, Aleksandrze Apołłodorowiczu (na razie jeszcze nie nauczył się mówić do teścia „tato”).

– Rozumiem. Sprawę trzeba załatwić. – Teść skłonił głowę, zamknął za feldjegrem drzwi i sam stanął na zewnątrz, żeby, nie daj Boże, nie wszedł ktoś postronny.

A porucznik położył paczkę na krześle i wyciągając kartkę zza klapy munduru, rzekł:

– Proszę pokwitować odbiór przesyłki.

– Cóż to jest? – spytał Fandorin, stawiając podpis.

Lizetka z ciekawością patrzyła na pakunek, nie wykazując najmniejszej chęci zostawienia męża sam na sam z kurierem.

– Nie znam zawartości. – Oficer wzruszył ramionami. – Cztery funty wagi. Widzę, że ma pan dzisiaj ważną uroczystość. Możliwe, że to w związku z tym. W każdym razie życzę szczęścia. Tutaj jest jeszcze list, który prawdopodobnie wszystko wyjaśnia.

Wyjął zza mankietu niedużą kopertę bez adresu.

– Czy mogę odejść?

Erast Pietrowicz kiwnął głową, sprawdzając pieczęć na kopercie.

Kurier zasalutował, gracko zrobił w tył zwrot i wyszedł.

W pokoju było ciemnawo, Fandorin podszedł więc, otwierając po drodze kopertę, do okna, które wychodziło na Małą Nikicką.

Lizetka objęła męża, chuchnęła mu do ucha.

– No, co tam? Gratulacje? – spytała niecierpliwie, widząc zaś lśniącą kartkę z dwoma złotymi kółkami, zawołała: – Tak jest! Oj, jak to miło!

W tej sekundzie Fandorin, zwabiony jakimś szybkim ruchem za oknem, podniósł wzrok i zobaczył feldjegra, który zachowywał się nieco dziwnie. Szybko zbiegł po schodach, pędem wskoczył do czekającej nań dorożki i krzyknął do stangreta:

– Dalej! Dziewięć! Osiem! Siedem!

Ten machnął biczem, na chwilę się odwrócił. Stangret jak stangret: kapelusz z wysoką główką, siwa broda, tylko oczy niezwyczajne, bardzo jasne, prawie białe.

– Stój! – krzyknął Erast Pietrowicz jak szalony i nie namyślając się, przesadził parapet.

Stangret strzelił z bicza, para wronych koni z miejsca puściła się kłusem.

– Stój! Zastrzelę! – wrzeszczał Fandorin, chociaż strzelać nie miał z czego; w dniu ślubu wierny gerstal został w hotelu.

– Erast! Ty dokąd?

Erast Pietrowicz obejrzał się, biegnąc. Lizetka wyglądała z okna; na jej twarzyczce wypisane było absolutne zdumienie. W następnej chwili z okna buchnął ogień i kłęby dymu, szyby wyleciały, a Fandorinem cisnęło o ziemię.

Przez jakiś czas było cicho, ciemno i spokojnie, ale potem Erast Pietrowicz otworzył oczy. W uszach donośnie mu dźwięczało, a wtedy zrozumiał, że żyje. Widział brukowaną jezdnię, nie wiedział tylko, dlaczego bruk ma tuż przy twarzy. Widok tych szarych kamieni był wstrętny, toteż Fandorin odwrócił się w drugą stronę. Wyszedł na tym jeszcze gorzej – zobaczył kupę końskiego nawozu, a obok coś nieprzyjemnie białego, glansowanego, lśniącego dwoma złotymi kółkami. Zerwał się jednym skokiem, przeczytał zdanie napisane wielkimi, staromodnymi, wymyślnie kaligrafowanymi literami:


My Sweet Boy, This is a Truly Glorious Day![19].


Sens napisu nie od razu dotarł do otumanionego umysłu rannego, tym bardziej że jego wzrok przyciągnął inny przedmiot, który poniewierał się na jezdni, rozsiewając dokoła wesołe iskierki.

W pierwszej chwili Erast Pietrowicz nie mógł pojąć, co to jest. Pomyślał tylko, że na świecie takich rzeczy nie ma. Potem się przyjrzał: to szczupła, oderwana aż po łokieć dziewczęca ręka pobłyskiwała złotą obrączką na serdecznym palcu.


Szybkim, niepewnym krokiem, nie widząc wokół siebie nikogo, szedł Bulwarem Twerskim młody człowiek, elegancko odziany, lecz okropnie niechlujny: wymiętoszony frak, brudny biały krawat, w klapie przywiędły biały goździk. Spacerujący omijali dziwnego osobnika, odprowadzając go ciekawymi spojrzeniami. Nie chodziło przy tym wcale o trupią bladość eleganta (albo to mało wszędzie suchotników?) ani też o to, że był z pewnością pijany na umór i nawet się zataczał (też nowina!). Nie, uwagę przechodniów, a w szczególności pań, zwracał pewien osobliwy szczegół: mimo niewątpliwie młodego wieku utracjusz miał całkiem białe, jakby obsypane szronem skronie.

1

W przedrewolucyjnej Rosji wszyscy funkcjonariusze państwowi zarówno wojskowi, jak i cywilni, dzielili się na czternaście klas. Czternasta, najniższa, to rejestrator kolegialny (przyp. tłum.).

2

Generałami nazywano w Rosji także urzędników służby cywilnej czterech najwyższych klas; von Kołokolcew miał rangę klasy drugiej - rzeczywisty tajny radca (przyp. tłum.).

3

Jutro jedziemy do Kuncewa! (niem.).

4

Dziewiąta klasa według tabeli rang (przyp. tłum.).

5

Drżę na samą myśl (fr.).

6

Nic, tylko by zawracała mężczyznom w głowie (fr.).

7

Jestem bardzo zajęty, milady! Później, później! (niem.).

8

Spadł z kółek, milady. Ma słabe ręce. Boję się, że złamał obojczyk. Proszę powiadomić pana Iziumowa (ang.)

9

Gra niewarta świeczki (fr.)

10

Ostatnia runda, panowie! (fr.)

11

Sam sobie jesteś winien (niem.)

12

Rewolucja w balistyce (fr.)

13

Miczman - najniższy stopień oficerski w carskiej marynarce wojennej (przyp. tłum.)

14

Nikołaj Niekrasow, Słomiany rycerz, przekład Tadeusza Łopalewskiego

15

Otwarcie panu mówię (fr.).

16

Mówiąc między nami (fr.)

17

Świetnie. Andrew, sprawdź tylko, czy nie próbuje zarobić, sprzedając konia i wóz (ang.)

18

Ty gnojku! Wszystko zepsułeś! (niem.).

19

Drogi chłopcze, to naprawdę wielki dzień (ang.)


home | my bookshelf | | AZAZEL |     цвет текста   цвет фона   размер шрифта   сохранить книгу

Текст книги загружен, загружаются изображения



Оцените эту книгу